Monthly Archives: Sierpień 2011

Znowu

Raz staruszek, spacerując w lesie, ujrzał listek przywiędły i blady,

I pomyślał:

o fuck!!

 

Jesień nie kojarzy mi się z:

długimi wieczorami przy kominku,

ani nocnymi rozmowami, ani niczym innym nocnym

ani ciepłą herbatą malinową,

ani hasaniem w kolorowych liściach,

ani Bieszczadami,

ani Krakowem,

ani żadnym innym wierszem.

 

Jesień kojarzy mi się z:

chorobami przeskakującymi z jednego  żywego organizmu na drugi,

lekarzami o obojętnym spojrzeniu,

klaustrofobią mieszkania z oknami na północny-wschód (!),

miotaniem się pomiędzy ścisz ten telewizor a o której będziesz,

zamrożoną porcją obiadową, nie zapomnieć należy wyjąć z lodówki wieczorem,

mamo, nudzi mi się,

mamo, czemu jesteś zła,

o co ci chodzi,

źle wyglądasz,

już o tym rozmawialiśmy

znowu?

 

Jadę samochodem, a chmury muszę zmazać z maski wycieraczkami.  Zęby mi szczękają ze strachu. Zaraz się zacznie. Zaraz się kurna znowu zacznie!! Tsunami mnie do września, a ja młócę ramionami wstecz . Do lipca do czerwca i do kwietnia.

Z tego, co pamiętam, ledwo dałam radę last christmas. Teraz już chyba nie dam. Może zatrudnię się w kasynie w Tanzanii? Młodego zawinę w koc Masaja. Mają tam przecież jakieś przedszkola, jakieś mamba nianie. O boszsz. Spokojnie tylko.

Zarygluję się w sieci. Podłączę sobie kroplówkę. Będę miała cztery awatary. Tu wkleję palmę. Tam kanapę postawię dla ciebie i dla ciebie. Tu, proszę – drinki z parasolkami. Tu sałatka z ananasem, a tu orzeszki z placebo. Tam można jarać. Dzieci mogą pobawić się w kąciku zabaw, jest basen z kulkami i mały tygrysek. Muzykoterapia. Aromatoterapia. Dramatoterapia.

Naskocz mi jesień pierwszy wrzesień. Jesu, denerwuję się naprawdę.

 


Goście goście

Sny, czyli taka rozmowa między mną a mną. Najczęściej w języku, którego kompletnie nie rozumiem albo nie słyszę, bo ogłuchłam cywilizacją, wiadomo, jak wszyscy. Jednakże mój szyfrant siedzi w ciemnym lesie i napieprza S.O.S. Mimo, że nie rozumiem, co ja chce przekazać mojemu ja, to niekiedy wydaje mi się, że to może być coś znaczącego. Często na przykład dostaję powtarzający się motyw:

Do mojego domu przychodzą ludzie na imprezę. Tylko, że ja ich wcale nie zapraszałam i chcę ich wyprosić. A oni nic. Spokojnie rozłażą się jak robale, gadają, bawią się, okropnie mnie męczą!! Jest ich coraz więcej i więcej.  We wszystkich pomieszczeniach pełno ich śmiechów, krzyków, pocałunków. Muzyczka gra, ale wcale nie jest fajnie. Jest koszmarnie. Tracę grunt, boję się, jest słabo, głośno i źle. Wypierdalać.

No?

i ?

co?

Noico noico?!! Czy jest na pokładzie jakiś zaklinacz snów, freudysta, buddysta?

Podświadomość, podobnie jak kosmos, bezgranicznie wielka jest, także można ją zaśmiecać. Siła wyparcia tym większa, im bardziej gorliwe zapewnienie, że jest ok.

Ależ ja się naprawdę wcale nie przejmuję! Na serio jest ok.  Że znowu wyjeżdżasz? No trudno. Ja w ogóle się nie przejmuję tym, że mi ciebie tak brakuje. Nic sobie nie robię, że nie lubię swojej pracy. Wali mnie również, że nie mam na siebie pomysłu. Że się starzeję. Że nic nie umiem. Że nigdzie nie jadę, ani znikąd nie wracam. Ani, że nie umiem wykorzystać  możliwości, jakie oferuje mi Unia Europejska!

Oj, wielkie mi co, że tyle ludzi robi karierę, wychowując jakoś przy tym trójkę dzieci niemalże w tym samym wieku. Ja się tu pałuję, że jedno mam, a jeszcze chude takie. No i co?!

Ja wam głośno mówię, że się nie przejmuję, ale widocznie jakieś JA jednak się tym wszystkim przejmuje. Ta kakofonia pragnień i bezsensownych dążeń, standardów, wymagań, bohaterów i antybohaterów, które usiłujecie we mnie wzbudzić myślą, mową, uczynkiem, zaniedbaniem i telewizją śniadaniową, spychana w podświadomość, wraca do mnie snem, w którym chcę żebyście się wynieśli do stu diabłów i dali mi w końcu spokój.

Tylko spokojnie, co nie?


Spod stołu

Co to była za impreza. Rodzina stawiła się licznie, mimo lokalizacji niesprzyjającej. Ja ogólnie raczej unikam, tym razem jednak nie uniknęłam. Bo, jako dziecko, w zbyt wielu imieninach brałam udział. Rodzice wyjść lubili, a ja nie lubiłam zostawać sama. Więc ja się na imieninach znam jak mało kto, prawie z mlekiem matki wyssałam. Perspektywa spod stołu, pamiętacie, oczka na rajstopach, co to się je potem na szklance łapało, za ciasne buty, dziurawe skarpety i spadające śledzie w cebulce! Ćtap.

Także nic mnie nie mogło zaskoczyć. A jednak. Ciocie przyjechały przebrane za babcie. Ich pulchne radosne policzki zapadły się w upudrowane buldogi. Wujki siwe i pokurczone jakieś. Smarki, co im gluty wycierałam, stawiły się jako osoby dorosłe i pijące, a jakże. Trochę się śmiali, trochę pili, trochę kaszleli. Nie bardzo wiedziałam, jak zacząć te rozmowy pod tytułem co słychać. Co słychać? Nie widzieliśmy się pięć dziesięć piętnaście. Także tylko donosiłam im i dolewałam, dzielnie się uśmiechając. Aż się trochę poluzowali i zaczęli się rozłazić po terenie grupkami. Jeden wujek siwy bardzo chciał z młodym grać w piłkę, że się zasapał niebezpiecznie. Rozpoczęły się śpiewy nieuniknione. Poszłam dolać tym, co przy ognisku. Jedna ciocia tam kiełbaskę piekła, co w uesa mieszka. W uesa rodzina nie istnieje – stwierdziła ciocia arbitralnie. W uesa nie dzieje się dobrze. Tu jeszcze się ta więź trzyma, a tam już się wszystko pozrywało, popękało. No to się z tą ciocią w spór wdałam, że może to dobrze, bo rodzina to, wiemy już od Szekspira, podłoże dla pleśni i psychoterapii. Na to ciocia ze śmiechu plunęła ketchupem. Mówi, że w uesa każdy ma terapię. Że ta samotność zżera ich tam od środka. Pokiwałam głową. Zza krzaka doszło do mnie „psst, psst”. Kuzynka jarała tam cienkie, a że nie jara, taka jak ja, to razem wyrajałyśmy po jednym. Niestety ojciec akurat przyszedł i zapytał, co robię. Poczułam się dziwnie, ale wyznałam, że mam trzydzieści pięć lat, więc spokojnie. Ojciec wydawał się zaskoczony moim wiekiem. Nie wiedząc, co powiedzieć, zapytał, czy wiem gdzie moje dziecko.

Poszłam szukać dziecka.

Siedziało pod stołem i wszystko bacznie obserwowało.


Terror szczęścia

Producent smutku usłyszałam w radio. Od razu mi się spodobało. To o mnie? Do mnie? Może być. Biorę. Tatuuję sobie. Trudno. Mam ochotę na wielki coming out.  Na straganie w dzień targowy. A to ta pani co taka miła po bułki schodzi rano, co ma takiego miłego męża i ślicznego chłopczyka? A ona się przecież zawsze tak ładnie uśmiecha. Nie, coś ty, ona się nie uśmiecha. Bo ty pracujesz na drugą zmianę, to ona może już wtedy się nie uśmiecha. Acha. To ona się tak posypała? Musiało być, że za dużo miała. To tak to się kończy, droga pani. Zachciało się pannie hawajów. Wiesz, że taka niby wyjątkowa. Pióra w dupie. Nasiąknie człowiek jak gąbka tymi złudami, marzeniami. A potem jak żyć? Jak tu z taką gąbką chodzić po mieście, ciągnąć po ziemi. Ale po co się tak męczyć, nie lepiej z tym gdzieś po pomoc profesjonalną…? Cii…, idzie, dzień dobry pani…

Dzień dobry. Poproszę pięć bułek.

 

Moja gąbka moim krzyżem.

Ale nie musi ci być przykro. Nie chodzi mi o twoje przykro.

I nie, nie idę jeszcze do psychiatry.

I nie rozwodzę się jeszcze.

Jeszcze nie.

Spokojnie.

Listek mięty rozgryzam zamiast.

I bułki suchej.

I nie zamienię się z nikim.

Nie.

 


Nie kumam, nie usypiam, nie gotuję

Niestety koniec miłych temacików na druciku, obrazków umorusanych chłopców i bosych dziewczynek, kolorowych jarmarków i zegarków.

Będzie niemiło – kto na urlopie, niech odpuści, niech kliknie w krzyż na drogę w prawym górnym rogu.

Przyznaję się do uczuć bardzo niedobrych. Moja wina. Przyznaję, że doświadczyłam fali matriarchatu. Aż mi tchu zabrakło.

Przywalił we mnie matriarchat w wydaniu control freak. Listy zakupów, pory jedzeń, spań i kąpań. Fochy i srochy. Plany, pakunki i trasy. Traktowanie ojców, jakby byli niedorozwinięci i nie potrafili położyć spać dziecka.

Ja rozumiem… ja nawet przyjęłam, że taki stan rzeczy może się utrzymywać do jakiegoś wstępnego ogarnięcia niemowlęcia. No, powiedzmy do lat dwóch. Ale później tata da radę. Nie zrywaj się więc jak opętana na każdy jęk, nie wznoś oczu, nie mlaskaj, nie wdychaj. Nie umykaj chyłkiem, jak nadobna służąca, jak kopciuszek przed północą. Zawodowo – nauczycielka, dziennikarka, lekarka, na wakacjach – mamusia, żonusia. A efekt taki, że ojcowie żyją w przekonaniu, że oni nie muszą nic, przynajmniej dopóki matka jest w promieniu kilometra. Że ona się wszystkim zajmie. Wzdychnie, chychnie, ale zrobi. Bo zrobi. A on się budzi skoro świt o dwunastej, potyka o własne dziecko i oświadcza, że coś by zjadł. A co ma robić, skoro jest na wakacjach?

Mówię jej: zostaw, ostaw, niech on pobruszy. On umi. Ale to ona nie umi. To jest większy problem. Czy tu chodzi o kontrolę? Może o jakąś rangę, jakąś hierarchię w tym związku? W tym świecie bez sztywnych zasad? Może to jej potrzebne do osadzenia się w życiu i w roli. Ale skoro tak, to po co cały ten ambaras z równością płci? Po co?!

Z ulgą wracam do rzeczywistości, która wymusza pójście kobiet do pracy, delegowanie obowiązków i rozmowy o poważnych wydarzeniach w tefauen . Wygląda na to, że zmęczony matriarchat też z ulgą. Nic nie rozumiem. Nic, zupełnie nic.


Leszczu

Młody przez tydzień był członkiem bandy. Przejęto w posiadanie wiejski dom z przyległościami: pustą przyczepą kempingową, starą piaskownicą z błotem, drabinką ze zjeżdżalnią i oponą na linie. No i z trampoliną – najnowszym „a must” w biznesie agroturystycznym. Banda dysponowała sporym hektarem nieużytków, otoczonych lasem, który stanowił granicę ich świata. Hierarchia w bandzie kształtowała się dynamicznie. Stanowisko szefa przechodziło z rąk do rąk  Stanowisko „leszcza” od razu przypadło Młodemu.

Leszczu nie wymiękł. Szybko awansował, dzięki kilku akcjom:

– przez 11 godzin nie zszedł z trampoliny (nie licząc jednej krótkiej przerwy na posiłek i jednej na pójście w krzaki)

– zobaczywszy jezioro, rozebrał się w 3 sekundy i poszedł(!), zatrzymał się na szczęście przy zacumowanej łódce, skąd go wyciągnęłam

– nie uznawał butów ani skarpet, nawet jak lało

– nie płakał

– nie spał

– nie jadł

– potrafił się ubrudzić tak, że definicja brudu uległa zmianie

– najstarszemu i najgroźniejszemu chłopcu powiedział „kocham cię”, objął go i pocałował

– mówił do ojca per „leszczu”, z czego wnioskuję, że nie do końca załapał znaczenie słowa

– raz zgłodniał – znalazł bułkę, potem podszedł do pierwszej napotkanej osoby i zażądał noża

– raz zasnął pod stołem i go szukaliśmy strasznie zdenerwowani

Moja rola zredukowała się do siedzenia z boku. Z parującym rosołkiem z kluseczkami, który mogłam sama se zjeść. Zastanawiałam się, czy to na pewno moje dziecko. Odważne,  samodzielne, bezkompromisowe. Ze skorupą błota na głowie, niczym hipisowski chłopiec, owoc namiętnej nocy na Woodstock, a nie wyliczonych z kalendarzyka dni płodnych. Patrzył na mnie niewidzącym wzrokiem, kiedy usiłowałam upchnąć zimne nóżki w jakieś buty. Mamo, zostaw mnie. Byłam mu potrzebna tylko przed zaśnięciem. W pozostałe godziny niemal czułam, jak pękały utkane w bólu i rozkoszy niteczki łączące nas od zawsze. Od trzech lat. Samodzielność dziecka zaczyna się tam, gdzie kończy się ingerencja rodziców, a zwłaszcza matki. Jego osobowość jest tam, gdzie nie ma mnie.

Oczywiście jeszcze wiele lat będę siedzieć nad tym cholernym rosołkiem, ale on będzie coraz zimniejszy.

Jestem trochę smutna, trochę wolna, trochę dumna.

I chyba chciałabym małą hipiskę…


%d bloggers like this: