Monthly Archives: Grudzień 2011

Program do delikatnych

O co właściwie chodziło? – myślę, wrzucając w bęben, bynajmniej nie akustyczny, białą i całkiem czystą koszulę.

Kristmas tej wiosny przeleciał jak woda przez sitko. Kristmas okazał się ulotny jak ulotka wręczona mi przez studenta, kiedy napierałam na drzwi sklepu z dziecięcym badziewiem. W drzwiach zderzyłam się z kobietą, co własnym ciałem ochraniała gładkie reklamówki z zygzakami i heloł kitty. W drugiej ręce dzierżyła zakupy natury spożywczej, a w trzeciej komórkę. Przepraszam, śpieszę się na pociąg, powiedziała do mnie albo do telefonu i pobiegła. Bezwzględna wola życia. Gwiazda betlejemska to przy niej co najwyżej spóźniony foton.

Nasypuję proszek z kapsułkami zamieniającymi w nicość każdy brud, ze szczególnym uwzględnieniem tego, co go nie widać. Myślę o tamtej kobiecie.

Spóźni się na pociąg, to weźmie autobus. Mało jej nie zgniotą opakowania z domkiem dla lalek, w którym mieszka drewniana rodzina dwa plus dwa. Dotrze do domu później niż chciała. W domu przytuli zimny policzek do zmęczonego zarostu męża na trzy sekundy. Jego palce, pokłute od choinki, zdejmą okruszki z jej szalika. Je w biegu i kocha w biegu. Prąd mnie kopnął przez te kurewskie, chińskie lampki, powie mąż czule.

Nastawiam na czterdzieści stopni. Po co mam prać na cieplej, jak i tak jest czyste?

Siądźcie, siądźmy do stołu. Ja siadam, ty siadasz, on siada. Nie, on biega. Powiedz mu, żeby nie biegał. Pierwsza gwiazdka się już przypala, więc siądźmy już, bo ja mam logistycznie to wszystko na palnikach i piekarnikach rozplanowane.

I mam jedno marzenie. Niech nie będzie kichy. Bo mimo wszystko przecież mamy to nastarane. Jesteśmy cool i postmodern, ale, jakeśmy się tu zgromadzili, chcieliśmy przecież zrobić rodzinę. Troszkę się wpierdoliliśmy. Ale no może się jednak uda.  Zaciskam kciuki w rękawicach kuchennych. Za nas. Oby nam się. Oby nam się nie rozwaliło.

Takie to były gusła, czary i zaklinanie rzeczywistości.  A teraz koniec kropka i zarobiona monetami szopka.

Reklamy

Życzę Wam i sobie też

Idę sobie przez pustynię

I nie boję się, choć upał jak cholera

Mam wszystko, o co prosiłam

I nie potrzebuję niczego, czego już nie mam.”

 

(…)

Tego stanu ducha Wam życzę.

A

kto tak śpiewa?

kto?

 

 


 

 

 


Z jednej strony

W nocy utknęłam przed ekranem na dwa ha. Teraz można oglądać tylko pod kątem z lewego rogu kanapy. Choinka wchodzi trochę w ekran. Bo lepiej tak, niż jakby miała wchodzić w przejście. Choć w przejście właściwie też wchodzi. Została kupiona i ubrana w tempie rekordowym i na łapu capu. Wszystkie ozdoby wiszą po jednej stronie, ale wystarczy się przesunąć, żeby zobaczyć, że z boku jest prawie goła. A z tyłu nie ma nic. Równie dobrze moglibyśmy mieć duże zdjęcie choinki. Mniej miejsca by zajęło.
Więc ta metaforycznie źle ubrana choinka zasłania mi prawdziwą miłość w telewizorze, która nie jest prawdziwa, ale na taką wygląda, dzięki Robertowi i Meryl. A feng szui nie płynie po drzewie, które nie zostało należycie potraktowane.
Wszystko jest tylko z jednej strony. Bo z drugiej strony – jak tak się zastanowić – to się osuwa osoba co wrażliwsza na kolana. Nic nie jest na pewno. I że mnie nie opuścisz miało przecież zaczarować rzeczywistość. Miało ją oswoić. Będziemy jutro dzielić się kocem, pod którym śpimy.

Tymczasem ja. Nie odpuszczam. Pajacuję od rana. Od pierwszego: wstawać, słoneczko wstało, ptaszki wstały, dzieci wstały. Wstawać i rozejść się! Już ja was rozweselę. Ja was scalę sobą samą jak super glu nas połączę w jeden nierozerwalny nigdy trójkąt. Tak nas skleję, że nie będzie można oddychać, i nie wiadomo czyja noga czyja ręką czyje myśli. Teraz rozejść się do czwartej do piątej i szóstej. Ale potem was znowu dopadnę swoim instynktem was zadymię, żebyście znali swoje miejsce przy stole wigilijnym. Oraz w funkcjonowaniu szumnie życiem zwanym.
Wszystko jest na chwilę. Zderzamy się na korytarzu w obcym mieszkaniu, gdzie pod hasłem wigilii głośno zachrzania muzyka – the best of adwent. Śledź wódą polany kolęduje małemu. Cześć.
Cześć.
Wiesz, zanim jutro wstaną ptaszki, to dziś chcę być zawsze sam. Zawsze. Choć na chwilę.
Jesteś pijany.
Jestem żonaty.
Większość ludzi jest.

I’m married too’

‚Most people are’


Jak tu teraz siedzę i patrzę, i patrzę i siedzę, to widzę to jasno. Że rok temu a teraz to jest jednak różnica. Że wtedy byłam na bezludnej kanapie, pływającej w oceanie gnoju. W gnojówce kotłowały się głodne krokodyle. I wtedy wszystko chciało się napisać. Wszystko się przepychało do wyjścia i jęczało. Wiertło pracowało 24/7. Każdy krok, ćtap, ćtap, po rozmazanym syfie zostawiał ślad. Masz swój gordyjski węzeł i weź to se sama rozplącz. Albo se rozpłacz. Rozpłacz se na części pierwsze.
I to i to. I tamto. I jeszcze.

A teraz cisza. Najpierw zgrzytnęło i chrupnęło, ziemia się zatrzęsła, wiertło się wygło i stanęło w miejscu. W świętym temacie rodziny napisałam już wszytsko.

Rozważam, czy nie założyć nowej wersji bloga, na której będzie można poczytać z maluszkiem bajkę, zrobić must have eko bombkę i dowiedzieć się jak zrobiłam pure z zielonego groszku. Bo po co to pisać po raz kolejny?! Że lepiący się do moim palców talerz? Że ten gest zmywakowo-potulny? Że chcę umieć dobrze, a źle się robi. Przecież napisałam to już tyle razy, że nawet pobudziłam do działań prewencyjnych. Przyszło siedem maili od życzliwych znajomych i nieznajomych, żebym się wybrała do lekarza, tudzież pierdolnęła się z mostu i nie męczyła już buły. Bardzo dziękując, wracam do zmywania. Polewam ludwikiem swoje dejavu. Nic się nie zmienia. Może wysokość dziecka, które nabija mi teraz siniaki na biodrze, a nie na udzie. I to już. Wycieram, zamykam, chowam, trzaskam. Chłodzę się mineralną.  Nie chce mi się. Już nie mam siły o tym mówić.

Może trzeba się zmobilizować.

Idę, wychodzę, włos ma obcięty. Spotykam się, rozmawiam, piję i palę. Stoję pod sceną. Ja obserwator, potrafię czasem, jakże trafnie, opisać obcisłe pepe jeansy wokalisty, co śpiewa redemption song, ale nie żeby od razu coś. Zresztą to cover. Ja też jestem cover. Co za lapsus, co za paralela, metafora i w ogóle gomorra.
Stoję pod sceną. Myślę o tym, że emocje nie używane zanikają. Są eliminowane w procesie ewolucji.
Stoję pod sceną i marzę o tym, że nie jestem coverem.


Rozumiem po norwesku

Za sprawą Wysokich Obcasów głośno huknęło na temat filmu Gunnar goes God.  Tylko spokojnie – nie jest aż tak super. Mocno stylizowany, żeby nie powiedzieć propagandowy, film o tym, że szczęście to nie grill. Prosty pomysł, który nie może się nie udać: czworo neurotycznych mieszkańców najbogatszego państwa Europy ląduje w najstarszym egipskim monasterze. Takie zderzenie pracuje samo.
Pokaz specjalny jest przeznaczony dla wariatów. Drewniane krzesełko nie jest wygodne.  Para przede mną nieustannie się obwąchuje, zasłaniając i Norwegię i Saharę. Kobieta, której nie mogę nazwać inaczej, niż – starą pretensjonalną babą, syczy pod nosem „że proszę mi nie zasłaniać”. Jak mam jej nie zasłaniać, jak ci się miziają przede mną?! Jak już wspomniałam, film jest o poszukiwaniu szczęścia. Jest taka teoria, że każdy przynosi do kina ze sobą pół filmu. No, to wyobraźcie sobie taki pokaz specjalny – banda frustratów – dokładnie adresatów tej przypowieści.
Historia Gunara kończy się tym, że on sobie obiecuje – mniej facebooka, a więcej łowienia ryb z dzieckiem i obserwowanie lodu pękającego na jeziorze.

Nie jest zwykłe to, że w tym filmie kryzys przeżywali mężczyźni! (Na czwórkę bohaterów jest trzech facetów i jedna kobieta. Wszyscy są rodzicami dwojga lub trojga dzieci.) Są puści. Są wkurwieni na odgrywanie ciągle tych samych ról. „Nie dokonałem wyboru, po prostu robię to, czego oczekują ode mnie inni:  że się zakocham, ożenię, że będę miał i wychowywał dzieci.” No i bingo. Oni naprawdę wychowują te swoje dzieci. W tym filmie ojcowie nie siedzą do późna w biurach, nie patrzą smutno na drapacze chmur, nie wznoszą oczu na narzekania swoich żon. Nie kopią smętnie kamyka, wracając do domu po dwudziestej pierwszej.
W ich życiu są dzieci. Naprawdę SĄ.
Noc. Mała blondaska siedzi na stole w piżamie, ojciec ziewa, smaruje kanapkę masłem, prawie usypia. Cięcie. Facet usiłuje pracować w domu przy komputerze, kiedy dzieciaki biegają po domu. Wyłącz ten telewizor! Cięcie. Facet usiłuje prowadzić samochód z trzema dziewczynkami na pokładzie. Co chcecie na obiad? Co ja mam zrobić na obiad?! Cięcie. Pięcioletnie bliźniaki biegają po sklepie z zabawkami, są nie do ogarnięcia. Facet siedzi na podłodze sklepu, oklapnięty, zmęczony. Cięcie. Gunnar biega po domu w fartuszku, w nosidełku dziecko, w ustach smoczek, bo nie ma wolnej ręki… Cięcie.
Gunnar gada z mnichem o śmierci. Mnich się śmierci nie boi. Gunnar zza kadru „kiedyś nie bałem się śmierci, nawet jej pragnąłem (później w dyskusji ktoś mu zdiagnozuje depresję), ale kiedy urodziło się moje dziecko… (kamera „z ręki”: słodki dwulatek łazi po ogrodzie) to pokochałem go tak, że…” Gunnar siedzi na betonowym łóżku gapi się w kamerę „nie mogę nigdzie odejść. Ale też nie mogę być wolny. Nie mogę nie bać się śmierci, nie teraz”.
No, kurwa.
Jest im to dane. Dane jest tym biednym bogatym dostąpić tego, co w innych krajach Eu zarezerwowane jest tylko dla kobiet.


%d blogerów lubi to: