Monthly Archives: Kwiecień 2011

Rodzinne przypowieści

Tusia ma 25 lat, kończy studia na obiecującym kierunku na UW. Ma chłopaka Francuza (mieszkającego i pracującego niestety we Francji). Tusia dostaje wyjątkową propozycję zrobienia doktoratu na UW. Mama Tusi (wykształcona, pracująca w niezbyt lubianym przez nią zawodzie, rozwiedziona) bardzo się martwi, że Tusia może nie pojechać do Francji, co z kolei „odciągnie w czasie decyzję o małżeństwie i macierzyństwie” (!!). Mama Tusi twierdzi, że Andre ma dobrą pracę, to przecież nie będzie do Polski przyjeżdżał. Mama Tusi wie, gdzie jest miejsce kobiety. Wie też, co ją może w życiu ustawić (przecież nie doktorat na polskiej prestiżowej uczelni, tylko dziecko, to jasne!). Tusia zastanawia się nad decyzją, waha się. Mama ma przecież zawsze rację.

Martwi się też pani profesor, ciocia Anuli. Anula miała chłopaka od liceum. Pochodził w trudnej rodziny, był jaki był, ale wszyscy już liczyli, że będzie ślub. Ale dupa. Ślubu ni ma.

Znam Anulę – ładna, inteligentna, cicha, do znudzenia grzeczna. To znaczy tak było do momentu, kiedy jej chłopak wykręcił numer i złamał Anuli serce. Serce jakoś dało się posklejać i Anula powstała niczym sfinks z popiołów. Zrobiła licencję pilota, była na wakacjach w Azji, potem poleciała do Nowego Jorku, wróciła do Polski zakochana w podróżach. Zmieniła pracę na lepiej płatną. Wyremontowała mieszkanie, żeby pamiątki z licznych podróży piękniej się prezentowały.  Założyła dodatkowo firmę, która importuje luksusowe przyprawy.  Ma wielu znajomych, z których niejeden by się dał pokroić żeby się do Anuli łask wczesać, ale Anula na razie musi odpocząć, pożyć, poczekać.

Ale ciocia się martwi. Bo Anula ma 30 lat! Boże uchowaj!

Ciocia twierdzi (ciocia to wie!) że Anula „w głębi serca jest bardzo nieszczęśliwa, bo nie ma partnera”. Ciocia Anuli myśli głośno – „A może tamten by chciał wrócić? Jakby tak poprosiła, co?”

Po trzecim kieliszku jeden wujek do jednej cioci:

„Krystyna, zawsze miałem do ciebie żal”

Krystyna – „O co?”

W – „Że nie masz męża i dzieci!”

W. wypija jeszcze jeden.

„Ale teraz zrozumiałem jedno. Że, mimo wszystko, ty też zrobiłaś dużo dobrego w życiu!”

Alleluja!

Reklamy

Przedmiot rodzący

Cytaty z moich ankiet na temat opieki szpitalnej podczas ciąży i porodu. Niby całkiem neutralne. Pozornie normalne. Żadne tam hardcory. A jednak każdy z tych fragmentów jest przykładem, że dialog między pacjentką a lekarzem czy położną „jest żaden”.  Sposób w jaki mówimy, pokazuje to, co między wierszami. Ból uprzedmiotowienia. „Lekarz podłączył mnie do aparatury.” Kto tak mówi? Człowiek? Przecież to aparatura została podłączona do człowieka!

Bezczelne dążenie pacjentek do tego, żeby być traktowanym jak człowiek (nie przedmiot) w zderzeniu ze szpitalnymi realiami.  Mało rozmowne położne i nadzwyczaj rozmowni lekarze. Ignorowanie informacji zarówno od rodzącej jak i jej poprzednich lekarzy (!).  Realizowanie polityki szpitalnej ponad indywidualne predyspozycje matek (np. do karmienia piersią).  Wreszcie wdzięczność kobiet za okazanie odrobiny ludzkich uczuć!

„Okazało się, że są dwa serca. Słowa lekarza: Tu jest jedno serce, a tu drugie. Ale proszę się nie cieszyć. Najlepiej by było gdyby za kilka tygodni okazało się, że jest jeden płód. A najlepiej by było, gdyby obumarły oba. To ciąża jednoowodniowa, czyli największego ryzyka.

„Nie zostałam przyjęta ponieważ rzekomo brakowało miejsc. Prawdopodobnie gdybym miała „za sobą” jakiegoś lekarza lub położną bez problemu bym się dostała.”

„Nie było miejsc. Spędziłam pół nocy w samochodzie przed szpitalem w nadziei, że w końcu zwolni się jakieś łóżko.  Pani położna wychodziła po mnie co jakiś czas by zbadać postęp porodu i stan malucha, a potem znowu wracałam pod kocyk na rozłożonym siedzeniu.”

„Lekarz podłączył mnie do aparatury.”

„Wydawało mi się, że będę o wszystko pytać, miła położna będzie mnie informować – co mi podaje i jak przebiega poród. Niestety, mimo kilkukrotnego pytania, nie uzyskałam odpowiedzi, co dostaję, co się dzieje. Po prostu była mało rozmowna…”

„Na szczęście lekarze wyrazili zgodę, byśmy byli tam razem z mężem.”

„Dziecko nie mogło się wydostać, bo było zbyt duże – ważyło prawie 4 kg. Taką wagę przewidział mój lekarz prowadzący. Ale pan doktor ze szpitala, w którym rodziłam podszedł lekceważąco do tej opinii.”

„Przy pierwszym razie lekarze zwlekali z podjęciem decyzji o cesarskim cięciu, poród był trudny i trwał kilkanaście godzin, a dziecko dostało tylko 6 punktów, bo było niedotlenione. ”

„Ani razu nie udało mi się urodzić w szpitalu, który świadomie wybrałam.”

„Na pewno nie rodziłabym w tym szpitalu. Chciałabym być traktowana jak świadomy swoich praw człowiek, a nie jak leń, któremu nie chce się rodzić i karmić piersią.”


Plac zabaw

Zadarł głowę i wtedy ją zobaczył . Wisiała wysoko nad nim, na najwyższej linie. Tam, gdzie on jeszcze nigdy nie dotarł.

Miała może trzynaście lat. Różowa kurtka, ciemny kucyk, duże okulary, guma do żucia, donośny głos („taaatoo, zobacz gdzie jeestem!”).  Zamarł oczarowany. Otworzył oczy, otworzył paszczę, zacisnął pięści. Nigdy nie widział czegoś tak cudnego w swoim trzyipółletnim życiu.

Kiedy dziewczynka, szybko jak małpka, zsunęła się po linach, po prostu pobiegł za nią. Po drodze pokonał kilka przeszkód, na które wcześniej sam nie właził. W końcu dopadł karuzeli, na której siedziała. Siadł naprzeciwko i patrzył. Nie gadał (a zawsze gada), tylko patrzył.  Ona strzeliła uśmiechem zza okularów.  Zakręciła karuzelą używając swoich długich, bosych nóg.  Raz, drugi, jeszcze szybciej. Potem zeskoczyła i pobiegła. On wygramolił się najzgrabniej jak potrafił i, potykając się, pognał za nią. A oczy miał naprawdę nieprzytomne.

Znalazłam go w końcu na środku placu zabaw. Stał w miejscu i, metr po metrze, skanował przestrzeń wokół. Nie było jej na zjeżdżalni, na huśtawce, nie wspinała się po drabinkach. Żadna z różowych kurtek nie należała do niej.  Westchnął głęboko.

„Mamo, widziałaś moją kruszynkę?”

(??!!!)


MatkaWielkoMiejska i dziecko w chuście

MWM nie pracuje przy bawełnie, ziemniakach. Nie pochodzi z małej wioski  i nie krząta się od rana do wieczora się między studnią, jakiem a polem.

Wręcz przeciwnie, często jej świat zamyka się (zwłaszcza po urodzeniu dziecka) na czterdziestu metrach kwadratowych kredytu (ale za to z dostępem do bieżącej wody i windy).  Jak sobie MWM rozłoży chustę do noszenia dziecka w pokoju, to jej się raczej nie zmieści. Ciężko się trochę tym okręcić, ale instrukcja obsługi jest,  chęć jest, dziecko jest. MWM cierpliwie owija się w chustę, strąca przy tym z palisandrowej półki figurkę buddy i ryzykuje podpaleniem się od kuchenki, ale daje radę.

MWM nie ma już dwudziestu lat i po porodzie wszystko ją boli jak diabli, a krzyż najbardziej, ale dziecko w chuście będzie nosić z wielu powodów, a między innymi dlatego że  „dzieci noszone rozwijają się lepiej, są sprawniejsze, a w przyszłości także inteligentniejsze, lepiej zorganizowane i bardziej samodzielne”, czego dowodzą anonimowi eksperci na popularnym portalu. Wrrr….

MWM ma pod domem piękny park, ale niestety równymi alejkami upstrzony.  Dużo tam matek (i ojców!) z wózkami, w których słodko śpią dzieci nieświadome tego,  że będą mniej inteligentne.   Rodzice pchają te wózki i pchają a spod eleganckich płaszczyków wystają im spodnie od dresu. Jedną ręką trzymają elle politykę czy inny twój wprost i wczytują się zachłannie w babilońskie opowieści. Po prostu zaniedbują podstawowe zasady rodzicielstwa bliskości.

Tylko MWM jeszcze się toczy ze swoim kochanym tobołkiem w stronę sklepu.  MWM jest jak duża dziewczynka która bawi się, że jest kimś innym.  Teraz jest w świecie, gdzie nie dróg.  Albo w świecie gdzie wierzy się, że małe dziecko nie powinno dotknąć ziemi. Strasznie jej gorąco, bo chusta grzeje (wiadomo dobra peruwiańska bawełna na górskie wiatry).  Spocona jak mysz chciałaby dziecko wysupłać na chwilę, ale zapomniała jak.


Toy story


Mama wraca do pracy (z dedykacją dla Efy)

Wstaje w środku nocy, śpiąc brnie do łazienki w m3 jakby to była kobieca wyprawa na Kilimandżaro.  Doprowadza się do wyglądu. Zmywa z siebie Tę co wstaje w nocy pięć razy. Robi z siebie Tę co do pracy wraca. Budzi Jego, budzi dzieci. Nie ma czasu na przytulanie, ledwo jest czas na to, żeby się nie pożreć, nie poobrażać, nie poturbować.

Jedzie korkami, a myśli:  a Mała jak przedszkolu, a szkarlatyna panuje, a glut, a alergia, a zaległa wizyta u psychologa. A niania do Młodszego, a czy da radę, a czy on zje, a czy nie będzie chciał to a tamto, a czy nie zapłacze. A czy On zdąży Małą odebrać, a czy go w pracy nie zatrzymają jak w czwartek. A czy ona, matko najświętsza nie zapomniała czegoś?!  Nie, wszystko jest. Żeby tylko telefonu do laktatora nie podłączyć w tym zamieszaniu.

Im bliżej pracy, tym ona myślami dalej od domu: a czy jej biurko, a czy jej komputer, a czy koleżanka zauważy, że manicure nie miała od roku? A czy schudła już? A czy da radę ogarnąć?

Wchodzi przez szklane drzwi.  Rozgląda się.  Ktoś się wita z nią uprzejmie jej imieniem prawdziwym, a nie pseudonimem „mamo”.  Ona wie, że się tu naharuje, że się nadenerwuje (wydzwoni do domu, do męża wszystkie swoje darmowe minuty).  Będzie zasypiać na stojąco, będzie zużywać rezerwy energii nie wiadomo skąd jeszcze wykrzesane.

Tym razem jednak dostanie za to pensję!


Eko ściema.

Bardzo ciekawy artykuł w Wysokich Obcasach o fałszywych jajach kur zielononóżek (powyżej 1 pln za jajko w sklepie, w rzeczywistości 20 groszy!).

Może to początek końca polskiej eko ściemy?  Zdemaskowane psudo- eko -hodowle zarejestrowane jako „przetwórstwo mięczaków i skorupiaków”!  Czy to nie dziwne, że dopiero teraz ktoś zadał pytanie, skąd naprawdę pochodzą te produkty? Nie wiemy do końca, co kupujemy i dlaczego tak drogo, jednak ważne,  że „zdrowe”.

Pięknie się dajemy robić w jajo.


Chustka

Rozkołatany mięsień ssąco tłoczący

gardło jak pięść

pięść jak flak

pod wielkim wrażeniem historii toczącej się na chustka.blogspot.com

wszystkiego dobrego, Joanno.


Zdrowie kobiety

Kobieta zdrową jest. Dlatego przy porodzie może sobie stracić około 6% krzepy w wybranych losowo obszarach.

A może się zdarzyć, że kobieta swojego ciała nie może rozpoznać? Jeśli wydaje jej się nagle obcym decydującym (za nią)?

Starcie 1

Kłoda przeszkoda. Moje ciało.

To badamy.  Krew, żołądek, jelita, wątroba, serce, macica. No nic tu nie ma, nic tu nam nie wychodzi. To normalne. Przy dziecku psze pani to normalne.

Zabieg taki zabieg śmaki. Ależ narkozy się pani boi? Dlaczego? Proszę tu podpisać, na wypadek śmierci, co się pewnie nie wydarzy, to kogo poinformować?

To normalne, kobiety tak mają. Po porodzie psze pani to normalne.  A wie pani co Woody Allen mówił – że nie ufa niczemu co krwawi co miesiąc i nie zdycha. Hahaha. Lekarze to nawet poczucie humoru mają.

A tu takie tabletki a tu takie.

Starcie 2

Lekarz Alternatywny ma teorię odwrotną. Budda w jego gabinecie patrzy na mnie surowo. Jakie tabletki! Oczyszczać, medytować, jogować, modlić się, zioła takie i takie, wszystkie wrzątkiem popić, zamieszać, śliną zaprawić, żabią nóżkę, skórę zaskrońca, korą drzewa z Peru. Trzysta złotych się należy.

– Czy pani żyje w stresie? – pyta.

– Ja?  Hm. Pozornie nie.

Budda zerka na Jezusa porozumiewawczo.

Widzi pani, jak mi ktoś zaczyna od „pozornie” to ja już czuję, że coś nie tak. Bo ludzie normalnie to narzekają, że dużo stresu, że jasne, ale „pozornie” brzmi bardzo niebezpiecznie.

No ale co teraz?

Zioła, ziółka, kora i wrzątek.

Starcie 3

Lekarz pierwszy od tabletek już nie wie sam, co wymyślić.

– To może być depresja.

– Nie, nie wydaje mi się. Ja tylko źle się czuję.

– Pani się nie wydaje, a depresja ma wiele twarzy. Wie pani, przy dziecku dużo się zmienia, kobiety tak mają.


%d blogerów lubi to: