Monthly Archives: Luty 2012

Kredkami

Chce mi się pić. Przez to wczorajsze spotkania z Fk –  dwa kluby, dwa bary, dwie łazienki pełne rozchichotanych dziewczyn i ich, roztartych pędzelkiem, cieni na powiekach, ich ust w dziubek ściągniętych, błyszczykiem pociągniętych.

Na śniadanie trzy herbaty. Młodemu umywam umleczoną brodę, czeszę włosy, które cierpliwie wstają. Przyklepie się jakoś czapką. Wychodzę. Dom zostawiam w domu, otwieram mu tylko okna, żeby sobie pooddychał. Autobusy i tramwaje.  Trzydzieści minut i jesteśmy w kawiarni. Dla ludzi z dziećmi – niech właścicielom w klientach wynagrodzone będzie! Młody pada w zabawki. Ja padam na krzesło. Zamieszanie. Tyle tatów, mamów, strażów pożarnych, rajtuzek, słomek, warzyw z plastiku i bujanych koników. Za przecinki służą mokre chusteczki, niekapki kubki, latte kawki. Jeden tata jak marzenie, a kelnerka ma dredy w kolorze nieba. Trochę gadamy z D, która przyszła z synkiem. Trochę się gapimy, trochę wycieramy dzieciom nosy. Wytatuowany położył się córką na ziemi, składa kolejkę. Wszyscy rozmawiają, wstają, siadają, konsumują. Perpetuum mobile ludzkich czynności. I sok ze słomką. A w kiblu muchomorki i słoniki.

Gdybym miała narysować niedzielę kredkami, to właśnie tak by to wyglądało.

Więc nie zamykajcie mnie w domu. Jam jest społeczne zwierzę, zwierzę ludzkie. Uszy mam do słuchania, a usta do mówienia. Mózg mam do nie tylko planowania obiadów, a serce nie tylko do laurek. Lubię czuć, że się kręci, że się płynie. Mówiąc już tak górnolotnie, nie za głośno – że się żyje. Jak mnie w domu zamykacie to mi normalnie ustają wszelkie czynności, tętna nie wyczuwam. Nie wyczuwam nic, jak słyszę:
Gdzie chcesz wychodzić? Takie zimno, takie błoto, takie zarazki, krawężniki. Gdzie będziesz szła? Lepiej w domu siedź. Siedź, to zaoszczędzisz. Nagotujesz. Pranie zręczne i niezręczne cię czeka…

O nie. Ja tu zostaję. Nogami się zapieram. Pizzą się żywię. Serem się brudzę. Jestem zadowolona, bezrefleksyjnie utulona.

A wszystko przez Fk.
Że mnie tak wczoraj po tych barach przeciągnęła.


Lof!

Dwa dwa zero dwa
dwa tysiące jedenaście
był pierwszy wpis. I nie był to dobry czas.
Z okazji tego, że minął rok, chciałam Wam bardzo podziękować.

Dziękuję Ci, Dominiko, że pokazałaś mi blog Frustratki.  Frustratko, dzięki, że opisałaś jak poszłaś na spacer z dziećmi, …a może to było śpiewaniu im na dobranoc – „uśnijżesz…uśnij”. Nie pamiętam. Cieszyłam się i współczułam jednocześnie.  Śmiałam się przez łzy. Chlipałam i chichotałam. To było odkrycie na miarę Odkrycia – jednak ktoś nadaje na tej częstotliwości. Jest życie na tej planecie! Tylko spokojnie – pomyślałam.

Nagle zrobił się przeciąg, w dusznym domu przestały się zamykać drzwi i zaczęłyście tu przychodzić: MMartuśka, Karolina, The light princess, Joa, Domnie, Greta, Magda K.  Oprócz Domnie, (którą znam i upijam za każdym razem, kiedy nie jest w ciąży 😉 – na oczy Was nie widziałam, ale przecież Was znam, rozpoznaję Was i niech mnie, jeśli za Wami nie tęsknię, jak mnie tu nie ma.

Mam tu takie swoje słupki i statystyki, które są jak ślady na śniegu, szminki na szklankach i puste kieliszki o czwartej nad ranem. Nie wszystkich umiem wymienić, ale jeśli to czytacie, to właśnie Wasze zdrowie, piję teraz winem czerwonym wytrawnym na tę okazję dziś zakupionym.

Chciałam podziękować Joannie, za to, że zlinkowała mój blog na Chustce. Od Ciebie, Joanno, przychodzi tu dużo gości. Dziękuję i czytam. I trzymam kciuki.

Dziękuję blogo-drzwiom, przez które wchodzą inni goście (zaktualizowałam listę linków).

Na koniec coś ciekawego ze statystyk. Niektórzy zaglądają tutaj, bo wpisali w Google kilka słów. Najciekawsze:

depresja nic nie mówię

gapię się w telewizor depresja

nudzi mi się i jest mi trochę smutno

chcę miłości jak na filmach

jak wkurwić męża karmiąca matka

jak wygląda samowar od środka

skąd pochodzi bawełna

dialog pomiędzy gościem a recepcją

pijak z nogą w gipsie

ślimaki sikają sobie na głowę

przetwórstwo skorupiaków

ucieczka ze stodoły

czy mike tyson wierzył w boga?

 

Wszystkie odpowiedzi na blogu.

Lof!

Tylkospokojnie.


Syn na świat

„Siedzisz?” pyta głos mojego brata z telefonu.
O o! Siadam.
„Będziemy mieli…”
O nie! Zrywam się na nogi. Mentalnie się zrywam, bo nogi mam niezrywne. Bo mam zawał serca. Ciąża. Dziecko. Poród szpital krzyk. Dziecko. Noc jak dzień, dzień jak noc. Ciemno. Zimno. Płacz. Jawa jak sen. Dziecko!
„Będziemy mieli psa”.
Psa…
Psa acha.
Cudownie normalnie fantastycznie.
Gratuluję. Tak się cieszę.
(brat ocalony!)

Wieczorem przychodzi sms od Mayi. Długi i cały po niemiecku. Nie znam niemieckiego. Tłumaczę słowo po słowie. Surowy położna rodzić chcieć nie. Rezygnować do domu iść. Walentynki noc syn na świat. Dziesięć palce malutkie. Nos zadarty mały. Radość rodzice.
Maya ma syna. Pomarszczony ssak wylądował bezpiecznie. Cieszy się moja gęsia skóra i mrugające oczy, palce się cieszą i mylą klawisze. Dziecko. Skóra i zapach. Oczy takie takie. Piąstki owinięte wokół palca. Ma dziecko.

Wszystko zależy. Ale lepiej pojawiać się tam, gdzie już na ciebie czekają. To ułatwia sprawę.


Gwiazda

Kto nie lubi gwiazdą być.

Takie to było łatwe kiedyś. Wystarczyło, na przykład, mieć czas. Wystarczyło odebrać telefon. Iść na koncert. Umieć trochę pić. Gadać umieć. Wystarczyło dosiedzieć do szóstej rano. Napisać wierszyk.  Znać kogoś, kto jest kimś. Podpalić lampę i przez nią przeskoczyć. Przejść się po śniegu na boso. Wielkie mi halo. Zaliczyć egzamin na kacu. Znaleźć robotę. Objechać jakiś kontynent. Głaski i oklaski.

A potem te zadania stają się nagle jakieś trudne. To się wylewa. Tamto kipi.  A skąd ja miałam wiedzieć, że coś farbuje, a czegoś się nie daje dzieciom.  Rzeczy się brudzą i wypadają z szaf. Na łeb na szyję. Trzeba je prasować.  Żelazkiem rozsmarować słonikom uszy. Zeskrobać węgiel z kotleta. Ten choruje. Ten się obraża. Takie proste to niby miało być. To ma być pomidorowa? My się tak nie bawimy.  Ale zaraz, ja jestem gwiazda, ja umiem… Halo!

Zamiast głasków w tej roli życiowej zbieram w najlepsze wieczory ciszę na sali. Publika gapi się beznamiętnie. Ziewają z nudów, patrzą po sobie niepewnie.  Pamiętacie ją? To ta? Wyglądem coś toto nie przypomina tamtej.

Czasem odezwie się jeszcze jakiś fan.
For fun.


Ty jesteś facet!

Ona:

Wiedziałaś, że tak będzie. Przecież nie zmylił cię marsz weselny w urzędzie stanu błogosławionego. Ani ślub pościelny. Napij się. Może czegoś mocniejszego. Nie jęcz. Masz.

Tu się trzeba w garść wziąć. Głosu wewnętrznego się słuchać. Jak ty nie słyszysz głosu wewnętrznego, to co ja ci poradzę. Masz, zapal to. Może usłyszysz.  Może starzy ci go zabrali, jak myślisz? Wiesz co to jest libido? To sprawdź sobie w słowniku. Wiesz, jak facet myśli, wiesz czym, to ty myśl, też wiesz czym. I będzie super po równo. I nie rycz, na boga ciężkiego, znowu to samo. W kółko. A kto nie chce być zakochany, kobieto. Każdego zapytaj na ulicy, kto nie chce? Idź do ludzi. Mężczyźni, a jak chcesz to i kobiety. Jedno jest życie. A żyć to trzeba umieć.

Ja:

(głosem drżącym) Wspaniały z pani facet, pani reżyser. Jak ten wywiad z panią czytałam, to tak mnie dotknęło co pani mówi, że gazetę przytopiłam. W wannie akurat byłam, tam mam schron i kącik przemyśleń. Poczułam, że ze taka mnie konserwa w sosie własnym, a pani mi tu oczy otwiera, jak fajnie jest w paryżu na kawie z julią binosz. Julia jest tak szczęśliwa, pisze pani, kurcze, że szok. Ja nawet w klasie maturalnej taka nie byłam. Myślę, że ona jest tak ze dwa pokolenia do przodu niż ja i moje koleżanki zza ścianki. Ja tego nie ogarniam, tego polskiego gender. Tyle różnych rodzajów miłości, a jeszcze te opłaty miesięczne dochodzą. To mi zawsze wychodzi na niekorzyść mojej wolności.

I tajemnica egzystencjalna moja jest taka, że  jadę dalej.  Energię przekształcam, niczym elektrownia w pracę, pensję i trochę na bloga mi jeszcze starcza. Wściekłość przerabiam w rosół. Frustrację w bezsenność, co nie jest takie bez sensu, bo zawsze coś do zrobienia jest. Niespecjalnie lubię być kobietą, wolałam być facetem. Jak kiedyś. Ale denerwują mnie takie wywiady i je topię w wannie. Niby przypadkiem. Bo, co się utacham, to moje i z tego akurat zamierzam się trochę cieszyć.  Pewnie umrę bez tych romansów, coś mi się tak zdaje, cholera, do sedna swojej seksualności nie dotarłszy. Ale, gdyby ktoś chciał mi współczuć, to opowiem kawał o kupie i dupie. Czasem mam ochotę być taką, wie pani, wieśniarą niewyzwoloną.

Miło tu u pani na materacu. Chętnie bym jeszcze posiedziała, ale muszę lecieć. Muszę no. Gdzie mój beret?


Nie

Nie – powiedziałam. Powiedziałam zanim pomyślałam. Nic z tego. Nie.
Z przepony, nagłośnione niczym jęk na ósmym centymetrze, zajebiście stanowcze nie.
Widelec zamarł w połowie drogi. Ucichły mlaskania z buraków zasmażanych. Pure ziemniaczane zamortyzowało plask spadającego kotleta. Pani w telewizorze przerwała przekazywanie na żywo wiadomości i zakaszlała dyskretnie w zwiniętą dłoń: ehkm, ehkm… Pralka zwolniła obroty. Złamany paznokieć przestał boleć.
Nie.
Młody siorbnął słomką po dnie szklanki.
Nie jak dzwon jak schron. Nie bo nie.
Żadne tam miauknięcie, jęknięcie, nie pierdu pierdu, że od razu jakiś kompromis, jakieś wzięcie pod uwagę. Fajnie że masz zdanie na ten temat i ty sobie rób zgodnie z tym zdaniem powyższym, ale ja mówię nie i powtarzać nie będę. Szantaże emocjonalne, jak i argumenty racjonalne mojego „nie” nie ruszą ani nie naruszą. Jeśli czegoś jestem teraz pewna, to właśnie tego, że nie.
No, ale… „Ale” pacnęło o stół, plasło i zgasło.

Pani w telewizorze przyłożyła na chwilę dłoń do ucha, gdzie dostała sygnał, żeby dalej. Lekko chrząknęła i nawiązała gładko do wydarzeń. Widelec powędrował do ust. Propozycja poleciała w kosmos. Pralka przyspieszyła. Wszystko wróciło do normy. Młody siorbnął słomką po dnie. Przeleciało stado motyli.

Yes!


%d blogerów lubi to: