Monthly Archives: Listopad 2011

Kilka słów o wychowywaniu

Nie czytam poradników o wychowaniu. Po prostu wystarczy mi, że wychowuję. A czytać wolę co innego. Czytanie pozostaje nieskalane, egocentryczne, egoistyczne, czytanie jest powrotem do przeszłości, co już jej nie ma. Jeszcze, żebym teraz czytała, czy zajęcia dodatkowe to rozwijanie czy torturowanie dziecka, to chyba musiałabym na głowę upaść!
No, ale przecież wszystko, co robię, nawet obsługa dziecka, nawet obcinanie paznokci, nawet kanapka z dżemem też jest wychowywaniem. Ta niby oczywista oczywistość towarzyszy mi teraz jakoś mocniej, jakoś na pierwszy plan wychodzi, jest między mną a pomidorem krojonym na kanapkę, między mną a ręcznikiem wchłaniającym wilgoć z mokrych włosów, które już naprawdę zasługują na fryzjera.
Każde pytanie, każda rozmowa, ale przede wszystkim każda reakcja na tak zwane „złe zachowanie”, na  – „nie założę spodni, butów, nie chcę, nie idę, to głupie, zostaw, nie zjem” i oczywiście „nie chce mi się spać” – jest jak kolejna odsłona, kolejne pytanie – co teraz? Masz co najmniej dwie opcje, zastanów się, pomyśl przez chwilkę, nie wkurwiaj się za szybko. Jak kochać tę małą, zależną od ciebie jednostkę, która chce być niezależna, i której trudno wyjść poza swój egocentryzm? Nie „jaki ma być kiedyś?”, ale „jak ma wyglądać nasza rozmowa teraz?”! No jak to jak.
Jestem z pokolenia spać po misiu uszatku, nie przeszkadzaj dorosłym, z pokolenia „ale już!”. Jestem z pokolenia, które obejrzało balladę o Januszku, który tak był umiłowany przez swoją dobrą i durną matkę, że wyrósł z niego bandzior i zły człowiek. Zabrakło dyscypliny, męskiej tak zwanej ręki, a także konsekwencji i miejsca w szeregu (nie znoszę tego określenia).
Mój syn jest z pokolenia eko reni, super niani, patchworku i rodziców wtrąconych do lochów za klapsa.
W kontekście społeczno – medialnym oczywiście, który to kontekst mam aktualnie gdzieś.

Ponieważ im dłużej znam mojego syna, tym bardziej wiem, że nie bite, nie zastraszone, nie szantażowane emocjonalnie dziecko, zawsze będzie chciało negocjować na swoją korzyść. Że nie zna swojego „miejsca w szeregu” i za każdym razem chce je poznać, a potem je oczywiście przekroczyć. Że nie rozumie, „nie bo nie”, i „nie bo tak mówię” i nigdy sam tego nie stosuje. Najgłupszy z głupich, najbardziej absurdalny z absurdalnych, ale zawsze jakiś argument jest. Świat tego małego gościa ma swoje zasady i swoje mechanizmy. Zapalone światło naprawdę przegania duchy spod łóżka.  No tak, coś pamiętam, że duchy wtedy znikają. Buty nie chcą się same założyć z tęsknoty za mamą, co jej nie ma godzin osiem albo więcej. No, tak, wiadomo, jak buty tęsknią w przedszkolu. Spać się nie chce, bo się czeka na tatę. No, dobra. A wylało się niechcący, wysoki sądzie, nie specjalnie, przypadkowo i ostatni raz. Niewinny.
W kwestii wychowania to się zatem sumuje do kilku słów (wypowiedzianych bez zająknięcia, które na pewno pojawi się z czasem) – bardzo cię kocham, mamo.

Nosz, kurna mać. Oddech. Uśmiech. Mruganie oczami.
Ja ciebie bardzo też.  Założymy kurtkę, ok?

Reklamy

Sport

Regularny trening poprawia wyniki. Wiadomo. Jak się coś chce osiągnąć, to trzeba konsekwentnie do tego dążyć. W zdrowym ciele zdrowych duch.
Do szanownej komisji olimpijskiej. Do ministra sportu i wysportowanych panów z pezet pe en. Przysięgam, że ćwiczę regularnie i osiągam coraz lepsze wyniki. Jednocześnie obserwuję u siebie niebezpieczny spadek motywacji. Mówiąc potocznie, nie wiem, gdzie to zmierza.

I jaki wynik właściwie mam osiągnąć?!!

Obserwując, dyndające na ścianie, medale mojego współmałżonka, wnoszę o ustalenie dziedzin sportowych, które ćwiczę:
–  wchodzenie na drugie piętro z siatkami i dzieckiem śpiącym, bez tlenu!
– półmaratony po sklepie, w koszulce która nie pochłania potu, a wręcz przeciwnie, bez sponsora
– zapasy przy wychodzeniu z domu z dzieckiem, bez sensu
– pranie i gotowanie na czas

– curling, czyli to z garem i miotłą, to właściwe cały czas
– wystawanie na metach przeróżnych biegów z dzieckiem, które chce siku, kupę, pić i spać

Do szczególnie trudnych dziedzin olimpijskich zaliczyłabym:

– nie wybiegnięcie z domu z krzykiem na dystans dziesięciu, dwudziestu i czterdziestu dwóch kilometrów
oraz
– nie rzucenie medalem przez balkon na odległość.

Proszę o przychylne rozpatrzenie.
W razie wątpliwości, pan zapyta żonę.
Tylko spokojnie.


Ostatni miesiąc w rankingu

Co roku listopad zaczyna się od zgubienia jednej rękawiczki. Następuje kryzys w związku – jedna rękawiczka marzy o domu, a druga o dalekich podróżach.  Rozstają się bez mojej wiedzy. Podnoszę sobie ciśnienie jak cyberpunkowa pielęgniarka. Kawą, biegiem za autobusem, kieliszkiem, spotkaniem, uczynkiem i zaniedbaniem.  Dłonią bez czucia piszę sms. To ja. Powiedz mi coś ciepłego. Nie wiem co. Byle w odpowiedniej temperaturze. Giw mi fiwer. Wiadomość dostarczono.
O czwartej po południu zapada noc. Udaję zadłużonego Greka.  Że co? Że jak? To dopiero połowa dnia. Jeszcze tyle się może wydarzyć do dwudziestej pierwszej, drugiej, a może nawet i trzeciej.  Masz jedną nową wiadomość. Wprawdzie od operatora sieci komórkowej, ale to zawsze coś. Świat nie śpi. Operator sieci nadal cię chce
Trawnik jest martwy. Drzewa są łyse. Zapanował bezkolor. Święty Mikołaj przeciera ze zdumienia oczy, że już jakiś oszołom wystawił go w witrynie sklepu. Kazik i Kasia Nosowska ładnie śpiewają, że jest słabo, ale humoru to raczej nikomu nie poprawi. Pod apteką darmowy koncert kaszlu daje cała kolejka. Młody obraził się na swoje buty, bo są ocieplane. Zapisałam się do biblioteki i mam grubą, niebieską książkę. Ma w tytule lód. Jak co roku, nikt mnie nie rozumie. Złamany nikt.
Sylwester w Polsacie z Marylą Rodowicz brzmi obiecująco. Nie mam kominka, ale mam fejsbuk. Porządkuję kontakty w dwie grupy: ci, co chcą mieć dzieci, a nie mają, i ci co mają, a już nie chcą. Porządkuję myśli w głowie w dwie grupy: cyniczne i banalne.
Jak wiadomo, listopad składa się w nieskończenie krótkich momentów. Są tak krótkie, że prawie ich nie ma. Należy trzymać fason, zatamować krwawienie, nie rzęzić, zapobiegać miejscowo i tymczasowo.

Masz nową wiadomość. Jest ważna, dlatego wrzuca ją od razu do spamu.
Piszesz zza siódmej góry email, że tęsknisz za polskim listopadem! Nie wiem czemu, ale doskonale cię rozumiem.


Daydream

Przyznam się. Czasem mnie poniesie. Nagle DJ zapoda tak zwany: Ten Kawałek. Ten, w którym opisane jest wszystko normalnie ze szczegółami. Całe moje życie. Niespełnienia, dzikie rządze i zwykłe rządze.  Ja nie wiem, jak ci artyści to robią, że one tak umią, a nawet umieją. Tak serce mi wyrwać i porwać.
Singing my life with his words normalnie. I will survive choć głupota z biedą już mnie mają. Ring my bell darling, a nożyce się odezwą. I ponosi mnie, już mnie ma. Jak ja głośno potrafię śpiewać ne me quitte pas albo inne besame mucho! Jak ja pięknie potrafię śpiewać o miłość. A jaka przy tym jestem cool i beautiful.
I normalnie mnie ta muzyka wprowadza w haj, wydziela mi te różne adrenaliny, serotoniny i oksytocyny bez kroplówki. Zwyczajnie, w pięć sekund, już się po mnie to cudo rozlewa. Śpiewam, śpiewam, drę ryja, bo jest tak głośno, że mojego lekkiego fałszu nikt nie dosłyszy. Tylko zobaczą z ruchu warg, że znam te słowa. Że to moje słowa. Że to ja Bjork, India Arie, Jill Scott i Ewa Bem w jednym. Ja jestem panią tego przedstawienia.
I zrzucam z siebie te role, co mnie wkurwiają i wskakuję w tę inną. Niczym w sylwestrową sukienkę, co się przykleiła do dna szafy. „Czy my się skądś znamy? Nie sądzę. To czemu się uśmiechasz? A czemu ty się uśmiechasz?”*

Cut the bullshit. Będę tańczyć. Tylko zrzucę buty i sweterek. Byłoby nieco łatwiej, gdybym nie siedziała w samochodzie i gdyby jakiś dureń za mną nie trąbił. Byłoby łatwiej. Jeszcze nie koniec numeru, gówno mnie obchodzi, że zielone. Co za debil.

*Fragment dialogu z filmu „Blow”, czyli pierwsza rozmowa Johnego Deepa z Penelope Cruz


Proste

Wychowałam się w mieście o dużej stopie bezrobocia i grubym karku przeciętnego obywatela. W mieście tym istnieją pewne proste, niepisane reguły. Na przykład – w pewne miejsca nie chodzi się po zmroku. Nie szwenda się w nocy po ulicy, a jeśli się szwenda – to można się natknąć. Nie zaprasza się znajomych z innego miasta, żeby przyjechali w koszulkach „I love Kraków” i nie robi im się pub crowling. No, co wam będę tłumaczyć, po prostu nie.
Bandyci są bandytami. Czasem są twoimi sąsiadami, czasem taksówkarzami, a czasem kolegami z bloku. Jedziesz z nimi jednym autobusem, stoisz w kolejce na poczcie, nawet pijesz piwko przy sąsiednim stoliku. Ale nie zapraszasz ich na swoje urodziny do domu. I nigdy, przenigdy nie wchodzisz im w drogę, jak są naprani.
Nikomu też nie przychodzi do głowy pójść do bramy, gdzie gorzką amfę popijają podróbą koniaku i puścić im bańki mydlane. Nie wiem, czemu. Może dlatego, że policja ich nie pilnuje – pojawia się dopiero czterdzieści minut po zdarzeniu, jak poszkodowany jest już na stole operacyjnym u chirurga.
Prości ludzie z głupich miast nie wchodzą bandytom w drogę, a ich lewactwo jest zawsze koślawe i nieufne wobec dziwnych, niepragmatycznych zachowań wielkomiejskich idealistów.


Konkurs na najsamotniejszą

W Wysokich Obcasach ogłoszono i rozwiązano konkurs „Kobieta Samotna”. Przeczytałam nagrodzone prace i… doznałam zespołu przedawkowania. Włączył mi się fajerłol na samotne kobiety, które są samotne z każdego powodu, w każdym układzie, zawsze.
Hipokryzjo, nie patrz tak na mnie. Dla mnie też samotność stała się namacalnym i odczuwalnym każdym nerwem doświadczeniem. Ale, ale, ale – po tysiąckroć „ale”.
Nie oczekuję od innych kobiet, ani tym bardziej od ogólnopolskiego magazynu, że będziemy się nakręcać tym osamotnieniem. Bo niby jak go uniknąć? Wysokie Obcasy, promujące niezależność kobiecą, jednocześnie wzbudziły jakiś ogólny lament nad nieposiadaniem rodziny, brakiem więzi, rozpadem związków. Olaboga. Witamy w nowoczesnym społeczeństwie.

Poza tym: samotność w chorobie, na grobie i na ulicy – tak samo słaba w spodniach i spódnicy!

A ja jednak dążę do niezależności. Wybieram niezależność. Jaką? Wszelką i każdą. Moją, jego, moich rodziców, znajomych, rodzeństwa. W małych pierdołach życia codziennego i sprawach fundamentalnych.
Jak mam ochotę iść do kina, to idę. I często siedzę wśród sczepionych par, nie ściskam niczyjego kolanka, tylko mineralkę. Ja to widzę, ja to czuję, ja oddycham tą samotnością po wyjściu z kina w chłodną noc. Tak może już zostać. Wiem to.
Wszyscy dziadkowie mojego syna pracują. Wszyscy. Czy mnie to przysparza samotności? No raczej! Siedzę w tym piachu pod blokiem, choć jest oferta promocyjna na spa – z dzieckiem na spa nie pojadę. Mamo, mamusiu! Numer obecnie jest zajęty. Ale ja od nich nie wymagam, że oni swoje życie rzucą i się zajmą moim. Nie wydaje mi się też, że moi rodzice będą tak uprzejmi, żeby nie umierać do mojej późnej starości, żeby się mną opiekować. Nawet od męża tego nie oczekuję. Kto go tam wie, czyim on wtedy będzie mężem…
A mój brat? Ma, bezczelny typ, swoje całkiem osobne życie w innym mieście. A przecież mógłby mi ktoś w końcu tę cholerną chłodnicę w gracie naprawić! No nie wiem, będę zmuszona iść do mechanika.

Niezależność to nie jest samotność. Ale, jak się trochę zastanowić – to są siostry nierozłączki. Chcesz być z jedną, druga się przypałęta.
Ale, ale, ale…
Jak urodziłam młodego, to akurat E. też. Ja nie wiem, jak dałybyśmy radę bez siebie. Normalnie by nam przyszło jednak łykać te antydepresanty. Ale zadzwonić o 4 rano do kogoś – kto nie śpi, bo tuli/ płacze/ karmi – bezcenne.
Albo na sali poporodowej – leżę, nie wiem, o co chodzi, ale Marysia Bryk (nie zapomnę jej nazwiska ani twarzy never ever) ratuje mnie przed zapadnięciem się w otchłań niekompetencji, bo „to jej drugie”. I ta druga dziewczyna, która dźwiga się na łokciu, robi komórką zdjęcie małego i wysyła do matki smsa z notką „to będzie jedynak”. Nagłe uderzenie świadomości, że moja samotność w jakiś głupi sposób jest wspólna.

A ten mój utęskniony siada i pachnie wódą po najdurniejszym chyba polskim zwyczaju pępkowego. Zamykam oczy, bo nie chcę patrzeć w ten rów mariański między nami. Rów dotąd nie zasypany.
Ale jest Marysia Bryk. Nie jest źle.
Nie wiem w jakim osamotnieniu przyjdzie mi się starzeć i umierać, ale nie będę się emocjonalnie szantażować, obrączki polerować ani Jezuska całować. Nie oddam niezależności za strach przed samotnością, bo jest ona immanentnym doświadczeniem na  dziś. Bo jesteśmy między pre- a post-. Już się nasze tradycyjne więzi porwały, ale jeszcze za wcześnie na grupy wsparcia i lokalne wspólnoty. Jak nam się miejsce na samotność wyczerpie, to się nauczymy gadać. Z Marysią Bryk i z sąsiadką z pierwszego, która wygląda tak smutno jak ja, tylko że jest brunetką.

 

 

*Imię i nazwisko Marysi Bryk zostało zmienione na potrzeby tego posta.:)


List motywacyjny

W odpowiedzi na ogłoszenie, które się ukazało, zgłaszam swoją kandydaturę na stanowisko.
Nie jestem pewna, czy jestem dobrą kandydatką oraz, czy spełniam jakiekolwiek wymagania do podjęcia tej pracy. Ale, jak czegoś nie zmienię w swoim życiu, to chyba zwariuję. Posiadam wykształcenie humanistyczne, czyli mało co wiem, ale potrafię to jakoś zakamuflować. Obecnie żałuję, że nie pozostałam przy jakimś praktycznym zawodzie, coś może z gastronomii albo edukacji przedszkolnej, do czego jeszcze nawiążę poniżej.

Swoją karierę zawodową rozpoczęłam na stanowisku od czapy w firmie, której nie lubiłam, dzięki czemu zdobyłam doświadczenie w czymś, co mi nie jest potrzebne i mnie nie interesuje.
Po kilku latach pracy w tym zawodzie, zaczęło mnie mdlić. Na początku myślałam, że to spodziewany efekt wypalenia zawodowego, ale okazało się, że jestem w ciąży. W tej, jakże typowej,  sytuacji wyszło moje całkowite nieprzygotowanie do podstawowych  ról życiowych przypisanych kobiecie. Nie wiem, po co wychowano mnie i wykształcono na osobę niezależną, skoro to wszystko nijak ma się do rzeczywistości.

Dziś pragnę powrócić na rynek pracy, choć nie jestem nawet w połowie tak atrakcyjna, jak studentki ubiegające się o to samo stanowisko.

Moim atutem jest to, że jestem optymistyczna jak nie wiem co. Z prawdziwych problemów to w zasadzie nie mam żadnych. Jak mnie słabość najdzie i na przykład nie wiem, co na śniadanie dziecku zrobić, zawsze szukam pomocy na jednym czy innym portalu internetowym. W temacie zdrowo i pysznie dla dziecka i mamy. W długie zimowe wieczory od siedemnastej do dwudziestej pierwszej zawsze mam pod ręką papierowe rolki, sznurek i czyste pudełka po jogurcie, aby kleić edukacyjne zabawki, które uczą i bawią. Problemy w związku już mnie w zasadzie nie dotyczą. Nie jestem pewna, czy związek mnie jeszcze dotyczy.
Potrafię być samokrytyczna. Zdaję sobie doskonale sprawę, że moje tymczasowe obniżenia nastroju są jakże tymczasowe. Czasem dolegają mi takie drobiazgi jak: rutyna, totalny bezsens, consensus i kompromis, ale wystarczy, że się zastanowię, a już wiem, że prawdziwe problemy mnie szczęśliwie ominęły. Niesłusznie doszukuję się dziury w całym.

Na pytanie, gdzie widzę się za pięć lat, chętnie nie odpowiem, ponieważ wywołuje ono u mnie napad paniki i mam ciemność przed oczami i uciska mnie w klatce piersiowej.

Bardzo chciałabym robić coś wyjątkowego i chciałabym w coś wierzyć i mieć życiową misję, ale nie wiem jaką. Jakąś fajną.
Moim dodatkowym atutem jest komunikatywność i bardzo dobra znajomość języka angielskiego.

Jeśli  Państwo są zainteresowani moją kandydaturą, proszę o kontakt mailowy lub telepatyczny. Do listu motywacyjnego dołączam zdjęcie dziecka, bo jest takie ładne, dużo ładniejsze niż ja. Mam nadzieję, że państwa zainteresuje.
Z góry dziękuję za rozważenie mojej kandydatury i czekam na odpowiedź. Od teraz z poważaniem. T.S.


%d blogerów lubi to: