Monthly Archives: Styczeń 2012

List

W dużym mieście, na osiedlu strzeżonym pukanie do drzwi może znaczyć tylko jedno –rachunkonosz. O tej porze? Za drzwiami stoi… sąsiadka. Piękna, blada okularnica. Może katoliczka. Może anorektyczka. A może tylko kobieta bez makijażu. Za plecami ma uchylone drzwi i tam świeci na pomarańczowo (okna na zachód). Okularnica w długich palcach trzyma kopertę. Kurier przyniósł, pani nie było. Ma super uśmiech.
Pięć lat tu mieszkam. Trzeci raz się spotykamy. Częściej słyszę jej życie za ścianą, niż ją widzę. Różne rzeczy słyszę. Mieszka z nim. Ale jego nie widuję. Nie mają dzieci. Po spojrzeniu, jakim obdarzyła raz młodego w windzie, wnioskuję, że może i by chciała. Więc ona ukradkiem rozgląda się po przestrzeni, szuka chłopca, którego tu akurat nie ma.
Słyszę pani głos wieczorem, mogłabym powiedzieć. Śmiechy i stukanie talerzami. Jakieś podwieczorki, takie tam. Rozmowy, najpierw ciche, potem głośniejsze, w miarę jak wino schodzi. Znajomi się już pewnie zdążyli rozmnożyć i rozwieść. A wy jeszcze nie. Zresztą on rzadko jest w domu. Być może ja to wszystko zmyślam. Czy ja mogłabym wejść do pani i usiąść w tym słonecznym pokoju, przejść na ty, kawę wypić? Wiesz, jak w MTV cribs. Łazienkę zobaczyć, wannę. Tu on trzyma swoje, a tu ty swoje. Tu się tak otwiera. A tu w sypialni filodendron niezły. A w kuchni tak. Ładny kolor na pewno, założyć się mogę.
Do widzenia, ona mówi i idzie, a ja zamykam drzwi, klamką zamykam i klucz przekręcam.

List od kuriera jest zaadresowany poprawnie, tylko, że nie do mnie. Do jakiejś osoby o imieniu i nazwisku mi nieznanym. Do mojego niepodobnym, choćby nie wiem co, wcale niepodobnym. Koperta jest biała i sucha, całkiem martwa, nadawca urzędowy. Co robić. Zerkam przez wizjer, ale już pozamykane szpary w jej życiu, zresztą co jej z tego, że jej to zwrócę.

Wpisuję w guglu nazwisko z koperty. Enterem popędzam. Dostaję wynik w fejsbuku. Piszę. Kochana, jestem kim jestem, mam tu list do ciebie, choć może nie do ciebie. Bo niejednej Asi Jaoanna a psu Kazan, a to jest przypadek jakiś, ale jeśli to do ciebie, to ja chętnie ci oddam. Jestem za tym, żeby oddać. Jeśli przy okazji poznam kogoś miłego, tym lepiej. Wcześniej była u mnie sąsiadka. Wygląda na sympatyczną, Możemy do niej zajrzeć.
Nie piszę tego wszystkiego oczywiście. Tylko oficjalne w trzeciej osobie, że list, że może do niej, choć nie wiadomo.

Telefon dzwoni po minucie. Przykładam zimny ekran dotykowy do ciepłego policzka. Dzwoni kobieta z koperty, żywa, prawdziwa i mówi, że ona czekała właśnie na ten list od kuriera. Nadawca się zgadza. Zarzucam na garb polar męża, co pachnie mężem i wychodzę na balkon. Fale sieci komórkowej do naszego mieszkania słabo docierają. Jakby to był schron, a nie dom. Na balkonie słychać lepiej. Podchodzę do barierki i pytam się w ten telefon, gdzie mieszkasz. Pani srani bani. A ona mówi, że mieszka tu. I ja podnoszę głowę i patrzę nią. Stoi na balkonie naprzeciwko. Na garb ma narzuconą kurtkę, może swoją. Też mieszka w schronie, do którego fale nie docierają. Gdybym miała beret, mogłabym ostatecznie zweryfikować miarę rzutu beretem, ale na oko to tak właśnie. Odkładamy ciepłe panele dotykowe od zimnych policzków. Za chwilę tu przyjdzie.

Przyjdzie weźmie list. Będzie inna niż tamta. Będzie mniejsza, bardziej miękka i rumiana. Będzie miała czarne włosy. Będzie miała synów dwóch w wieku szkolnym. Będzie Joasią, co umie dobrze gotować, choć nie ma na to czasu, bo pracuje w korporacji. Będzie miała manicure i ślad po opryszczce. Przyjdzie w kapciach. Będziemy się uśmiechać. Nigdy więcej się nie spotkamy, mogę się założyć.


Spacer bez pieska

Zimowy spacer. Spacer z pieskiem bez pieska. Śnieg skrzypi pod nogami. Krok, krok, zagłusza krzyk, krzyk.
Czasem wystarczy pomyśleć „nie wytrzymam, zaraz wyjdę”. Czasem nie wystarczy.
W zależności od temperatury wrzenia lawy, wychodzi się na chłodno lub na gorąco. Na Skandynawa – but zawiązywany z kamienną twarzą, kurtka, czapka, klucz… Na Hiszpana – bez szalika, ale za to z trzaskaniem drzwiami. Ja raczej na Skandynawa. Sąsiedzi nie lubią trzaskania.

Spacer bez pieska. Odbywa się po nic. Odbywa się bez celu. W kółeczko dookoła bloku, na ile starczy sznureczka.
Pierwsze kółeczko – na tzw. kombajn. Czyli – nic mnie nie ruszy, niech się goni, w dupie to mam, zabiję, wyjadę, zniknę. Lawa kapie na śnieg, psss, psss, syczy. Nogi same bez zachęty.
Drugie kółeczko – na bidulę. Oj zimno, zimno, nóżki mi marzną, kopnę śniegu kulkę. Od bloku do bloku, od drzewa do drzewa, może tu skręcę, e, może tam. Jak mnie kto zabije, będą mieli. Błąka się to to po trawnikach, potyka się o sznuróweczki. Ale lezie. Bo para te tłoki wciąż tłoczy i tłoczy.
Trzecie kółeczko – na wyhamowanie. Czwarte – to już na zmarznięte nereczki. Do domu do domu. Śnieżek dalej skrzypi pod nogami, choć to nie szamoni ani wal de zi. Choć to nie szaleństwo na stoku, tylko samo szaleństwo. Do domu.
Kiedy klateczka wyrośnie przed nosem, to jednak nie do domu. Jednak piąte kółeczko, za przeproszeniem, sobie pierdolniesz. Piąte kółeczko bez pieska jest kluczowe. Zimno i wieje, ale wózeczek i saneczki zahartowały ciało i duszę (nie chcę ale muszę). Zdajesz sobie sprawę, że to, co właśnie robisz, to kołysanie sobie robisz. Sobie samej mamę robisz, jak dziecku. Krok, krok. Robisz sobie spacerkiem bez pieska przerwę, wyrwę w świecie na kołysanie. Już dobrze, krok krok.
Przypomina mi się scena, film, nieważne. Kluczowa sprawa w piątym kółeczku to jest przyswojenie jednej myśli. Że to nie jest moja wina. Nie moja, że słabo. To nie jest moja wina. Oj, taki ze mnie terapeuta z produkcji filmowych, scenariuszy oskarowych.
Światło w oknach, śnieg pod stopami. Ukryte psie gówienka. To nie jest moja wina. Ciii. Krok, krok, kap, kap.
Kiedy wracam bez pieska, jest lepiej. Choć z twarzy wyglądam gorzej. Spokojnie już, na Tybetańczyka, przyjmuję wilgotne cmoknięcia. Gdzie byłaś. Nie odbierałaś. Nie mogłaś?

Być może piesek jest konieczny w sytuacji posiadania rodziny.



Kar nawał

NIE mówi się o znajomej kobiecie, która weszła do sklepu (na basen/do baru/na prom wycieczkowy po rzece Nil), nie mówi się –  młoda księgowa, niepracująca księgowa, samotna księgowa. Ani wyrodna księgowa (taka, którą inne księgowe na przerwie, na papierosku, obgadują, że jej księgowanie nie przeznaczone, że excela to ona się dotykać nie powinna).
Nie, nie mówi się.

Ale matka, to co innego. Matka młoda, samotna matka, matka siatka.
Matka matką z dzieckiem czy bez dziecka.

Czasem należy społeczeństwu szanownemu zmylić trop, uwagę odwrócić, przewietrzyć myśli poklejone dialektyką rodzinną. I sobie. Sobie przede wszystkim.
W tym celu, wychodząc dziś z domu, zabieram kamuflaż. Windą, klatką przemykam normalnie, niby nic. Ale już za zakrętem, za blokiem, wyciągam przebranie (bez przebrania daleko nie zajdę, psy mnie rozpoznają i będą ujadały). Palce z parówek chowam w rękawiczki. Upycham pod czapkę włosy z makaronu. Zamalowuję niedoskonałości cery farbą olejną w kremie. Perfumy wącham nieufnie. Jadą zupą pomidorową albo mi się wydaje. Beznamiętne spojrzenie zamieniam na namiętne. Służy mi do tego erotyczna aplikacja na podróbie iphona. Dżins mam obcisły, a dekolt pogłębiony.

Idę. Mijam sklep. Mijam basen. Mijam plakat z reklamą wyprawy po rzece Nil. Mijam bar. Mijam poradnię psychologiczno psychiatryczną. Idę.
I myślę:
Matka, a nastolatkę udaje! Dość żenujące.


Konkurs c.d.

Konkurs trwa.  Żeby wyjść z grupy, trzeba znaleźć się w pierwszej dziesiątce, więc serdecznie proszę o Wasze głosy. Na numer 7122 należy wysłać SMS o treści A00829. Głosowanie trwa do czwartku 19 stycznia. W tym wyścigu liczy się KAŻDY głos, więc proszę, polecajcie dalej znajomym. Poza tym, jeśli tylko zobaczycie porzucony telefon…, taki telefon kolegi albo teściowej, co sobie leży albo się ładuje…

Uwaga!  W numerze A00829 znak „0” to cyfra zero. Nie należy także nie wstawiać w SMS spacji.

Koszt SMS to 1,23zł brutto. (który to dochód zostanie przekazany na turnusy rehabilitacyjne dla osób niepełnosprawnych).

Dziękuję wszystkim.


Komar

Jak można spać w dzień? Pięcioletnia dziewczynka przechyla głowę i przygląda się ojcu chrapiącemu na narożniku. Jak można spać w dzień i to w takiej pozycji?? Ojciec ułożył się w kąt prosty i odpłynął. W telewizorze marki Neptun skoki narciarskie. Ten śpi, zamiast się bawić.  Dlaczego oni zawsze zasypiają? Mama to samo. Na kanapie, na krześle, nie daj boże które siądzie na bujanym. Od razu komar. Z gazetą, z książką. Zasłaniają się lekturą, że niby coś i po chwili już opada kurtyna, ukazując ich nieprzytomne twarze, otwarte usta, równe oddechy.

W pociągach, w autobusach zasypiają, ledwo ruszy. Na bociana, na żabę, na dzięcioła i na nietoperza. Upuszczają przedmioty, przypalają papierosami obrusy. Na siedzeniu pasażera fiata sto dwadzieścia sześć pe ślinią niezapięty pas bezpieczeństwa.

Tak mi się to teraz przypomniało. Siedzę na dywanie, głowa oparta o krzesło. Śpię. Prawie śpię. Moja prawa ręką, uzbrojona w krowę z lego duplo, podskakuje sama, niezależnie. Goń złodzieja, mamo, goń złodzieja. Gonię, gonię przecież. O dżizas, to nie krowa, to policjant na motorze. Musiałam jednak przysnąć na chwilę. Wystarczy moment, wystarczy zwolnić tempa. Dziecko patrzy na mnie z wyrzutem. W telewizorze marki japońskiej skoki narciarskie. Mamo, nie śpij.

Tak, teraz to jasne.


Konkurs!

Zgłosiłam Tylkospokojnie do startu w biegu na blog roku. Lubię konkursy. Jednocześnie namawiam wszystkich piszących. Czytam blogi, nie tylko te wyszczególnione na stronie, ale masę innych, na które trafiam, często przypadkowo. Jestem jednocześnie podbudowana i zdruzgotana że tyle ludzi tak dobrze pisze!, tak mocno czuje, tak myśli, i to nie zawsze po linii obowiązujących trendów. Powodzenia.


Tu i teraz

Wiadomo z publikacji specjalistycznych, z zen publikacji z mnichem na okładce, że, aby osiągnąć szczęście, należy utkwić w tu i teraz. Pielęgnować uważność. Nad filiżanką zielonej herbaty, zagryzając tofu serem, pielęgnować, obserwować, smakować, wąchać. Szczęśliwość według tego przepisu dopada jak grom. Wali po garach w nagłym olśnieniu.

Nic trudnego. Tu i teraz to ja trenuję od dłuższego czasu. Teraźniejszość odrabiam wyjątkowo intensywnie. Z dzisiejszości osiągnęłam poziom professional advanced. Obserwuję, jak pięć kropli leku spada jedna po drugiej na drżącą łyżeczkę. Łyżeczkę dostarczam do adresata w napięciu. Gapię się na gęstniejący kożuch na mleku, żeby w odpowiednim momencie wykorzystać jego tu i teraz gęstą konsystencję i wyrzucić do kosza. Który tu i teraz przepełnił się i trzeba go tu i teraz wywalić. Jakie zimne powietrze tu i teraz, jaka zimna noc i klamka do śmietnika.
Tu i teraz bombarduje mi łeb wiadomościami tefauen zawsze za głośno, ale tym bardziej niewątpliwie tu i teraz, bo na żywo. Tu i teraz wchodzę do łazienki i mam od razu mokry tu i teraz sweter bo młody mnie zastrzelił z prysznica. Czuję jak tu i teraz kapię na tu i teraz podłogę. Kapię mokrą twarzą. Tu i teraz, nie tam, tam nie ma, kochana, jest tututututu. Tu i teraz się przebieram, z mokrymi portkami odbijając się od kaloryferów, bo tu i teraz wszędzie się suszy pranie. Cudowność jakaś niezmierzona.
Z kontaktu z naturą to na przykład refleksja mnie nadchodzi, jak widzę pleśń. Coś, co było czymś, ale tu i teraz jest tylko zieloną kupą na ścianach lodówki. Musiałam o tym czymś zapomnieć w nieustającej nirwanie. Tu i teraz tylko spokojnie. Niespodziewanie tu i teraz czuję zapach spalonego mleka.
Mnich wzrusza ramionami, albowiem nie ma dla niego znaczenia, czy ktoś będzie tu coś jadł albo pił. Ja jednak oblewam test. Oblewam wodą kuchenkę. Wyjmuję butelkę mleka, nalewam do rondelka pół litra, srebrnego z zieloną emalią, trochę odpryśniętą na brzegach. Odmierzam tu i teraz szklankę bez obciachu z ręki, jak barman pięćdziesiątkę. Grzeję, gapię się, czekam na kożuch. Jestem tu i teraz lekko wkurwiona, trochę nieszczęśliwa i czekająca na Bógwico (ang: na Godota). Tu i teraz pachnie wiecznością, spalenizną i mokrym praniem.

 

 


Franca

„Czekać”, rzuca we mnie Szanowny Pan Doktor. Młody grzeje mi szyję swoim zmęczonym policzkiem. Opadam na krzesło w przychodni. Z każdą minutą tutaj, on jest bardziej chory, a ja mniej zdrowa. Ommm fuckin ommm. W sylwestrowy poranek, w afrykańskiej wiosce w Polsce, kilka matek z rozgorączkowanymi dzieciakami czeka cierpliwie w kolejce do szamana. Do nowego roku pozostało jeszcze osiem godzin. Nikt się nie denerwuje, bo i po co. Znamy to. Doskonale znamy ten scenariusz. Świąteczne wypieki gorączkowe. Dzwonią dzwonki sań, zagłuszając kaszel dzieci. Po dwudziestu minutach wrota nadziei otwierają się. Szanowny Pan Doktor ma takie ego, że aż mu się guziki na białym fartuchu napinają. Doktor podciąga dziecku koszulkę i  słucha. Zagląda do gardła. Koniec badania. On już wie. W milczeniu wypisuje recepty. Ośmielam się zapytać, na co. Cmoka z dezaprobatą. Antybiotyk i na coś na kaszel. Zapalenie gardła. W oskrzelach nic. Mam już lek na kaszel, szepczę przełamując lęk przed Gniewnym Spojrzeniem. Jaki? Taki. Syrop z cebuli! – krzyczy on – działa, ale w reklamach. Zerkam na zegar. Do nowego roku… O! Zegar jest sponsorowany przez lek z recepty Pana Doktora. On zresztą ubawił się swoim żartem o cebuli, że się aż rozpogodził. Wygłasza dowcipny monolog, o tym, że dziwne imiona teraz dzieciom dają, zamiast tych zwykłych i pięknych, jak na przykład jego imię osobiste – Andrzej.

Och, Andrzeju, myślę sobie…

Do nowego roku pozostało jeszcze tylko pięć godzin.

Pukam do prywatnego gabinetu w afrykańskiej wiosce. Szanowna Pani Doktor bada młodego. „Nie zdejmuj koszulki, tylko podciągnij”. Młody dzielnie zadziera podkoszulek. Elegancka Pani Doktor kieruje na jego twarz lampkę znad biurka (!!). „Otwórz buzię”. Koniec badania. Do nowego roku pozostało ile? Już się pogubiłam. Ona ze współczuciem wygłasza elokwentną diagnozę: „capnął francę jak nic”.

Że co proszę?! Zapalenie oskrzeli. A gardło? Gardło czyste. Gapię się na nią jak na kosmitkę. Może pójdę do warzywniaka po kolejną opinię? Chcę coś powiedzieć, ale Elegancka podnosi słuchawkę i upewnia się, że do fryzjera ma jeszcze pół godzinki.  Płacę. Biorę mój piecyk na ręce i niosę do domu. Do nowego roku zostało jeszcze cztery i pół godziny. Do końca choroby jakiś tydzień. Do końca dzieciństwa jakieś piętnaście lat, także to chyba za bardzo nie ma znaczenie, którego dziś mamy.

Z nosami przyklejonymi do szyby patrzymy na siedem fajerwerków rozświetlających nasze bardzo prowincjonalne miasto ze służbą zdrowia, co jest raczej służbą absurdu. Służbą na pewno nie moją.

Gorączka spadła, więc jak możecie sobie wyobrazić, mimo wszystko, jestem zadowolona. Żadne tam pióra w dupie mi teraz nie w głowie. Maryla z playbacku i disco polo. Bawi się cały polsat. Śmiać mi się chce. Wyciągam się na łóżku i czytam nowość wydawniczą sprzed pięciu lat. Umówmy się, że czas jest jednak umowny.


%d blogerów lubi to: