the end

Wczoraj wydarzyły się trzy niesamowite rzeczy.

Pierwsza

U lekarza mój niebieskooki syn (niebiesko – szaro – oki syn) zapytał, czy lekarstwo, które ma brać będzie się mieszać z jego DNA.
A co to jest DNA?, spytał lekarz, patrząc w klawiaturę.
To  P A N  nie wie?? – zdziwił się syn.
Coś słyszałem, powiedział, ale chciałbym to uściślić.
Wtedy młody napluł w piąstkę i podetknął mu ją pod twarz: to jest DNA.

Druga

Odwiedziłam rodziców. Czekałam pod furtką. Na mojego ojca, który akurat nadchodził ulicą. Był zadowolony, jak zawsze, kiedy robi się trochę ciepło i wraca z wystawy. Miał nowe buty.  Poznałam, bo nie oderwał łańcuszka z kawałkiem skóry.  Wydało mi się niemożliwe nie uwielbiać go w takim momencie przed furtką. Jak się zbliża, w tych butach, z kurtką na przedramieniu i łańcuszkiem przy butach. Najlepszy na świecie.

Trzecia

Słyszałam „Kocham cię”

a może tylko mi się

 

Tu już nie ma o czym pisać. Już wszystko wiadomo, że kręcę się, kręcę, żyję we własnej głowie, gotuję, pracuję, wyrzucam śmieci, czytam, miotam się, płaczę. Konkretnie to zawsze w dwudziestym dniu cyklu.  W kółko to samo. Same niesamowite rzeczy.

 

 


miejsce przy oknie

W autobusie sto dziewięćdziesiąt siedem ciasno. To znaczy ścisk przy drzwiach, ale na środku, jak zawsze, jest całkiem okej. Siedzę, ale rozglądam się nerwowo, żeby nie przegapić jakiejś staruszki.  Moją uwagę przyciągają dwie nastolatki.

Cięcie:

Miejsce przy oknie.  Numer jeden to królewna Śnieżka. Ciemne włosy, jasna cera.  Wielkie oczy i takie usta, że – jak można mieć takie usta?! Idealnie wykrojone. Kasztanowe loki płyną po ramionach, rzęsami prawie szybę rysuje.

Tu kozaczek, tam płaszczyk. Na kolanach trzyma torbę, z futerkiem, które udaje sierść krowy. Telefon w brokatowej obudowie błyska. Przez białe rzemyki słuchawek niewyraźnie sączy się do nas, pasażerów, polski hip hop. Wczesna Scarlett Johansson co jakiś czas  odpisuje na komplementy tych chłopaków ze szkoły, którzy mają to szczęście, że są jej znajomymi na fejsbuku.

Cięcie:

Autobus. Miejsce przy przejściu. Nastolatka numer dwa siedzi obok i zajmuje nieco więcej miejsca. Pulchniutka, w okularach. Dała sobie spokój z rozpuszczaniem włosów, związała w kitkę, ukryła pod czapką. Jest ubrana w puchową kurtkę (ubierz się, bo zimno), wygląda jak Pi lub Sigma z Matplanety. Króciutką szyję okutała w wełniany szal zupełnie nie pasujący do kurtki. Torbę ma, ale teraz nie mogę odtworzyć jaką. Nie patrzy w okno, z nikim nie nawiązuje kontaktu. W ogóle nie jest online, zresztą na fejsbuku zaprosiła ją tylko siostra cioteczna. Gapi się w podręcznik otwarty na rozdziale z rozkrojoną rybą. Jest krótkowidzem, aktualnie wyłączonym ze świata. Jest tylko ona i ryba.

Cięcie:

Autobus. Rok dwa tysiące trzydziesty pierwszy. Miejsce przy oknie. Królewna Śnieżka patrzy w szybę. Ma już dwójkę dzieci i męża. Jest wciąż bardzo piękna, o czym zapewnia ją kolega z pracy. Smutno jej jakoś. W ecco kids na wyprzedaży nie było pomarańczowych sandałków. Wakacje w tym roku znowu nad polskim morzem. W pracy liczyła na więcej. Coś jest nie tak. Coś jest cholernie nie tak.

Numeru dwa nie ma w autobusie. Jest w Pekinie, gdzie dostała pracę po obronie doktoratu z genetyki. Czuje podniecające mrowienie za każdym razem, kiedy wchodzi do laboratorium. Co do życia rodzinnego nie mam pewności, ale wydaje mi się, że mąż jest lapońskim pisarzem.

Cięcie:

Mój przystanek.


nie ma nie ma jest

Nie wiem, gdzie mieszka Błażej Król, ale chcę myśleć, że w domu z ogrodem. Wśród krzaków dzikiego wina (i samosiejki) ma okrągły stolik, bardzo chwiejny i kilka krzeseł, nie wiem ile, ale najmniej dwa.

pora na dobranoc bo już księżyc świeci
dzieci
my nie chcemy mieć dzieci

Kuchenkę na sto procent ma gazową, łóżko w sypialni szerokie, nigdy niepościelone. Razem z żoną obserwuje pająki, które łażą tam, gdzie upadł kawałek arbuza na trawę. Wszystko to robią we wtorek o trzynastej.

a to co było a nie jest
wraca po trzykroć

Jak tak stoję na koncercie nowego Króla, to czekam. Czy zaśpiewa takie zdanie, jak tamto, wiesz które.  Zdania takie, jakie czasem jeszcze znajduję w akapitach książek, których nie ma w empikach (ale Ł. mi polecił, bo zdobył i słyszał, że warto). Autor bałkański, rumuński albo turecki. Postacie, które prawie da się powąchać, piją caykur w szklankach lepkich od cukru. Ktoś zrywa cytrynę prosto z drzewa, a ono nie chce puścić.

…zaraz, zaraz, bo mnie chyba poniosło. Skąd caykur w Gorzowie? Pewnie Król herbatę słodzi na maksa.

Więc jestem na koncercie. Czekam.

Ogólnie polskiej muzyki słucham beznamiętnie. Czasem, jak tekst jest cyniczny, ma to jeszcze językową świeżość. Kiedy jednak zamarzę o tym, żeby posłuchać czegoś o uczuciach, to dostaję zaraz „bezkresny horyzont” lub „skradzione niebo” lub jakąś inną głębię jak mówienie sobie dość, to nie tak miało tak być, łzy jak krople deszczu i inne rozterki na oceanie uczuć. Nie mogę tego słuchać. Dostaję choroby morskiej. Nie ma tekstów, na które czekam, nie ma, nie ma.

Dlatego jestem na tym koncercie i to jest trzeci raz w ciągu roku.  Jest to bardzo mały koncert, gdzie scena bar i ja to właściwie jeden kij i dwa końce. Piłam umiarkowanie, ale jednak. Teraz czekam.

powoli wypuszczać powietrze
czy przebić balon szybkim ukłuciem

męczyć się w gryzącym swetrze
połknąć czy zająć się żuciem
?

No i masz.

Może mogłabym wczoraj mniej pić i wydać mniej. Nie byłabym taka zadowolona. No i nie miałabym na biurku trzech płyt Króla, które lecą jedna po drugiej, druga po jednej, w miarę jak ten, bardzo dobry, weekend dobiega końca.


nie obraź się, ale nie chce mi się

Kobiecość wydaje się dziś tematem kuszącym do opisania, ale nie, nie chce mi się. No ale… Nie, naprawdę mi się nie chce. Nie zbliżaj się do mnie z kwiatkiem ani ty ani nikt. Nie obraź się. Nie chodzi o ciebie ani o to, że ja się obrażam na to święto w imię feminizmu ani komunizmu. Tylko, że niby jak wyobrażasz sobie takie święto? Że, niby czego mi gratulujesz, że niby jaka w tym moja zasługa? Dzień Matki czy Górnika, to ja rozumiem, ciężka orka na przodku, ale dzień kobiet? Weź mnie nie rozśmieszaj. Nie, nie będę o tym pisać.

O jaskrawej plamie na majtkach, kiedy zaczął się ten cały cyrk. Od „teraz jesteś kobietą, dzwonię do cioci”. Łot de fak? Te uśmiechy, że niby łał, że teraz to naprawdę. Ja podejrzewam, że społeczeństwa bardziej pierwotne niż Polska – lata – dziewięćdziesiąte jakoś lepiej sobie z tym radziły. Że takie Indianki w tym jednym namiocie się zbierały i kobiecość była dla nich nie tylko tym jednym między nogami.

No, w każdym razie zaczęło się. Boże, żeby teraz tylko nie było seksu. Żeby tylko nie została gdzie na noc, bo skoro już jest kobietą, to i wiadomo. Ach tak, więc jestem kobietą i chodzi o to, żeby się nie z kimś nie przespać. Acha. A już dziewczyny ze starszych klas coś szepczą, że coś jedna, o boże, podobno. Potem Michał K mi przysłał kartkę pod ławką, że mnie kocha. Ale mnie wkurzył ten Michał. Ania z Zielonego wzgórza też akurat nienawidziła Gilberta, wiec się zgrałyśmy. Pierwsze czytanie książki aż do świtu. Dlaczego jakoś nie kojarzyło mi się to z kobiecością? Bo kobiecością było tamto. Tamto bardziej realne i groźne. Rozumiesz? Stanik!

Paranoja narastała, żeby osiągnąć kulminację w okolicach liceum, kiedy to już Aneta głośno zastanawiała się, czy na osiemnastce Mariusza powinna już iść na całość. No, chyba już najwyższy czas, doradzała jej Kaśka, która się malowała codziennie, nie tylko na dysko. Paprotki na parapetach usychały. Chmury za oknem płynęły. Kamienie na szaniec. Wilk stepowy. Listy Stachury do Gałązki. Ale nic z tego nie kojarzyło się kobiecością.  Aneta poszła na całość i cały poniedziałek przeryczała w łazience.

Potem nastąpiła jakaś dekada luzu: studiujesz, uczysz się, żyjesz. Kształcisz się, kimś będziesz, coś zrobisz, czytasz, pływasz w tym czytaniu, w tych nocnych rozmowach. Twoje ciało jest, jakie jest i wydaje ci się, że cały świat cię akceptuje. Jest tak dlatego, że świat ogólnie akceptuje młode kobiety. Społecznie młode kobiety są postrzegane jako spoko okej, właściwie super fajne twory. Wiele im wolno, mogą się uczyć, imprezować, wojować. Byleby w pewno momencie się opamiętały.

Aż tu nagle… następuje zwrot akcji jak w porządnym filmie. W okolicach trzydziestki najczęściej. Twoja kobiecość znowu jest „an issue”. No, bo skoro przez ten wszystkie lata udało ci się nie zaliczyć wpadki, no to teraz ekhm ekhm kamooon…

O tym, że jak już zostaniesz matką, chyba wiesz, co robić, to już nie będę nawet pisać. I nie zapomnij o codziennej porcji ćwiczeń mięśni brzucha i mięśni Kegla, bo się rozciągniesz i, nie daj Boże, nie będziesz odczuwać przyjemności. Zamaluj cień pod oczami, zafarbuj siwe włosy, wydepiluj się najlepiej wszędzie. Nie chodź w dresach, bo to nie wygląda kobieco. A pocałujcie mnie wszyscy w dupę.

Także ja to chrzanię, nie chcę tulipanów. Nie poczuwam się, dziękuję, idę na wino. Jest jakiś błąd w rozumowaniu, coś z tym dniem jest nie tak. Weź zrób lepiej zakupy, możesz mi kupić po drodze płytę, a tulipana daj babci.

Do posłuchania: 


my, on & strawberry caipirinha

W knajpie coraz tłoczniej. Ludzie wchodzą, wchodzą, i idą do baru, do baru ciągną parami, trójkami. Jest coraz głośniej, coraz. Chłopak od muzyki tylko na to czekał, czujny jest. Podniósł głowę, pociągnął łyk prosto z butelki, poczekał, aż hałas podniesie się o ton, dotknął konsoli, muzyka przyśpieszyła. Powoli, jak żółw ociężale impreza rozkręca się, ale jak już się rozkręci…

Mam dobre miejsce. W wiklinowym fotelu, przy oknie. Przy oknie bez szyb. To właściwie jest taki otwór, za którym jest wielka woda. Mój drink ma dwa kolory: kolor lodu i kolor miażdżonej truskawki. Podchodzą do mnie moi znajomi, zdejmuję bose stopy z fotela, żeby ustąpić im miejsca.

Znajdujemy się w bliżej nieokreślonym, internacjonalnym, interdyscyplinarnym miejscu. Ale raczej bliżej równika, i tak się składa, że przy samym oceanie. Jest ciepło, ale na szczęście chłodniej niż w dzień. Da się oddychać, nawet lekko wieje. Mam na sobie cienką sukienkę, akurat żeby coś przykrywało opaloną skórę. Jest wtorek po pracy, żadne tam weekendy. Ale dziś wypada pełnia księżyca, którą, odkąd pamiętam, spędzam w tej knajpie, tu, na kamiennym cyplu, na plaży. Nie znają tej knajpy turyści. Turyści wybierają plaże piaszczyste.

Moich dwoje ślicznych dzieci zostało w domu z nianią albo z mężem, nie mogę się jeszcze zdecydować. Dzisiejszego wieczoru jeden z moich znajomych z dowolnie wybranego kraju świata będzie miał koncert, przyszliśmy posłuchać jak gra. My, czyli kto? No, kto, kto. Ludzie, znajomi, tacy popaprańcy z czterech stron i dwóch półkul. Trochę pływamy, trochę turlamy się z dziećmi po piasku, ale każdy ma pracę, tu i ówdzie, i bardzo piszemy, śpiewamy i gramy, bardzo rozmawiamy o problemach społecznych, nie żremy byle czego, a przede wszystkim we wtorek siedzimy tu, pijąc caipirinhę i czując, jak ona przyśpiesza nam puls i chęć do działania nam wzrasta, chociaż nikomu jej nie brakuje. Mamy dużo wspólnych projektów. Jakich? No różnych, bardzo pożytecznych. I w ogóle jest jakieś „my” inne niż „moja rodzina”. Inne my, wspaniałe my.

Ten dj jest niezły, za chwilę będzie słychać tylko ten rytm trum bum, więc jeszcze szybko wymieniam z jedną taką szybko kilka zdań, że wydrukowali jej tomik wierszy, że leci na wieczór autorski, mówię jej, że jej gratuluję, śmiejemy się, a co?!

Nie dam rady już siedzieć, więc wstaję i ruszam, i przejdę się jeszcze do baru, wtedy on łapie mnie za rękę. Za trzy palce prawej dłoni i ściska. Jest taki wysoki, przystojny, no, to musi być mój mąż chyba, skoro nie został z dziećmi.  Trochę ma minę niewyraźną w tym moim marzeniu na jawie. Mówię mu, zobacz jak super. Mówi, że nie lubi upałów. No, już, już, przecież się ochłodziło. Idę z moim wysokim, przystojnym, opalonym, romantycznym mężem na chwilę na plażę i patrzymy, jak fale święcą się okrągłym księżycem.  Jasna cholera, jak cudownie, nie wytrzymam. Chodź już, zaraz będzie grał. Kto? A no tak, no tak. Koncert. Idziemy z powrotem. Nasz ręce splecione na pamięć. Pisałam już, że mam na przegubie dłoni bransoletkę z białych muszelek albo kółeczko na rzemyku z imionami dzieci?
To będzie wspaniała noc. Chyba mogę jeszcze jedną caipirinhę?
Żebyś tylko miała siłę jeszcze ze mną zatańczyć, mówi on.

No i czemu, ja się pytam,
czemu tak nie może być?


nie jest

Nie jest płyn do szyb. Nie jest? No, jak wy mówicie, skończył się. I ręczniki papierowe nie są. Może herbaty? A nie, dziękuję, może wody się napiję. Ile lat pani tu już przyjeżdża? Prawie osiem, bo zaczęłam zaraz po studiach. A co pani studiowała? A prawo w Kijowie studiowałam, a moja siostra pedagogikę. Zawsze chciała psychologię, ale jakoś wyszło, że pedagogikę. Siostra jest taka cicha, a pani to cały czas mówi, pani Oksano. Tak, ja, jak sprzątam, to gadam, a ona sprząta tak po cichu. A dlaczego przyjeżdżacie do Polski na zmianę? Bo wiza trzy miesiące ważna i trzeba wracać. I jeszcze w domu został ojciec. Matka nie jest. Ojciec pije, trzeba go pilnować. Rachunki trzeba opłacać. Koło domu robić. Żeby się to wszystko nie zapadło w błoto.

Nie ma u was pracy? U nas? Praca? U nas jest korupcja taka, że pani sobie tego nie wyobraża. Trochę sobie wyobrażam. Nie, tego sobie nie wyobraża. U nas wszystko jest za łapówkę. Jak w Rosji? Nie. W Rosji jak się da łapówkę, to przynajmniej jest jakaś pewność, że załatwione. U nas łapówkę wezmą, ale nie sprawy nie załatwią.

A dlaczego głosujecie na takich ludzi? Bo przyjechali i dali pieniądze, żeby głosować. Nie mnie, innym.

A co inne dziewczyny? Pani koleżanki na Ukrainie. Co robią? Mają pracę? Jedna. Co jedna? No, jedna ma pracę. Ma bogatych rodziców i oni zapłacili, żeby miała pracę. Trzy tysiące dolarów. I teraz ją jeszcze utrzymują, bo za mało zarabia. Ale prace ma dobrą, bo w urzędzie. Dużo koleżanek jest w Polsce, w Warszawie. Jedna nawet wyszła za mąż za Polaka. On ma firmę budowlaną. Poznali się tak, że ona u niego sprzątała. A teraz, jak się pobrali, to ona dalej sprząta, ale już za darmo. On mówi, żeby jeszcze gotowała, a rachunki podzielił na pół. No, ale lepszy Polak niż Ukrainiec. Czemu lepszy? Jacy są ci wasi, niedobrzy? Oni są inni niż Polacy. Jak inni? Każą kobietom w domu siedzieć? Nie, oni bardzo chcą, żeby kobiety pracowały. Najlepsza żona to jest taka, co ma pracę. I dom. Czy ładna czy porządna nie jest takie ważne. Do mnie taki jeden przychodził i w końcu zapytał, czy, jakbyśmy się pobrali to może się wprowadzić, bo u niego już siostra z mężem mieszka. Pogoniłam. Oni wszyscy tacy sami. Tylko patrzą, jak się ustawić. Praca u nas nic nie warta. No i co teraz pani zamierza? Co zamierzam? Nic. Teraz jeszcze trochę popracować. A potem byleby tylko dziecko. Chce pani? Bardzo, a już mam trzydzieści lat. U was mężczyźni, co mają dzieci, są inni. Odpowiedzialni. U nas nie. U nas w ogóle ludzie są inni. Śmieci pod lasem wyrzucają. Lasy mamy piękne i góry śmieci pod lasem. W Polsce też wyrzucają, pani Oksano. Nie, nie, pani nie rozumie. Ukraina to jest dziki kraj.

A rewolucja? Nic to nie da. Może coś da, musi dać, pani Oksano. Nie zrozumie pani. Czego nie zrozumiem? Pani mąż o panią dba. Macie mieszkanie, macie chłopca. Macie państwo, macie metro i macie miasto pełne ludzi. Nie zrozumie pani. Ściereczki z mikrofibry jakby pani kupiła, to byśmy nie używały tych ręczników papierowych. Będzie ekologicznie? Będzie taniej.


przyjechała, jest

Przyjechała. Stoi w drzwiach. Energicznie trze butami o wycieraczkę. Prostuje się w ciasnym przedpokoju. Chciałaby go poszerzyć. Rozepchnąć ściany ramionami. Muszę stanąć przy niej na palcach, chociaż jesteśmy tego samego wzrostu. Całuję zimny policzek. Pachnie selerem i elizabeth arden. Czekaj, ja rozpakuję. Przywiozłam zupę.

Przywiozła zupę. Ciepłą. Przywiozła paczki, paczuszki, pozawijane w papier śniadaniowy, w folię, w torebkę. Zawiązane gumką. Przywiozła babkę cytrynową. Lukier będę skubać palcem. Trzymać na języku.  Stawia przede mną talerz z obiadem.  Ryż, gdzie każde ziarenko jest osobno. Sałatę, która chrupie i nie zamienia się w mokrą ćtapę. Mięso z zalewie cały dzień leżało. Spróbuj. Czy dobre.  Czy dobre?!!

Witamy w naszym spa. W naszym centrum relaksacyjnym. Proszę się rozluźnić, teraz pani może. Może się pani wyluzować. Jezus, jaka pani tu spięta przy karku. Złe to doprawdy. Smakuje ci? Czy mi smakuje?! Supełki stresu rozwiązują się jeden po drugim. Leżą jak gąsienice po deszczu. Tak mi smakuje.

Nie śpiesz się, córciu. My tu sobie posiedzimy, a ty idź, idź i się nie śpiesz. Nie śpieszę się. Jako jedyna na tej ulicy się nie śpieszę. Na wystawie manekin w obcisłych sweterku. Pokażcie no ten sweterek. Nie za obcisły?  Nie spieszę się. Ona jest w domu, wszystkim się zajmie. Zajmie się domem, dzieckiem. Mam pustą głowę. W głowie hula wiar.

Wieczorem do późna czyta młodemu książkę. Którą mu kupiła. W antykwariacie. Czarnoksiężnik Oz nie może znaleźć swojej magicznej torby. Ja w obcisłym sweterku siedzę daleko od kuchni. Słyszę jak szepczą. Mama jest zmęczona. Musimy dąć jej odpocząć. Mama musi mieć teraz odpocząć. Chóry anielskie grają do organów i wyśpiewują pod niebiosa refren. Mama jest zmęczona, mama musi odpocząć.

Jeśli zjem jeszcze jedną kanapkę z pomidorem, to zamienię się w dziewczynkę wiszącą głową w dół na trzepaku. Jem i czytam powieść, którą przestałam. Z kuchni pachnie detergentem. Ty jesteś taka mądra, mówi  z uśmiechem. Ale wydaje mi się, że mówi – jesteś na to za słaba. Musisz być silniejsza. Jemy pestki dyni i popijamy winem.

PS.

Z pokoju nadchodzi mały zombie. Mamusiu, czy mogę napisać esemesa do taty? Ma wykąpaną, uczesaną jak nigdy, grzywkę. Czystą piżamę. Przez cały dzień. Jadł warzywa i owoce, śpiewał piosenki, pisał literki, kolorował, wycinał i przyklejał.  Napisz sobie esemesa, mówię, a napisz sobie. Pomóc ci? Nie.

TATO PSZIJEĆ
Z TIMI KOBITAMI TO PIEKEKŁO


testy psychologiczne

Test na lampki choinkowe (last minute)

Prawie w każdym mieście znajduje się teraz jakiś miejsce, oświetlone lampkami. Im więcej lampek, tym lepiej. Najlepiej przetestować się na ulicy z lampkami, ale może to być jedno świecące drzewko, czy chociaż mały neonowy zawijasek. Idziesz tam wieczorem w ciepłych rękawiczkach, koniecznie kiedy pada śnieg (ale nikt w Ciebie nie rzuca śnieżkami) i gapisz się na światełka około pięciu minut. Możliwe reakcje:

A.
Obraz zaczyna się po chwili rozmazywać, bródka ci się trzęsie i czujesz, że ojej jakoś tak samotnie, tak smutno, a tak powinno być pięknie, no to klops. Twój stan nie wymaga komentarza.
(To samo zresztą, jeśli nagle stwierdzisz, że nienawidzisz tego świecącego gówna, że światełka są dla debili, oraz że masz to wszystko w dupie.)

B.
W świetle lampek zwracasz uwagę na cokolwiek innego niż Ty sama, na przykład na małą dziewczynkę, taką ze dwa latka najwyżej, w kombinezonku z różowym kapturkiem, która małą rączką próbują dosięgnąć światełek albo
na zmarzniętego pieska, tulącego się do nogi właściciela albo
na kształt płatków śniegu i tak dalej
– jesteś w dobrym momencie życia. Masz empatyczną, wrażliwą duszę, ktoś prawdopodobnie czeka w domu z gorącą zupą (lub nie potrzebujesz, żeby ktoś na ciebie czekał z gorącą zupą; też dobrze). Jesteś w stanie bardzo dobrym.

C.
Nic specjalnego się z Tobą nie dzieje, zaczynasz się zastanawiać, ile urząd miasta wydał na te świecidełka, chcesz po prostu iść do domu, żeby obejrzeć nowy odcinek amerykańskiego serialu, który jest naprawdę bardzo śmieszny.
Jesteś w ogóle całkiem zdrowa, trafiłaś na ten blog przypadkiem. 

Test na listę przebojów (wersja dla osób z prawem jazdy)

Słuchasz dowolnej smutnej piosenki. Wskazane jest prowadzenie samochodu i obserwowanie swojej reakcji w lusterku. Możesz słuchać U2, jest na drugim miejscu w trójce. Musi być głośno. Nie głośno się nie liczy. Możliwe reakcje:

A.
Zaczyna się muzyka. Przez puchową kurtkę, sweter, koszulkę z napisem fuck off oraz stanik push up, który nosisz, odkąd przestałaś karmić sześć lat temu, widzisz czerwone światło. To musi być twoje serce. Na powierzchni ma ryskę, widoczne pęknięcie, które pogłębia się z każdym dźwiękiem. Ten numer jest o Tobie, słowa są o Tobie, muzyka jest o Tobie. Doznajesz zespolenia z muzyką i jednocześnie wiesz z absolutną pewnością, że nie wiesz dokąd i po co jedziesz. Tam, dokąd jedziesz, nie śpieszy ci się, a tam gdzie ci się śpieszy, w ogóle nie jedziesz. Albo jakoś tak.

No cóż…

B.
Zaczyna się muzyka. Główka lekko chodzi w przód i w tył. Albo na boki. Paluszki stukają o kierownicę, bo nawet smutne piosenki mają rytm. Nie ma takiego dramatu, do którego nie da się stukać obrączką o drążek biegów. Pod koniec pierwszej zwrotki zdejmujesz czapkę, nie po to masz włosy, żeby były pod czapką. Tuż przed refrenem naciskasz na gaz, czujesz jak koła lekko ślizgają się na ulicy, yesss! Nie wytrzymujesz napięcia, zaczynasz śpiewać. Nie umiesz śpiewać, nic nie szkodzi. Nie znasz słów, więc trochę dajesz oł je ju ordinary low ricz any hajer. Odkrywasz, że ta piosenka wcale nie jest smutna.

O to chodzi.
Napisz do mnie na priv.

C.
Nic się z tobą nie dzieje.
Musisz zrobić głośniej.

Test alkoholowy

Kurde, wiadomo. Prosty i wiarygodny. Odczyt stanu powinien nastąpić w ciągu kilku godzin od spożycia. Reakcje chemiczne zachodzące w organizmie mogą zamienić wynik pozytywny w fałszywie negatywny.


wstyd

Popchnął mnie, a ja  poleciałam w dół.
Po gładkim, czarnym lodzie, którym obrosła tego dnia osiedlowa górka. Nad nami Alpy – bloki dziesięciopiętrowe. Pod nami wąwozy parkingów. A wszystko zamarznięte na kamień, taki mróz. Zgraja dzieci z kluczami na szyi, z kluczami ogrzanymi pod kurtką, pod bluzką, rzuciła się na mróz jak na wroga.

Podszedł do mnie i mnie popchnął.
Jeszcze próbowałam utrzymać się na nogach. Ale to była jedna z tych górek, z których zjeżdża się tylko, ale tylko i wyłącznie, w kucki. To znaczy ja, wy może nie.

Upadłam na głowę. Przejechałam czołem po wyślizganym torze. Sturlałam się na dół. Hahaha. Wstałam. Pozbierałam rękawiczki i czapkę, przygładziłam śnieżny kołtun na głowie i, nie oglądając się za siebie, zaczęłam iść do domu. Krok krok. Krok krok.

Jedną stronę twarzy opanował ból, drugą wstyd. Widziałam na jedno oko. Coś pulsującego rosło na drugim. Szłam. Łzy szczypały. Sąsiadki cmokały. Aniemówiłam, itaktosiękończy, nadrugirazsięzastanowi.

Całe szczęście, że to nie łuk brwiowy, powiedziała mama. A nie mówiłam, powiedziała. I tak to się kończy – ojciec. Na drugi raz się zastanowisz – babcia.
Przez miesiąc twarz była w ruinie. Miałam dwanaście lat. Twarz była dosyć istotnym elementem życia szkolnego. Jego unikałam, jak tylko się dało, zwłaszcza w szatni, zwłaszcza na korytarzu, zwłaszcza na podwórku.  Nie to, że się go bałam. Było mi wstyd.

Tę historię opowiadam, rozcierając śniegiem czerwonego guza na czole młodego. Spotkanie ze ślizgawką zakończono małym dachowaniem. Płaczą i rozpaczą. Więc odwracam uwagę, bo mi się przypomniało. Młody zapomina o guzie, płonie. Musisz się zemścić, mamo. Musisz do niego iść i walnąć go w jaja (!). On już jest dorosły, mówię. Nieważne, nie powinien tak zrobić, musisz się zemścić. To już było dawno, mówię. Guz jest czerwony, skóra lekko rozcięta. Ja już mu wybaczyłam, macham kłamliwie rękawiczką. Takich rzeczy nie wolno wybaczać, tupie. Chodźmy do domu. Musisz się zemścić, mamo.

I tak sobie wyobrażam, jak teraz jadę do niego do domu. Bardzo możliwe, że wciąż mieszka tam, gdzie mieszkał. W tym samym mieście, w tym samym bloku. Na drzwiach jest jego imię i nazwisko. Czcionką z zawijaskami. On mi otwiera. Utył i trochę łysieje. Albo jest silniejszy niż był, bo dużo ćwiczy. Albo został świadkiem Jehowy i ma sweterek w jelonki. Stoimy, nie wiem, czy mnie poznaje. Pewnie nie, bo żarówka na klatce ledwo ledwo. Z mieszkania dobiega zapach smażonych kotletów, gra telewizor. A ja mówię. Panie Pawel P. ja pierdolę, tak się nie robi!

I nie walę go w jaja, tylko mu mówię. Jak jest, jak było. On tylko wytrzeszcza oczy, nic nie rozumie. Ziemniaki mu stygną. Mecz się kończy. Piwo mu się rozgazuje. Ale ja czuję się bardzo fajnie. Pod klatką czeka młody, więc szybko zbiegam schodami w dół. Załatwione, mówię, biorę za sznurek i ciągnę sanki z powrotem, na pociąg do Warszawy.


życzenie

W tym nowym roku, czyli tak jakby teraz.

W nadchodzącym, czyli właśnie mijającym.  Jeśli się zatrzymasz na kilka dni w dziwnym hotelu, w mieście, którego nie znasz, możesz to poczuć.  Spróbuj przynajmniej. No?  I jak?

Kiedy, jak nie teraz. Tu, gdzie nawet nie masz zasięgu. Więc? No? Weź i żyj. Ktoś się wyprowadza z pokoju obok. Nie wiesz, kto; słyszysz tylko kroki, słyszysz jak kółeczka walizki truk truk. Wychodzisz, idziesz na spacer, mijasz dom z kolorową elewacją, patrzysz na niego i nie wiesz, co myśleć. Robisz zdjęcie.

Dzięki Bogu, o piątej jest obiad, do piątej jakoś dasz radę. Dlaczego chcesz być szczęśliwa? Dlaczego po prostu nie jesteś? Nabierasz w płuca górskiego powietrza i chcesz, bardzo chcesz to poczuć. Chcesz poczuć fajerwerki życia. Aż się prawie nie udusisz. Zamiast tego zbiera ci się na płacz. Pogięło cię?

Do wyboru masz nóżkę z kury, kotleta lub makaron na styl wegetariański, także nie można narzekać. Jesteś na wakacjach. Chyba to nie jest powód do zmartwień. To jest powód do relaksacji. W tym roku możesz poczuć się lepiej. Przecież chcesz. Nie brakuje ci motywacji. To wszystko jest do wypracowania. Idziesz na basen, żeby twoje ciało podpowiedziało ci kierunek. Patrzysz na całującą się parę i myślisz, że może potrzebujesz romansu. Romans z całą pewnością by cię zmasakrował. Nie, nie nadajesz się na romans w nadchodzącym. Nie wydaje mi się.

Czas mija szybko, mówi twoja mama. Jak miałam tyle, co ty, mówi, to wciąż mi się wydawało. A to przecież było jakby wczoraj. Dokładnie rozumiesz, co ona mówi. To akurat czujesz. I trochę ogarnia cię panika. A to już jest jakieś konkretne uczucie. Więc nakładasz na talerz nóżkę i sałatkę. Jednak.  Patrzysz w lustro, wciągasz brzuch, wchodzisz na wagę. Idziesz na basen, na spacer. Pijesz szampana o północy. Chcesz nadać znaczenie. Będziesz walczyć. Nie przestaniesz.

Robisz jeszcze kilka zdjęć. Układasz listę życzeń. Raz dwa trzy cztery. W nocy wymykasz się, chodzisz po korytarzu. Chcesz to poczuć. Chcesz żyć tu i teraz. Jest czysto, jest ślisko. Bar jeszcze otwarty. Wypijesz trochę, po wypiciu jest łatwiej, choć rano jest trudniej. W kieszeni masz jeszcze voucher na welcome drink. Pijesz duszkiem. Potem pijesz na voucher męża z drugiej kieszeni.  Rozglądasz się. Jesteś sama na świecie. W noworoczną noc. Jesteś postacią z Remarque’a. Scenografia jest zajebista. Serce ci pęka. Z pękniętym idziesz z powrotem.  Na korytarzu mijasz się z damą i z jej łasiczką.  Dama nie patrzy na ciebie. Łasiczka się nieco rozjeżdża. Masz jedno postanowienie noworoczne. Poczuć to. Złapać to.

 

 


Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 1 409 obserwujących.

%d bloggers like this: