Monthly Archives: Maj 2011

Bez tytułu

Młody ze swoim tatą udali się na wycieczkę. Zaopatrzeni w kalosze, spodnie na zmianę, skarpety na zmianę i kilka bezużytecznych rad, zniknęli mi z oczu. A co z oczu…

Ale od początku. Wcześniej pojawił się Ojciec. Stanął w drzwiach –  rześki, opalony, odległy. Zbyt świeży, zbyt egzotyczny jak na moje zmechacone życia. Przeciąg w dusznym korytarzu. Wyglądał jakby jeszcze nie wrócił, nie przejechał tych 850 kilometrów z litewskiego wybrzeża, gdzie, pod pozorem artystycznego workshopu, pił i zwiedzał. I żył. Z pachnącej morzem torby wyciągnął trochę surowej szynki, butelkę i płytę litewskich romansów. Wyszliśmy na chłodny majowy ogródek. On gadał. Jak nie gadał, to nucił te „romanse”. Jego nucenie niezobowiązująco wypełniało ciszę.

Nie mamy do siebie nic. Jesteśmy w symbiozie. On jeszcze nie wrócił. Ja jeszcze nie wyjechałam. Jestem cieniem. Nic mu nie opowiem, niczym go nie rozbawię. Dziś jestem od niego starsza.

Coś mi się przypomina. Że ogródek w maju pachnie. Że deszcz jest zajebisty. Że „zajebisty” to słowo kiedyś przeze mnie często używane. Zaczyna padać mocniej. Nie ruszam się z miejsca. Byle co mi tego nie odbierze. Ojciec też się nie rusza. Śmiesznie. Upiliśmy się. Wspaniale. Dygresja taka. Szczelina w uporządkowanym życiu. Przypadek. Koło ratunkowe. Nie jestem trupem. Jestem rozbitkiem. Jeszcze może gdzieś dopłynę. Oporządzę wszystko. Zabezpieczę. Ucałuję na pożegnanie. Dam spodnie i skarpety na zmianę. Milion bezużytecznych rad.  I odpłynę.


Będą ci zawsze mówić, co masz robić

Nosiłam młodego na rękach, aż mi mięśnie wiotczały. Mówili: nie noś. Tuliłam, huśtałam, kołysałam. Mówili: nie kołysz, nie huśtaj, bo się przyzwyczai! Karmiłam, kiedy chciał – łapali się za głowę, bo miało być co trzy godziny. Zasypiał przy piersi – załamywali ręce. Spałam z nim. Mówili: nie śpij, bo zadusisz, bo niesamodzielny będzie, bo nie będzie umiał tego i tamtego. Stałam nad jego łóżeczkiem wieczorem nucąc pięćdziesiąty raz kotka, króla i księżyc, aż mi te cholerne drewniane barierki wrastały w przedramiona. Ale jakoś inaczej nie umiałam. Pamiętam tylko poczucie totalnej niekompetencji w starciu z intuicją. No, nijak nie potrafiłam dziecka samodzielności nauczyć. Grzech nadopiekuńczości wisiał nade mną niczym stygmat.

Teraz za to słyszę: noś dziecko, karm dziecko, huśtaj ile wlezie, śpij z dzieckiem. Zwariować można. Macierzyństwo jest chyba najbardziej dynamiczną dziedziną nauki! Wszelkie szkoły i religie próbują ugrać coś dla siebie. Tylko, że coraz trudniej siebie dosłyszeć w tej kakofonii porad i opinii. W telewizji śniadaniowej rodzicielstwo bliskości, a w popołudniowej wojskowa niania. Matki uległe versus matki wyrodne. Najlepiej razem w jednym programie, żeby się zrobiło jak na ringu, to i oglądalność podskoczy. Tematem dzisiejszego programu jest: czy kochać męża bardziej niż dziecko czy dziecko bardziej niż męża – mówią nam o tym znane aktorki…

Uff…

O drugiej w nocy budzę się – przy łóżku stoi zjawa wysokości jeden metr. Ma ze sobą dwa duże pluszowe psy, jednego tygrysa i zieloną żmijkę. Czyli zestaw nocny.

Młody oświadcza sennie: „dołanczamy”.

Pakuje się do łóżka wraz z zestawem. Jest dość ciasno. Jest ok.

I w końcu nie wiem, czy jesteśmy tą patologią czy nie.


Go backwards

„Nie dało się cofnąć ślubu: oddać świadkom obrączki, odpowiadać „Nie” na niezadane jeszcze pytania, wyjść z kościoła tyłem i rozejść się w różne strony osobno, tak jak przyjechało się białymi mercedesami z szarfą i balonikami.”

Fragment z książki Manueli Gretkowskiej – Kobieta i mężczyźni.

Nie da się już połączyć ze swoim dzieckiem w jedno.  Zewrzeć mocno nogi i zejść z łóżka porodowego w niezakrwawionej koszuli. Z wielkim brzuchem, który by malał i malał. Wciągnąć w siebie wyssane mleko i łzy. Cofnąć rozstępy na udach i rozstępy w głowie, pęknięcia w świadomości, rysy na swoim egoizmie. Nie da się skleić z powrotem swojego myślenia o życiu pociętego na tysiąc kawałków, rozpieprzonego, rozkraczonego.

Nie da się wrócić blasku oczu wpatrzonych w ciebie osób, kiedy o piątej nad ranem otwierasz kolejną butelkę wina. Nie da się zrezygnować z pierwszego pocałunku z ukochanym, pomachać mu ręką, odwrócić się na pięcie i odejść. Kupić bilet last minute byle gdzie i wyjechać.

Bo nie da się już kochać siebie najbardziej.


Pomidor

Młody „pomaga mi” robić sałatkę, dekoruje blat coraz bardziej rozćtapanymi pomidorami.

– Pobawmy się, że ja będę tobą, a ty mną  – proponuje, machając łyżką tak, że kawałek pomidora ląduje na podłodze.

– Dobrze – zgadzam się, kompletnie nie przewidując nadchodzącej klęski.

Uśmiecha się do mnie miło.

– Jedz – ładuje mi do ust sałatkę – witaminki – przekonuje mnie z uśmiechem.

Po trzech łyżkach, stwierdzam, że pomidory wciskane na siłę przestają smakować.

– Już dziękuję – wycofuję się.

– Okej.

Oddycham z ulgą.

– Ostatnia łyżka – znienacka metalowa łyżka szura po moich zębach. Pomidor nie chce się przełknąć, zaraz zwymiotuję.

Młody uśmiecha się przepraszająco.

– Żebyś miała siłę. Teraz idziemy do przedszkola.

– Nie chcę – deklaruję zgodnie z rolą.

Bierze mnie za rękę.

– Pobawisz się z dziećmi.

Co to ma wspólnego z tym, że ja nie chcę iść do przedszkola? Nie chcę i już!

– Nie chcę.

– W przedszkolu jest fajnie. – Młody ciągnie mnie za rękę.

Nonsens!

– Ale bez leżaczkowania? – próbuję ugrać choć trochę.

– Będę o czwartej – ignoruje (?!!) mnie Młody.

Prowadzi mnie do pokoju.

– Ty zostajesz tu – ociera nieistniejący pot z czoła – ja idę sobie trochę popracować.

Trzaska drzwiami. Czekam.

Wtopa. Albo przerywamy zabawę, albo będę czekać kilka godzin.

Na szczęście zagląda Tata.

– Co ty tu robisz??

– Nie uwierzysz: Młody myśli, że jest mną i chyba za bardzo się wczuł w rolę.

Zza Taty wygląda Młody, kręci głową z niezadowoleniem.

– Kocham cię – mówi do mnie – Ale kompletnie nie masz racji.

(!!!!!!)

OMG!!


Wszystko o mojej matce

Jeżeli jest coś, co charakteryzuje przełom wieków, to właśnie rozpad rodziny. Możliwe jest dzisiaj tworzenie rodzin z innych elementów, na innych zasadach, stworzenie innych relacji biologicznych. Muszą one być respektowane, jakiekolwiek by były, gdyż najważniejsze jest, żeby członkowie rodziny się kochali.

Tak mówił Almodovar o związku Manueli i transwestyty Loli z filmu „Wszystko o mojej matce„.

Artysta zawsze będzie optował za wolnością. I prawdziwym uczuciem. Bo niewola i brak miłości zabijają kreatywność. Transwestyta na ekranie to jest coś! Kto chciałby zrobić film o koleinach codzienności?  O przypalonych tostach, przeterminowanych prezerwatywach, kremie pod oczy, cielęcinie mielonej, telefonach do klientów, zaległych płatnościach, zwrocie podatku, złej pogodzie, bólu brzucha, niegrzecznym dziecku?

Tylko, że transwestyta Lola to po prostu mężczyzna, który odszedł od swojej rodziny, żeby spełnić swoje marzenie i stać się kobietą. W Polsce Lolą może być dziennikarz który za bardzo polubił koleżankę z pracy, może być pisarz, bankowiec, taksówkarz. Przebranie Loli to tylko obcość. Taka którą najtrudniej znieść, bo pochodzi od najbliższej osoby.

A przecież najważniejsze jest, żeby członkowie rodziny się kochali…


Strach

Boję się. Ja, matka, (o matko!) psycholka, boję się, odkąd jestem odpowiedzialna za małą, kruchą istotę.  Strach gościł we mnie od zawsze, przełamywany był na siłę. Boisz się ciemności? Wleź do ciemnej piwnicy. Boisz się ruszyć z domu? Wyjedź natychmiast. Boisz się odrzucenia? Pocałuj go. Boisz się wysokości? Skacz!

Ale teraz koniec z przełamywaniem. Teraz jestem u Stracha na służbie.  W snach i na jawie. Nie o siebie, nie o siebie przecież. Strach, kiedy się Mały się przewróci, strach, kiedy zniknie mi z oczu. Strach, kiedy mam wyjechać, zostawić. Strach, że wypadek, że upadek, że choroba, że szpital, że błąd lekarza… Wyobraźnia napędzona siłą Stracha twórczą jest. Strach, że ktoś zły, ktoś obcy przyjdzie, że górka, że dołek, że ulica, że piłka toczy się, toczy, a on za nią…

A może to też strach o siebie jest?

Ale ukrywam się. Nie pokazuję. Nie jest w modzie bać się. Matka bojąca passe. Matka bojąca toksyczna i problemowa. Wyluzuj, weź przestań, puknij się, lecz się, porozmawiaj z psychiatrą.

Tłumię, tłamszę, duszę odsprzedaję, zawieram tajne układy z bogami i demonami.

Czy wy też? Czy ja zwariowałam?


Dlaczego mądre i silne kobiety zawsze się rozwodzą?

– Jak to się rozwodzisz??! – pytam.

Uśmiecha się.

– Zauważyłam, że wszystkie mądre i silne kobiety się rozwodzą.- mówi spokojnie.

Phi! Pff! Psssst! Parskam i macham łapkami. Co za bzdura! Co za generalizacja! Co za cholerna generalizacja! To stwierdzenie jeździ jednak ze mną wszędzie. Jedzie ze mną do przedszkola. Do spożywczaka na rogu. Jest ze mną przy kolacji i jak zmywam (i tak rozmyte) oko, które patrzy na mnie surowo.

Co za bzdura z tymi rozwodami! Jak tonący deski chwytam się myśli, że przecież znam kogoś kto zna kogoś kto się nie rozwiódł! Że znam silne i mądre i w związkach długotrwałych. Odwracam wywracam znaczenie – „silne i mądre się nie rozwodzą”. Niczym sztandarem powiewają swoją wolą pozostania w związku, dawania przykładu córkom, że da się, że trzeba iść na rekord. Pięć, dziesięć, piętnaście. Papierowa, diamentowa, złota, srebrna, sraka i owaka. Póki śmierć nas nie rozłączy. Fizyczna śmierć. Co z tego, że ducha już w nas nie ma. Że umarł. Zdjęcie w białej sukience u rodziców na komodzie zawsze przypomni ci, kim jesteś.


%d bloggers like this: