Monthly Archives: Lipiec 2011

Rozmawiaj ze mną

Te rozmowy. Spisać, wydrukować i dowolnie pociąć. Podzielić się rolami przypadkowo. Nie ma znaczenia, kto co mówi, ponieważ są to zawsze te same kwestie.  Zachmurzyło się znowu. Rozchmurzyło się. Pogoda w tym roku to naprawdę. A dziecko to ile ma? A jaki duży/mały/sprytny/rozgarnięty. A ze szkołą to takie problemy mieliśmy. Cmok cmok. Mlask mlask. Do takiej do śmakiej. A w przedszkolu to naprawdę taki urwis. A to już dwunasta? Już pora. Kanapeczka. Danonek. Zupka. Ulubiona albo nie ulubiona. Jeszcze łyżkę. Jeszcze jedną. Bo deseru nie będzie. Bo nie będzie gofrów. Bo za godzinę, jak będziesz głodny, to już nie dostaniesz. Za babcię. Za dziadka. Oni też nam tak robili, to my teraz wam. Zobacz jak inne dzieci. Nie wstawaj od stołu, jeszcze nie skończyłeś. Nie krzycz. Nie biegnij, bo się zabijesz albo przeziębisz. Ile to się człowiek namęczy, żeby wypocząć. A korki takie, że już się martwię, jak my z tych wakacji wrócimy. Boże jaka jestem zmęczona. Znowu się zachmurzyło.

 

Błagam, stop! Zamknąć paszcze!

Puścić dzieci wolno. Niech nie jedzą. Niech nie śpią. Niech się walą po głowach łopatkami. Niech jedzą piasek. Niech sikają na ślimaki. Bo mamy ważniejsze tematy do rozmów. Bo powinniśmy się skupić na rzeczach ważnych, takich jak ty i ja. I podaj mi rękę. I pocałuj mnie, bo się starzeję, Bo czas umyka równo, Zrozumiesz, jak się zamkniesz. Jak popatrzysz na morze, jezioro, na obsikanego ślimaka. Na brudną twarz dziecka, które zasnęło w pół zdania. To po to tu jesteśmy. Chcę wam powiedzieć. Tak ciężko mi z wami. Tak smutno. Dajcie mi się tym nacieszyć. Bez was jestem nikt.


Spokojnie, to tylko wakacje

No super jest. Pogoda jest. Morie jest. Własny parawan w tęczowych kolorach, niczym flaga tolerancji wydymany przez morską bryzę, jest. Dziecko w amoku wakacyjnym jest. Babcia w poczuciu misji dożywienia dziecka w amoku wakacyjnym jest. Mąż dzwoni. Tęskni całuje dojedzie. Rozgryzam odrobiny piachu. Chcę poczuć smak zadowolenia. Znowu nie mogę wejść w rolę. Small talk z panią z turnusu jakoś mi nie wychodzi. Gofry mnie mdlą. Morze jest za zimne. Słońce parzy.

Moja mama. Mój syn. Stołówkowa jarzynowa. Wydaje mi się, że jesteś zestresowana.

Mamo. Co mam ci powiedzieć?

Chcę się skulić na tylnym siedzeniu malucha, za twoimi plecami w drodze międzyzdrojów ustki czy czegoś tam. Chcę tam leżeć cichutko, nie przypięta pasami. A ty mnie będziesz pytać co jakiś czas, czy chcę kanapkę z mortadelą. A ja będę mówić, że nie. Chcę położyć głowę na twoich rozgrzanych słońcem udach. Mamuś, nie wiem co mi jest. Ale jest mi tak dziwnie. Czy ty to widzisz? To życie to jest kurna jakiś joke! Zatraciłam, utraciłam umiejętność cieszenia się, na zawsze. Ratunku!

Nic nie mówię. Połykam rozgotowanego kalafiora. Spokojnie, bez paniki, to tylko wakacje.


Mama


Graciarnia

Człowiek nazbiera tych gratów. Potem nie ma co z nimi zrobić. Fortepian służy za komodę. Stoi cicho od lat, przyszpilony zdjęciami w ozdobnych ramkach. Na sztalugach wiszą ciuchy. Już nic nie widać spod sterty szmat. Płótna na blejtramach pochowane pod łóżko. I jak tu pod łóżkiem odkurzyć? Ciągle żal to wywalić. Farby wyparowały. Glina zaschła na kamień. Nuty pożółkły. Książki, listy i stare notesy udało się jakoś na pawlaczu upchać. Taras, co miał być ogrodem, jest składem na rowerki i hulajnogi. Przewodnik po Meksyku, co to go razem kupiliśmy, podpiera szafkę na buty, bo się huśtała. Baletki mole zżarły. Głos, co miał śpiewać, czasem tylko się na wolność wyrwie, przy kołysance. Mamo, jak ty ładnie śpiewasz. … Śpij już.

Jak to się stało? Kiedy to się zadecydowało? Jakim cudem kiedyś wiedziałam, a teraz nie wiem. Kiedy się tak zakurzyłam? Walkowerem oddałam. Focha strzeliłam. Kiedyś wiedziałam, kim chcę być. Dziś wiem tylko, że jestem kimś innym. Wielkie mi halo. Nie ja pierwsza.

Maya mówi, że w każdy piątek chodzi na grę nauki na gitarze.

Mało się nie opluję z radości, bo ona ma słuch taki sobie. Dlaczego, pytam.

Bo zawsze chciałam się nauczyć grać na jakimś instrumencie.

I tak się przecież już się nie nauczysz.

No, całkiem się nie nauczę. Ale to nic. Przyjemnie jest grać. Słyszeć, jak się dźwięki coraz to bardziej się udają. Moje własne. I rozmawiać o muzyce lubię. Może bardziej rozmawiać niż grać. Rozumieć, czemu coś następuje po czymś. To są rozmowy ważne, istotne…

Rozmowy o muzyce są istotne??

Tak.

Nic nie mówię. Nie mam siły zapisać się już na żadne zajęcia dla początkujących. Zawracanie głowy. Odwracanie uwagi od przykrej konstatacji, że oto jestem w połowie drogi. Ja. Człowiek nikt.

Wyciągam te zakurzone płótna, a na nich się robi normalnie słono wodna abstrakcja z łez i glutów. Gdyby komuś chciało się kiedyś analizować, co autorka obrazu miała na myśli, to podpowiem. Chodziło jej o to, że sprawy jednak wyglądają inaczej, niż sobie to wyobrażała. I że całkiem nie wiedziała, co dalej.


Kumulacja

Irytacja kumulacja. Wejdź do wanny. Wejdź żesz  dziecko do tej wanny. Pójdziesz spać, a ja jeszcze nadrobię, coś ze sobą zrobię. Nie chlap, nie wierzgaj, nie wij się. Czuję, że każda kolejna sekunda to cholerny tunel z papieru ściernego. Mamo pij. No pij. Mamoo. To jest mydło kochanie, piję na niby. Nie na niby pij!! Tłumaczę ci, że się nie pije mydła. Jezus, nie płacz tylko, patrz, piję. Napięcie powierzchniowe jeszcze utrzymuje gorycz w kielichu. Oj, oj, kurwa, nie jest dobrze. Wyjdź z wanny. Dlaczego nie chcesz wyjść. Przecież wcześniej nie chciałeś WEJŚĆ. Nie podnoś głosu na dziecko.  Choćbyś miała walić głową w zlew, głosu nie podnoś.

Mamo gdzie jest tata? Ja chcę do taty.

Numer jest obecnie nieosiągalny.

Spróbuję zadzwonić później.

 

Co tak naprawdę mnie tak denerwuje, do cholery?!

 

A to:

odpowiadanie sto razy na to samo pytanie

zadawanie tysiąc razy tego samego pytania

połączenie się z automatyczną sekretarką męża

nie zrobienie żadnej zaplanowanej na dziś rzeczy

zrobienie innych rzeczy, niepotrzebnych

ponowne połączenie się z automatyczną sekretarką

usilne starania, żeby nie podnieść głosu na dziecko

podniesienie głosu na dziecko

połączenie z mężem

zorientowanie się, że źródłem tego nerwa jestem ja ja i tylko ja

świadomość, że ta samowiedza nic nie daje

 

oraz to, że wlazłam skarpetą w coś mokrego

dobranoc


Czeski film

Ostatni raz widziałyśmy się dwa lata temu z Berlinie. To jedyna przyjaźń, która ocalała po studenckim pobycie w Holandii 11 lat temu. Maya to istny ósmy cud świata. Oliwkowa skóra i długie, kręcone włosy. Jest obdarzona tym wyjątkowym pięknem, które niosą egzotyczne geny. Wspomnienie Afryki przetrwało w jej sylwetce, mimo surowej europejskiej kindersztuby. Jest jednocześnie delikatna i niesamowicie silna. Jest jedyną osobą, którą znam, która tak absolutnie uwielbia bycie kobietą. A może po prostu bycie sobą. Uważa, że wszystko, co jej się przydarza, ma znaczenie. Korzysta ze swojej intuicji, jakby to było jedyne wiarygodne źródło wiedzy. Jednocześnie udaje je się nie wiązać z kretynami, nie dawać wrobić się z żadne głupie układy. Zawsze gdzieś zmierza. Ciągle się wyprowadza się, przeprowadza albo wprowadza. Czasem jest w związku z facetem, czasem z kobietą. Tłumaczy to tym, że w miłości chodzi o człowieka, a nie o jego płeć.

Dwa lata temu, w Berlinie, Maya była jednak matką świętą, pochyloną nad swoim synkiem. Matką spokojną, ciężką i pachnącą mlekiem. Jej oczy były zamglone endorfinami, niczym dwa błotniste jeziora. Matczyność buchała z niej, jak para z rosołu. Mam zdjęcie, na którym ona z synkiem machają do mnie, oboje tak samo spokojni, piękni i zakochani.

Ale teraz jest dwa lata później. Jest Londyn. Nie ma dzieci ni ojców. Jadąc na spotkanie z Mayą, obserwuję nierówne, w pośpiechu przez wyjazdem obcięte, paznokcie. Patrzę na swoje dżinsy za 59,90 pln. Jeden but mi się rozkleił i coś mu wystaje z boku. Nie zdążyłam się przygotować na spotkanie z tą pięknością. W dodatku nie wzięłam nic przeciwdeszczowego, a tu ciągle leje. Pożyczyłam od brata zieloną wiatrówkę, znacznie za dużą i czapkę z daszkiem Wimbledon 2007. Wyglądam jak polski dresiarz na robocie. W szybie odbija się moja długa postać. Tylko nos mi widać, bo się świeci. Spóźniam się, opóźniam. Niepotrzebnie pisałam Mayi, żeby przyleciała. Jestem wrakiem, kupą rozmazaną na szkiełku, gotową do badań na pasożyty. Jakieś pasożyty na pewno mnie żrą. Depresja albo inna opresja. Chce mi się odwołać to spotkanie. Nie chcę nawet stanąć obok Mayi. Nie dzisiaj. Brzydko, brzydko, fe.

No, ale nie mogę. Ona tu specjalnie dla mnie przyleciała. Tego akurat zupełnie nie rozumiem, dlaczego Maya wciąż chce się ze mną spotykać.

Więc lecę po tych korytarzach metra, niczym ćma do światła, lecę na moją ostateczną porażkę. Na wielkiej stacji jakiejś tam, mam szukać orkiestry (Maya pisze w smsie: w ten sposób łatwiej mniej znajdziesz). Orkiestrę słyszę od razu, bo składa się chyba z dwudziestu puzonów. Szukam jej wśród tłumu, ale nie widzę. Orkiestra hałasuje. Jest trochę abstrakcyjnie, jak na czeskim filmie. Ktoś do mnie macha. Jestem zdziwiona. Puzony szaleją. To ona. Jest o wiele niższa niż ją pamiętałam, niziutka. Jeden wielki kołtun ciemnych loków poklejonych od wilgoci, sterczy na obie strony. Ma na sobie za krótkie spodnie ze sztywnego białego płótna, rozszerzane na dole niczym dwa żagle. Na nogach jakieś dziwne sandałki. Płaszczyk żółty, wytarty, od czapy. Na to narzucony czarny sportowy plecak. Też od czapy. Maya dostrzega mnie i jej oczy błyszczą autentyczną radością. Idzie. Lezie przez sam środek tego wolnego miejsca, które zawsze jest przed orkiestrą. Mało im nie kopnie tego pudła na drobne. Wszyscy patrzą na tę małą postać. To ona. To ona taka, jaka jest. Jaka zawsze była. Teraz pamiętam. Kiedy wychodzimy na deszczowe ulice Londynu, Maya rozkłada parasolkę w kwiatki (taką klasyczną „babciną”) i jeden drut jest złamany. Rozczula mnie to do końca. To jest coś. To jest właśnie Maya.

Idziemy po kałużach niczym Flip i Flap. Mnie odkleiła się podeszwa do reszty. Jej woda wlewa się do sandałów. Ściskam łokieć Mayi z radości. Trutututuu.


%d blogerów lubi to: