Monthly Archives: Czerwiec 2011


Moje wakacje

Moje dwie nogi. Moje. Mój ból w nogach. Mój. Mogę nie iść, mogę iść. Mogę usiąść. Mogę zmienić zdanie. Mogę mówić, ale mogę nie. Jeśli coś powiem, to dlatego, że miałam coś do powiedzenia. Jeśli nie powiem nic, nie nastanie krępująca cisza. Mogę mieć w dupie królową i jej całą gwardię. Mogę robić zdjęcia dziurom w jezdni. Mogę zasnąć na trawniku pod najwspanialszym muzeum Europy i nie wejść do środka. Mogę oszczędzać na prezenty, ale niestety właśnie je zjadam w tajskiej restauracji. Zielone chilli pali mi usta, język i żołądek. Mój żołądek. Więcej chilli. Nic ode mnie nie zależy. Nie ma znaczenie, czy wysiądę tu czy tam. Rozpłynę się w tłumie i nikt nawet nie zauważy, że byłam. Nikt na mnie nie czeka. I ja na nikogo nie czekam. Otwierają się drzwi, zamykają się drzwi. Następna stacja – jakaś tam. Kanałami, żeby mnie świat nie dorwał, wożę się po wielkim mieście. Opieram głowę o szybę. Kołysze mnie, kołysze. Nie doszukam się w sobie ani ziarna tęsknoty. Nawet okruszynki. Jakby to uczucie w ogóle nie istniało. Za mną też pewnie nikt nie tęskni. Za monsterem, w którego się zamieniam. Za wiedźmą wszystkoczepną. Wcale mnie to nie martwi. Wy nie wiecie, jaka jestem fajna. Jaka jestem zajebista. Moje dwie nogi. Moje dwie ręce. Moje jedno zaniedbane ego.


Pokazać matkę karmiącą


Wspaniała reklama! Zwracam uwagę na koleżankę karmiącą po prawej. Twórcy reklamy, a właściwie śmiało można powiedzieć o nich- artyści, wykazali się znajomością tematu.  Że aż przegięli. I jaka ładna kokardka!


Mam miotłę jestem wiedźmą

Jak mówiła Dana – kobieta w związku przechodzi fazę wiedźmy. Ale potem znowu jest faza „że super jest”. I miłość rozkwita na nowo, bo miłość, jak wiadomo z wiarygodnego źródła, cierpliwa, nieczepliwa i niezrzędliwa jest. Dana też była wiedźmą, ale na szczęście to było dawno. Tak dawano, że prawie nie pamięta. To było wtedy, jak jej dzieci były małe…

 Jest brudno, proszę cię wstań i umyj. Pobaw się z dzieckiem. Posprzątaj po sobie. Nie chodź w butach. Przecież ja wczoraj tę podłogę… Jak to kiedy? O jedenastej w nocy, jak wstawiłam dzieci do pralki a pranie spać… Pomóż mi. Proszę, pomóż mi. Padam z nóg. Jest tego za dużo. Chcę, żeby było czysto. Nie wiem, czemu tego chcę. Nie potrafię nie chcieć. Ktoś we mnie, za mnie o tym decyduje. Chcę, żeby obiad, żeby prasowanie, żeby czytanie dwadzieścia minut codziennie. Chcę pracować i nad pracą się skoncentrować. Ale nie mogę. Mleko masło brokuły obijają się po zwojach mózgowych cielęcina wieprzowina kurczak.

Pomóż mi, zabierz mi te myśli z mojej głowy. Raz jeden w świątek piątek, jeden cholerny raz! Bo zwariuję.

Tylko spokojnie, masz rację. Przecież nie płaczę! Popatrz na mnie. Popatrz, kim się staję. Biegam, jak biega moja matka i twoja matka. One w bieganiu osiągnęły już pewien stopień perfekcji, Tak, jak nasi ojcowie osiągnęli perfekcję w siedzeniu przy stole. Żaden się nie zerwie. Ale ja nie jestem perfekcyjna. Zobacz. Przypalam. Rozgotowuję. Rozlewam. Psuję. Piorę białe z kolorowym. Masz jeszcze szansę. Pomóż mi. Weź tę miotłę. Leć, kochany, leć ponad swoje geny i memy. W imię miłości. W imię tamtej miłości (pamiętasz jeszcze?) błagam, kup mleko masło i zetrzyj marchewkę z jabłkiem bez pytanie mnie o cokolwiek!!

Pomóż mi. Zanieś te jebane naczynia do zmywarki. Dlaczego?? Jak to dlaczego?! Nie wiem, co na obiad jutro. Jak to, skąd ty masz wiedzieć? Zastanów się. Potem to kup. Potem to zrób. Potem to podaj. Potem posprzątaj. Tylko tyle. Siedem razy w tygodniu. Trzydzieści razy w miesiącu. Kochani, zabieram was dziś do restauracji.

Wypchaj się swoją restauracją!!!!

 …

 Życie z wiedźmą proste nie jest. Trzeba cierpliwie przeczekać. Dzieci podrosną. Ktoś inny im zacznie gotować. A jak jest córeczka, to i dom z czasem ogarnie. Sprawy wrócą do równowagi. Rodzice się przytulą. Buziaczek na zgodę. Wiedźma zapomni o wkurwie, strachu i samotności, tak jak zapomni o bólu rodzenia, nieprzespanych nocach, mleku, maśle i cielęcinie. Będzie może trochę bardziej milcząca. W jej oczach trochę jakby mniejszy zachwyt nad nim. Uśmiech taki dziwny… nieee, chyba mu się tylko wydaje. To tylko zmarszczka…

 Wiedźma nie zapomni nigdy, mój drogi.


Invisible


Zakończenie uroczyste

Na zielonej polanie dziś wiosenny bal. Biedroneczki są w kropeczki, a skrzaty robią wszystko cicho sza. W dzień i w nocy zawsze chętne do pomocy. Moje dziecko gra w tym przedstawieniu Turystę. Wyposażyłam go w plecak, okulary słoneczne i ciupagę. Młody założył te okulary i nic nie widzi, bo w sali jest dość ciemno. Jak wyłazi na środek, to macha ciupagą dla orientacji. Może i wygląda jak turysta, tylko, że niewidomy. Zderza się ze Skrzatem. Przejęty mówi coś w stylu: „daj mi kropki na pamiątkę do kraju, wtedy wszyscy uwierzą, że tu kropki rozdają”. Na drugim planie bocian z grupy Motylków tekturowym dziobem dziobnął chmurkę z grupy Żabek, która poleciała na koleżankę pszczółkę. Pszczółka przewróciła dekorację. Pani Rytmiczka zagłusza zamieszanie, waląc w pianino i śpiewając. Jej glos jest wysoki, niewinny, jakby przeznaczony na psalmy. Młody schodzi ze sceny w glorii i chwale, machając ciupagą. Ciupaga cudem mija Franka z grupy Biedronek, który się nie przebrał, bo nie chciał. Siedzę w drugim rzędzie. Miniaturowe krzesełko gniecie mi pupę i krzyż. Migają flesze. Biję brawo. Przez chwilę czuje duszne i obezwładniające uczucie bycia zdefiniowanym do granic możliwości. Ja – rodzic na przedstawieniu. Oto moja rzeczywistość. To wszystko dla mnie. Spójrzcie, skrzaty, dookoła, czy was może ktoś nie woła…

Mój synek przebrany w żółty kubraczek tańczy twista. Mamy szaleją. Ojcowie potykają się o kable, bo patrzą na wszystko okiem digital camera. Tak naprawdę myślę tylko o tym, ze jutro cię znowu nie będzie. Znowu.


Prawda oczami trzylatka

1.

Mamoo, zobacz, tutaj są dwa Murzyny!!

O boszsz! Faktycznie dwa Murzyny, między 3 a 5 rokiem życia, huśtają się z Młodym w czymś w rodzaju sieci pająka. Pragnę, żeby mój syn już przestał zwracać na to uwagę. Tak jak ja udaję, że nie zwracam. Choć przecież zwracam. Jednocześnie myślę, czy Murzyn to jest poprawnie powiedziane? Czarnoskóry? Afroamerykanin? Afropolak? Może jednak zmieńmy temat.

Murzyny żyją w Afryce! – chwali się swoją wiedzą Młody.

– Jak widać, nie tylko – mówię ostrożnie, uśmiechając się przepraszająco do dzieciaków, sorki kochani, my znać tylko Bambo…

– Tylko i wyłącznie! Tylko i wyłącznie! – skanduje moje słodkie dziecko. Przez chwilę myślę o tym, że każdy skinhead był kiedyś małym słodkim dzieckiem z przydługą grzywka i robi mi się źle. Ściągam Młodego na ziemię (dosłownie i metaforycznie).

– Nie można tak mówić.

Dlaczego?

– Bo to nieprawda. Ludzie o ciemnej skórze mogą mieszkać wszędzie.

Czuję opór masy.

– Tylko w Afryce, tylko w Afryce. Wiem to. Wiem to.

Młody nie rozumie. Trzeba by odpuścić i wrócić do tego później, ja jednak zbyt się obawiam o uczucia tamtych.

– Nie chcę tego więcej słyszeć!

Błąd! Błąd! Wyją syreny alarmowe! Młody zaplata ręce na piersi.

– Nie lubię Murzynów!!

No i masz! Wracamy do domu. Ja z poczuciem totalnej porażki, on absolutnie pewien, że Murzyni to psujzabawy.

Kilka dni później widzę, że gania się po podwórku przedszkolnym z czarnoskórym Aleksem.

– No i co? – pytam – czyli jednak lubisz dzieci, które mają ciemną skórę?

– Coś ty, mama! Aleks nie ma ciemną. On ma czekoladową.

Osz ty! Takie to było proste!

2.

– Mamo,  ja nie chcę siadać na fotelu Lorda.

Lord – kochany, wielki, nieco zeschizowany pies żył z moimi rodzicami przez piętnaście lat. Zdechł kilka miesięcy temu pozostawiając wszystkim ranę w sercu.

– Lord nie żyje, możesz siadać.

– Nie żyje?? Ale babcia mówiła, że on śpi.

– Lord umarł. To nie to samo.

– Na zawsze umarł?

– Na zawsze.

Młody zachmurzony.

– I nigdy już tu nie siądzie?

– Nigdy.

Młody podchodzi powoli do fotela, główka spuszczona. Czuję jak mnie ten szew po ranie w sercu ciągnie.

Nie chcę siedzieć na fotelu Lorda – powtarza Młody cicho.

– Czemu? – mam ściśnięte gardło.

Młody wzdycha głęboko. –

– Bo ten fotel śmierdzi.

3.

– Tato! Tato. Zobacz jaki stary staruszek!

Staruszek zbliża się żwawym krokiem, bo wcale nie jest takim znowu staruszkiem. Mijając Młodego, uśmiecha się.  Młody się  nie uśmiecha. Patrzy tylko smutno i głośno mówi do swojego taty.

– On niedługo wyginie.

Naprawdę bardzo Pana przepraszamy.


Osiem liter, pierwsza „d”

Mimo, że zaklinałam się, że nie chcę, nie zamierzam, nie będę o tym pisać, plany biorą w łeb. Pisze się samo. To problem zbyt nachalnie pchający się do mnie. Co ja poradzę, że to widzę? Że dziewczyna z wózkiem przysnęła na chodniku, przy przejściu dla pieszych, na czerwonym świetle. Że ta kobieta pod furtką przedszkolną nerwowo wypala dwa papierosy, jeden po drugim. Że ma czerwone oczy. Że pach, pach, jeszcze dwa machy, przygniata niedopałek sandałkiem na koturnie, odgarnia włosy, naciska klamkę furtki. Że nagle używa uśmiech numer pięć. Że niczym perfumami pokrywa się tym uśmiechem dla ludzi, dla dziecka. Że stoję w łazience już pięć minut i gapię się na pająka. Że czasem w ogóle nie obchodzi mnie ta gęba z lustra, jest mi całkiem obojętna. Ale za to pająk…

Czy to już?

Depresja poporodowa zaczyna się przed porodem i trwa i trwa i trwa

Wyniki badań pokazują, że około 80% kobiet zapada na tzw. baby blues.  Po około miesiącu pierwszy szok zostaje przyćmiony nawałem oksytocyny sączącej się z bezustannie ssanych piersi. Blues się kończy.

U około 10% do 20% kobiet się nie kończy. Wcale.

Rozmawiałam z panią naukowiec (nie piszę nazwiska, ale jak ktoś chce wiedzieć, niech pyta), która jako jedyna w Polsce zrobiła solidne badania na ten temat i napisała książkę. Powiedziała mi między innymi: Depresja poporodowa zaczyna się w wielu przypadkach przed porodem. Wtedy wszyscy mówią, że to hormony. Albo że matka boi się o zdrowie dziecka. Tylko, że ona potem rodzi zdrowe dziecko i wszyscy są zdumieni: czemu nie tryska radością? W jej badaniach „kluczowa okazała się relacja z bliskimi, najbardziej z partnerem”. Ba! A potem dzwoni do mnie mężczyzna, że już nie wie, co ma robić, bo jego żona przestała z domu wychodzić i zajmować się dzieckiem.

Granica wytrzymałości

O objawach nie piszę. Do złudzenia przypominają zwykłe życie. Choć te myśli takie złe, wiadomo jakie.

Wychodziłam na balkon na piątym piętrze wywiesić śpiochy i gapiłam się w dół – powiedziała mi kiedyś moja przyjaciółka – myślałam, że fajnie byłoby już przestać być. Mocno zaciskałam spinacze na śpiochach, bardzo mocno i wracałam do mieszkania.

Co więc, jeśli dajesz radę funkcjonować? Tu cicho popłaczesz, tam zrobisz sobie placebo z melisy. Wypierdolisz do kibla obiad, który robiłaś dwie godziny i którego nikt nie chce jeść. O trzeciej w nocy wstaniesz pogapić się na śpiące dzieci. W ciągu dnia zasypiasz, bo nie spałaś w nocy. Wszyscy dookoła mają pasję. Wszyscy dookoła mają seks. Ty masz czachę ze szkła. Nie rozumiesz czemu. Bywa, że jest gorzej niż lepiej. Jeśli ta baba, która stoi za tobą w kolejce do kasy, za chwilę się nie zamknie, udusisz ją nowymi szelkami dla Młodego. W słoniki.

Wkurza cię, że nikt do ciebie nie dzwoni. Jak ktoś dzwoni, to nie odbierasz. Nie masz ochoty nic opowiadać, udawać. To zbyt męczące. Przestajesz chodzić na imprezy. To zbyt prymitywne. Nie obchodzi cię to. Nie pijesz. Nie palisz. Wolisz nie ryzykować zapaści w otchłań. Jesteś dumna ze swojej buddyjskiej postawy. Po roku chodzenia na jogę potrafisz już stanąć na głowie. Nikt ci nie wmówi dziecka w brzuchu, ani choroby w zdrowym ciele. Z którego uleciał duch. Buch.


Czas leci

– Boże, jak ten czas leci… – informuje boga jakaś znajoma. Patrzy na moje dziecko jak na dowód w sprawie.

No, leci. Leczy rany, zboże oddzieli od trawy.  Po tym, jak ziemia się zatrzęsła i rozstąpiła, pochłaniając bezpowrotnie całe moje poprzednie życie, ustają powoli wstrząsy i krzyki, opadł kurz. Wzrok i mózg przyzwyczaja się do nowego krajobrazu. W nim jesteśmy ja i 3,5 – letni Młody, który trzyma mnie ufnie za rękę. Przede mną nie ma nic. Za mną nie ma nic. …

W krajobrazie po bitwie jest jeszcze Przedszkole. Instytucja wielbiona przeze mnie szczerze. Przez Młodego obdarzona bardziej ambiwalentnymi uczuciami. Dzięki Przedszkolu życie nabrało rytmu. Dzień dzieli się na „przed” i „po” i każda część ma swoje niezastąpione plusy.

W części pierwszej pracuję. Wciąż jeszcze pozostaje mi trochę czasu na posadzenie mojej pierwszej w życiu pelargonii. To nic, że na pewno padnie. Cieszy mnie ten symbol totalnego mieszczaństwa, jej cukierkowa uroda. Punk is dead. Ja zmartwychwstaję. Małe luksusy w pierwszej części dnia. Mogę się zagapić. Mogę zapomnieć kupić mleko. Jak pacjent po rekonwalescencji, uczę się funkcjonować samodzielnie. Przez te trzy lata wyrobiłam normę. Tylko ja. Są momenty, w których moją najważniejszą pracą jest samo bycie. Jak martwa natura, ja się nie ruszam staram, a wy mnie malujcie. Boże, jak ja tego potrzebowałam! Stan konta zwalnia mnie z marzeń o długich egzotycznych wakacjach, ciuchach i meblach, które by się przydały. Małżeństwo tkwi w dołku, niczym zawieszone samochodowe koło, buksuje piach, nie rusza się ani w przód ani w tył. Ważne, żeby teraz nie dodać za bardzo gazu, bo skończy się źle. Jesteśmy dla siebie uprzejmi niczym idealni sąsiedzi …

W części dnia „po” ściskam spoconą łapkę. Całą przestrzeń wypełnia nieustanne mówienie Młodego. Powoli, bez pośpiechu włączam się w ten słowotok, wyłapuję co ciekawsze stwierdzenia. Dzięki doniczce z pelargonią, mogę teraz dać znowu coś z siebie.

– Nie chcę być już chłopcem – dochodzi do mnie. Dlaczego, synku, dlaczego, dopytuję się, zaniepokojona tym kryzysem tożsamości. (O rany, ci Kanadyjczycy, którzy wychowują dziecko o imieniu Storm!… Może oni jednak wyczuli jakiś nadchodzący trend?! )

– Bo chłopaki muszą jeść. – odpowiada Młody – I słuchać się taty.

Myślę, że dziewczyny jednak mają gorzej, bo muszą nie jeść, żeby wiecznie trzymać tę cholerną wagę, a słuchać się muszą mamy i taty i jeszcze wielu innych. I to całe życie. Ale na razie nie tłumaczę tego mojemu małemu transowi. Mówię, że dziewczyny i chłopcy mają takie samie prawa i kłopoty z jedzeniem i rodzicami. I tak idziemy, gadamy, wypełniając cały krajobraz. Niewyobrażalne, że było i że będzie inaczej. To wszystko ciągle się zmienia i głupotą byłoby wierzyć, że tak będzie długo.  Czas leci. W końcu nastąpi jakiś tąpniecie, coś się pojawi, coś zniknie, zatęsknię, rozstanę się, w przedszkolu wezwie mnie panie psycholog. Ale jeszcze chwilę… ciii.


Rocznica

– W małżeństwie, rozumiesz… – Dana się nie śpieszy, waży swoją wypowiedź, kryguje się, choć wie, że jej imponujący staż małżeński daje jej pewną wiarygodność w tych kwestiach – najważniejsze jest… nie zakochać się w kimś innym.

Wypuszczam z płuc wstrzymywany oddech. Nie wiem, czy żartuje czy co. Nie, nie żartuje.

– Bo widzisz, na ten przykład – Dana nie przejmuje się zupełnie moją zawiedzioną miną  – idę wczoraj do kina. Jest środek dnia, pada deszcz, w kinie jest pusto, fajnie, przytulnie… (wtrącę tylko, że Dana ma dzieci w wieku szkolnym i posadę kierowniczą, która pozwala jej na wychodzenie z biura w godzinach pracy) W tym kinie przy kasie jest tylko jakiś Facet. Wyższy ode mnie! (To zdanie Dana wypowiada z zachwytem, bo, jako była koszykarka, rzadko spotyka mężczyzn wyższych od siebie). Facet uśmiecha się miło. Wymieniamy dwa zdania o psiej pogodzie. Bla bla. Na zewnątrz naprawdę leje. Na ekranie komputera kasjerki widzę, jak facet wybiera sobie miejsce. Piętnaście ef.

Dana uśmiecha się. Nie musi kończyć tej historii. Rozumiem, że jako przykładna mężatka, kupiła bilet daleko od wysokiego gościa. Głównie dlatego, że już miała ten flirt w głowie, w brzuchu… Obcy, wysoki kinomaniak, z którym znalazła się zalanym deszczem kinie, był tym, czego szukała w filmie, a dostała w rzeczywistości. Dana szybko podcina przypadkowi skrzydła, zamyka się na przygodę, cokolwiek by nią było. Woli zobaczyć na filmie.

Choć pewnie na początku jej miłości do męża, facet mógłby siedzieć i pachnieć, wysyłać intelektualno-erotyczne feromony w jej kierunku i nic.

Myśląc o tej rozmowie, o tej dziwnej małżeńskiej samokontroli, przypomniało mi się, to co mi się już zapomniało. Że jak człowiek jest samotny, to przydarzają mu się te wszystkie śmieszne rzeczy: przypadkowe spotkania przeradzające się w długie znajomości, długie znajomości przeradzające się w przypadkowe romanse, rozmowy, nocne odprowadzania się, pocałunki.  Świty na moście, spacery po torach, wyznania na plaży i inne bzdury. Bardziej lub mniej złudne poczucie porozumienia z drugim człowiekiem.

A potem spotykasz kogoś, na kim chcesz zrealizować ten mit „na zawsze” i „nigdy cię nie opuszczę”. I szybciej albo wolniej zdajesz sprawę, że to nie jest takie hop siup. Że „nigdy” i „zawsze” znaczy właśnie nigdy i zawsze. Co cię podkusiło żeby to w ogóle komuś obiecywać?!

Siadasz więc dwa kilometry od wysokiego, choć przecież głupio byłoby wymagać, żeby ktoś to docenił. Popcornem zapychasz swoją ekscytację. Zaraz zobaczysz na filmie kogoś kto wykaże się totalnym brakiem kontroli, zakocha się w kimś drugim wbrew wszystkiemu i po mniej więcej 90 minutach i wielu perypetiach sprawa zakończy się happyendem. Za jedyne 25 pln pusta szczelina twojej duszy zapełni się poczuciem spełnienia. I to bez wyrzutów sumienia.


%d blogerów lubi to: