Monthly Archives: Październik 2011

Dobre dni

Miałam dobry dzień.
W końcu wysłałam robotę, co miałam wysłać. Send. Kamień z serca.
Kupiłam piękne jajka na bazarze, pani mi zapakowała i zawiązała gumką.
Wzięłam dziecko na spacer do parku. Patrzyłam jak słońce grzeje go w czapkę z zygzakiem makłinem.
Podniosłam z ziemi liść.
Zjedliśmy smaczną zupę.
Znalazłam nawet czas żeby wyciąć z papieru tyranozaura rexa.
I przeczytać zaległy artykuł o niejakiej Elisabeth Badinter.
Miałam nawet czas żeby się nad nim zastanowić.
Wieczorem wyjęłam czyste dziecko z pachnącej pianą wanny.
Zmęczone i wdzięczne, że jestem.
Jak fajnie.
O tak, to był zdecydowanie dobry dzień.
Gwiazdki na niebie.
Światełka w oknach.
Kołysanka na ustach.

O tym, że ni chu chu.
Choćbym się starała i starała nie starać.
Nie ma takiej miarki, którą można by zmierzyć, jak bardzo jest mi dzisiaj smutno.

 

Reklamy

Tropy pokoleniowe

Nie no, my jesteśmy jednostki jednostkowe. Żadna tam pamięć pokoleń. Matki sobie. Babki sobie. Ciotki same sobie się.
Ale jak tak pogadać sobie po cichu. Przy kielichu. To się okazuje, że babcia trzy razy więcej była w ciąży. Ale dzieci z tego nie było. Lekarz w mieście wie. Takie czasy.
A ciotka, zgięta w pół przy ziemniakach, rodzić zaczęła swoje pierworodne. O trzy miesiące za wcześnie, także nie bardzo jej to wyszło. To był chłopiec.
W głos z wujkiem płakali. Wyli. A na ziemniaki matka ciotce iść kazała. Takie czasy. Czemu ryczysz głupia. Następne sobie zrobicie.

Ta, po której odziedziczyłam kolor oczu, wyszła na balkon i skoczyła z dziesiątego.
Miałaś roczek to i nie pamiętasz.

A jej ojciec, co za paradoks – przeżył, co miał nie przeżyć. Kula mu się po czaszce omsknęła przy egzekucji.
A obok w izbie dzieci płakały, już go żegnały.

W gardle się zaciska jak się taką opowiastkę na święta usłyszy. Trochę trudno potem przełknąć szarlotkę.  Ale słuchać trzeba.  Trzeba.

Także do trzeciej rano siedziałam i wykopałam ten plik.
Taka historia.
Moja babcia. Co jej już nie mam.
Nagrałam ją na kilka miesięcy przed.
Na razie mogę Wam tylko zaoferować tylko tu:

https://rapidshare.com/files/3772127397/babcia_blog.mp3

Ale pracuję nad tym.


Szyjemy jak umiemy

Jak to dobrze tak sobie sprytnie życie poukładać, że raz jedno, raz drugie z domu wyjdzie. Po hobby. Po kino. Po gadać. Po udawać.

Po głupi spacer. Po kieliszek wódki. Albo trzy.  Wpaść.  Wypaść. Załatwić.  Ja o piątej,  ty przed ósmą. Ja we wtorek, ty w listopad. No cześć, to cześć. Banan ci na drogę, i nie zapomnij ciepłych butów mu założyć. Zadzwoń, potwierdź. Czekam. Nie czekaj. To nie czekam. Buziak. Pa pa. To pa.

(Nie idź.)

Przecież  zawsze się wraca. Jest dom wykrojony w bryle z bloku. W którym pachnie kurzem, proszkiem do prania, chłopcem. Także się wróci, spoko, spoko. A tymczasem przepustka. Dzień dobry. Dobranoc.

Trzeba jakieś życie mieć jakieś zainteresowania, chociaż ze dwa, w tym jedno sportowe. Trzeba czas pokroić, powycinać w kwadraciki, w grafiki powklejać.   Czy czegoś w tym grafiku brakuje? Wyślij smsa z poprawną odpowiedzią, bo jest banalnie prosta.

Nocą słychać pociągi. Inaczej czas leci temu, co czasu nie liczy. Inaczej temu, co oczy wietrzy w ciemności.

Pieprzyć to.  Zbieram z dywanu kasztany i bakugany. Mój smutek jest jednocześnie wyrzutem sumienia.  Bo tak jak ty już buduję swój schron. Mam tam wina na pół roku, mam swój język. Mam  żale uzbierane, których ewentualnie nie zawacham się użyć. Wszystko na wszelki. Na wszelki gdyby. Ktoś jednak nie wrócił.


Żołnierz broni panią

Mamo, jaki piesek. Mogę pogłaskać. Tędy chodź. Tu mi popraw. Ładnie tu. Ale nudno. Tam chodź. Tam mieszkają smoki. Tu śpią. Tu sikają. Tędy. Pokażę ci. Podsadź mnie. Zdejmij mnie… Czy jak umrę będę upiorem?

Myślę nad jakimś podsumowaniem. Urodzinowym podkreśleniem. O nim. O sobie. Kim się było. Kim się nie jest. Co się stało. Co się nie odstało.

Autobus zakręca, młody rozpłaszcza nos na szybie. Mruży oczy od słońca.

Ten pomnik widzisz. Żołnierz broni panią. I małe dziecko.

Nie wychodzi mi myślenie nad żadnym urodzinowym podsumowaniem.

W autobusie linii jakiejś tam w mieście stołecznym roku pańskiego.

Żołnierz broniący ma pełne ręce roboty. Wychodzi z kanału. Że go też słońce nie razi.

Małpka zmęczona zasypia na gałęziach moich ramion.

Zdarzy się każdemu, że mózg mi się wyłączy.

Że daje radę tylko pompa ssąco tłocząca.

I obejmie go całkowicie i do końca wdzięczność.

 


Zwariować można

Ma sprzeczne poglądy w sprawach fundamentalnych i w kwestii koloru, który pasuje.

Raz mówi tak, raz tak. Zwariować można.

Przy śniadaniu wierzy w intuicję, ale w porze lunchu kieruje się tylko i wyłącznie rozumem.

Chce mieć zawsze o jedno dziecko więcej.

Mówi że jest szczęśliwa.

Zazwyczaj przy tym płacze.

Nie wierzy w boga.

Często się  modli.

Chce uciec.

Nigdzie nie chce wyjeżdżać.

Chętnie by się spotkała.

Ale nie dziś.

Nie potrafi odpowiedzieć na proste pytanie.

Mówi, że jest „dziwnie sformułowane”.

Tak jakby język był wymyślony, żeby ją skompromitować.

Pisze siedem zdać, z których nic nie wynika.

„Wiadomo coś tylko z tych, których nie piszę” – mówi.

To nie jest normalne.

Jeszcze nie skończy mówić „tak”.

A już zdąży pomyśleć że „raczej nie”.

Nie rozróżnia „na zawsze” od „na chwilę”.

Potrafi się obrazić na autobus i do niego nie wsiąść.

Umie zamienić się w mleko.


Posłuchajcie jak śpiewa córka Tori Amos.

Posłuchajcie o czym.


Co musiały (z)nosić dziewczynki?

O co chodzi z tym nie ubieraniem dziewczynek na różowo?

Różowy be. Barbie na stos. Spineczki w kropeczki, cekiny i kwiatuszki są passe. Jak one mogą tak do szkoły?! Te lolitki, te, a kysz, tfu, małe demony, od których nawet pan od etyki się poci. Biedny, nie zrobi nic, bo go zaraz pozwą. A czy one nie za wcześnie współżyją, nie za wcześnie żyją? Nie są za bardzo świadome? Że prezerwatywa to nie balon? A że szminka to nie kredka?

 Nie wiem. Nie wiem, nie jestem pewien. Ale ja byłam niegdyś dziewczynką i  ta dziewczynka to była totalna porażka. Nadaje się tylko na zapomnienie, na zakopanie i pochowanie.

Co musiały znosić dziewczynki?

Kompletną nieznajomość swojego ciała. Nikt nie zajmował się wyjaśnianiem nam, czemu jednym cycki rosną, a innym nie. I czemu, jak się rośnie szybko, to skóra pęka w jasne wąwozy rozstępów i co z tym zrobić. Ania z Zielonego Wzgórza miała tylko piegi, a Pipi nie miała taty. Żadna z nich nie miała PRL-u.

Fartuszki, spódnice w kratę i zielone koszule. Wlokłam się do szkoły, obudowana tym pancerzem jak 3PO z Gwiezdnych Wojen. Kanciasta, brzydka osoba. Różu ani żu żu.

Cera. Biała jak ściana z wykwitem młodzieńczego trądziku. Na korytarzu w podstawówce wisiało duże lustro w drucianej oprawie. Miałam takie ścieżki, żeby je ominąć. W łazience, myjąc dłonie, patrzyłam w dół – na mydło, na szare tenisówki i postrzępione krawędzie fartuszka.  Rosła mi gula z łez w gardle i szłam na ruski. Nikt mi wtedy nie powiedział o clerasilu, podkładzie, fluidzie, korektorze, błyszczyku, ani tuszu do rzęs. W końcu miałam tylko 13 lat. Należało mnie nauczyć jak zakładać maskę gazową, śpiewać po rosyjsku buswiegda budziet sońce, a po polsku ojcze nasz któryś jest.

Miesiączka. Coś pomiędzy szokiem, obrzydzeniem i wstydem. Zamknęłam się w łazience. Mama, w dobrej wierze, obdzwaniała całą rodzinę. Halo?! Międzymiastowa?! Ma okres!! Tak się cieszymy!! Zatkałam uszy watą.

Absolutny hit – czyli pan od nauki jazdy. Miałam 17 lat, więc zdążyłam się zorientować, że jestem dziewczyną. Pan od nauki też się zorientował. Taki z niego był żartowniś. Lubił sobie pogadać, o tym, co mu się śniło. Podpytać, co mi się śniło. Lubił też porównywać drążek od biegów do różnych ogonków i takich tak. No, mówię wam, jaki śmieszny. Stary obleśny zbok!!

Oczywiście on tylko gadał, a ja nie miałam pojęcia, że to też nie jest ok.  Do głowy mi nie przyszło, żeby to zgłosić do gazety lub choćby do świadomości własnej osobistej matki przy obiedzie.

Także – dziewczynkom bym dała różu, ile chcą. Nawet różowe tampony (nie, kochanie, od tego się nie traci dziewictwa). A tu masz różowy dyktafon i różowy paralizator – jakbyś miała powód, to użyj. A poza tym, królewno, tak – jesteś dziewczynką. Enjoy!


Film o miłości

Nie Dirty dancing i nie Titanic. Nawet już nie Kiedy Hary poznał Sally ani Lepiej być nie może. Jeszcze nie Casablanca i nie Fortepian. I nie Co się wydarzyło w Madison Coutry, bo żaden Clint Eastwood tędy nie przejeżdżał. Życie wewnętrzne z powodów oczywistych też, kurna, nie.

Żaden z filmów o miłości nich nie uwzględnia tego, że stoję pod łazienką i siku mi się chce, ale nie mogę wejść, bo bohater romantyczny mi zajął. Scenariusz nie uwzględnia uniesień miłosnych o siódmej rano. Ani tego że 4 letni owoc uniesień zaparł się, że nie wstanie i nie zje. I nie ubierze się. Nigdy.

Żaden z reżyserów nie chce przekazać, że o to niby właśnie o to chodzi w życiu?

Ani brazylijski tasiemiec ani węgierskie kino offowe nie odważy się nazwać tej sytuacji tym… no wiecie czym? Em jak Em? Nie?

Kto by chciał myśleć, że tak to wygląda. Że główny bohater sika, goli się, myje zęby. W lustrze za plecami widzi drzwi, którymi zaraz wyjdzie. Że drugi raz nakłada pastę na szczoteczkę. Nie wie czemu, ale nie chce – on nie chce przez te drzwi wyjść!

Że za tymi drzwiami główna bohaterka stoi z pełnym pęcherzem na zimnym panelu drewnopodobnym?  I że rozpoznaje coś jakby żal. Żal za drugą osobę. Że nie można zrobić więcej niż można. Że rozumie się tej osoby sytuację, jej uwikłanie. Że nie można pomóc czy się jest a czy się nia ma. Że taki to film no i co zrobić.


Odjazd

Wiecie, jak to jest pojechać skrótem? Zawsze wychodzi dłużej. Ale mnie się chciało skrócić  i wjechałam w jakieś małe miasteczko. A miasteczko było w remoncie i miało żółte strzałki „objazd”. Pojechałam za strzałkami. Poprzez miedze. Poprzez łąki. Poprzez leśne ścieżki wąskie. No i w końcu zobaczyłam! Na własne, zakurzone miejskim syfem, oczy – jesień. Gdyby nie to, że opisy przyrody wyeksploatował już niejeden Żeromski, można by pisać i pisać, jak to jest, kiedy jeszcze zielono, a już żółto, kiedy krowy prawdziwe i psy srające na polu. Jeziorko zarośnięte jakimś zielonym szlamem. Wspaniałe. Ależ mnie trzasnęło z zaskoczenia tą przyrodą, prosto w czachę,

Na sznurkach małe sweterki, zardzewiałe małe rowerki. Dziobane przez oryginalne eko kury. Czy młody mógłby się nudzić siedząc cały czas na dworze?  W swojej naiwności myślę, co mogłoby być tak ważne, żeby chcieć stąd się wynieść i mieszkać w mieście. Pewnie coś w stylu karate, hiszpański i logopeda. Praca, chleb, kino, komputery, smog i obcy ludzie wszędzie.

Pociąg do chłopstwa polskiego i stodoły. Miastowstęty, czyli being trendy. Kredyt na chatę w lesie i obowiązkowo samochód terenowy spalający średnią krajową w tydzień. Niezbyt oryginalne efekty starzenia się.

Ale wizja młodego popylającego po żywej ziemi, jest jak obraz raju z gazetki zielonoświątkowców.

Nawet ja jestem w tym obrazku. W kaloszach. Podnoszę z ziemi jabłko, wycieram o jakąś kwiecistą sukienkę. W ogóle wyglądam jak Kate Winslet. Jestem okrąglutka jak dojrzała śliwka. Na sznurku wiszą sweterki. Nie myślę o nierównych chodnikach, bo nie mam chodnika. Myślę o deszczu. Że albo powinien być albo nie. Myślę o tobie. Że zaraz będziesz…

Żółta tabliczka – koniec objazdu. Odjazdu. Warszawa 23 km.


%d blogerów lubi to: