Monthly Archives: Marzec 2012

Matematyka matki

Liczyć palce u rąk i nóg

liczyć kostki w kręgosłupie, odgarniać włosy

kłaść na ziemi i łaskotać

przygniatać poduszką

polewać wodą z prysznica

wycierać ręcznikiem do sucha

mamo, co to jest umierać

liczyć od i do

liczyć stąd tam i z powrotem

liczyć krople, mililitry

liczyć w złości

liczyć palce, liczyć kostki

dni tygodnia

minuty

owieczki

liczyć

centymetry i dekagramy

złapać z drabinki

i raz

złapać z łóżka

i dwa

z krzesła złapać

zawsze złapać

tulić

liczyć


Kino drogi

W kinie drogi bohater zawsze szuka sam siebie – powiedział mi w szkole ktoś, nie pamiętam kto. Ale pamiętam że.
W prawdziwej podróży bohater też szuka sam siebie. (Chyba, że jest z dziećmi i akurat szuka toj toja, picia lub pizzy.)

Jest rok ąty ąty. Koniec sierpnia. Mam dwadzieścia jeden lat. W moim życiu właśnie jest  Sylwester. Fajerwerki i więcej fajerwerków. Wybuchają jeden po drugim, jeden nad drugim. Pociąg jedzie przez Pensylwanię i Illinois. Przez Missouri, Kansas do Colorado i dalej. Pociąg jedzie w dzień i w nocy. I w nocy nie mogę spać. On śpi. Ja nie śpię. Mam dwadzieścia jeden lat. W kieszeni mam papierosy. Newporty w miękkiej paczce. Mam zapaliczkę zippo, co się otwiera i zamyka z miękkim dźwiękiem. I pachnie benzyną.

Idę przez pociąg amerykańskich linii Amtrak. Jest noc w Colorado. Wagon dla palących ma tylko dwie długie ławki. Nocą światła są przygaszone. Tyle tylko, żeby się nie potknąć o wysokie popielniczki na chudych nóżkach. Tyle, że widać żarzące się końce. I zawsze ktoś tu jest. I nigdy nie panuje tu cisza. W tym kraju nie ma ciszy między ludźmi. Jest noc w Colorado, palę newporta z filtrem. On śpi. Ja nie śpię.

W prawdziwej podróży bohater szuka siebie. Zawsze coś znajduje. Nie zawsze to, co by chciał.

Myślę o tym wszystkim wychodząc z kina w centrum handlowym. Myślę o tym, jadąc schodami ruchomymi. Jest noc w Warszawie. Od dawna nie palę. Nie ma zippo. Jego też już nie ma. Jakim cudem wciąż słyszę ten pociąg.

Jestem zmęczona. Ile żyć da się żyć jednym życiem.

Zainspirowane tym filmem.

I schodami ruchomymi w Arkadii.


Ona i ja

To musiało się stać. Póki nie spałam ani w nocy ani w dzień. Póki leciałam na pysk nieprzytomna. Póki nie istniała niedziela ani wolna chwila. Nie było czasu na pierdoły.

Aż tu nagle.

Mam czas. Mam niedzielę, mam obiad ugotowany, mam męża, co zajął się synem. Sprzątanie mi głowy nie zaprząta. Matka zwolniona z etatu, na wolnym matka stoi i gapi się. Gapi się wzrokiem bezdennie dennym, buzi zamknąć zapomniała.

Ona się nie chce zastanowić. Nie chce się podsumować. Nie chce się ocenić. Na półmetku. Bo nie jest nawet w przedsionku tego, co wydawało się jej takie osiągalne.

Nie chce brać się w garść. Ani wracać do życia. W dupę sobie wsadź – jak do życia, ja jestem w epicentrum życia! Mam rytm niezachwiany, ranki i wieczory, zjadanie i wydalanie, spanie i czuwania.

Co ona się będzie z tego rytmu wypisywać? Ty wiesz, co się może stać, jak ona się zastanowi? Jak się zatrzyma? Jak pomyśli? Ty wiesz co?!


Targowy

Tak szybko, bo szybko, wiadomo, skoczyłam po zakupy. A tam draka. Dzień targowy.

Słońce nas rozpieściło, kochana pani, w weekend, ale teraz to, że się tak wyrażę – piździ. Co dla pani? Pora? Cebuli łagodnej? Już ładuje, rękami jak dwie łopaty, jak ziemniaki duże ale kruche. Fajne ręce, jakby same z ziemi wyrosły. Samochody z bezwstydnie podniesionymi plandekami, beczki,  skrzynki, odważniki. Stoiska specjalizacji szerokiej i wąskiej. Wąskiej, że na przykład tylko jaja, ale za to w sześciu rozmiarach.

Koszule nocne piękne kolorowe za dziesięć złotych powiewają trochę bez sensu nad beczkami ogórków prostych i krzywych.  Ja się już, pani kochana, w życiu narobiłam, młoda niech ładuje, mówi kobieta  cała ze zmarszczek. Pieniądze trzyma w woreczku foliowym, banknoty ładnie złożone i nie zamoczone. Córka o skórze alabastrowej, czternastoletnia księżniczka wprawnymi ruchami łowi ogórki małe, chrupkie, bez konserwantów.

Mały facet łapie mnie za ramię. Pani pytała o kurczaki? Kręcę głową, że nie ja.

Zawsze mam problem z tym, ile co powinno ważyć, więc posługuję się staropolskimi systemem miarowym: pół tej torebki, garść. Albo liczebnikami.

Gapię się na jabłka, co się nazywają  jak dzieci ekscentrycznego celebryty: Cortland, Ligol, Kosztel, Lobo, Idared (to chyba dziewczynka) i Jonagold .

Zaraz mi ręce odpadną, ale brnę dalej w stronę pasieki wędrownej, czyli starszego gościa, co ma słoiki i brodę jak zi zi top. Taki blond miód mi się podoba . Akacjowy. Niech będzie.

Twaróg mam piękny – mówi sąsiad zizitopa. Jest z wąskiej specjalizacji twarogowej, ma stolik i wagę. I twaróg. Piękny. Biorę.

To pani mnie pytała o kurczaki? – znowu zagaduje mały facet.

„Dobre dla dziecka „– to jest świetny tekst. Jak dobre, to biorę. Daktyli, orzechów, pomarańczy. Imbir w kształcie człowieczka bez głowy.

O Jesu! Jakie ciasto drożdżowe. To pół ciasta. I ćwiartkę chleba jak stół. Chce mi się leżeć na sianie z jakimś pastuszkiem i wcinać ciasto.

Jeszcze rzodkiewka i idę, bo mi krew już w kończynach górnych nie płynie. Przymykam oczy na kapustę kiszoną w czterech odmianach, a może stopniach skwaszenia. Widzę bramę. Pod bramą biorę jeszcze w zęby pięć tulipanów.

Czy to pani pytała…? – wyskakuje zdenerwowany facio – A nie, to nie pani.

Myślę, czy by jednak nie pójść w biznes na poważnie i otworzyć warzywniak…


W normie

Doceniam. Co mam, że mam doceniam. Brak złej diagnozy. Brak szpitalnych kibli. Metalowych poręczy z oskrobaną emalią brak doceniam. Doceniam to, że komornik nie dzwoni, nogi w drzwi nie wstawia. Doceniam, że mąż nie pije i nie bije. Na dziwki nie biega. Się nie ugania. Dziecka rączki nóżki ząbki doceniam. Brak upośledzenia, brak wady wrodzonej, wady wymowy nawet brak. Brak każdego koszmarnego scenariusza doceniam. I że nie zdechłam, że się nie wykrwawiłam na amen. Że nowe życie nie zabrało mojego doceniam.

Doceniam, czego nie mam i co się nie przydarza.  Nie krzywię się.

Czasem febra, trzęsie z zimna, choć wiosna, choć kołdra na pół. Ale to już są sprawy takie jakby, wiesz, mało namacalne.

Czasem wionie mrozem skądś, z jakiegoś bliżej niezlokalizowanego organu wewnętrznego, metafizycznie rozlanego.

Czasem wystarczy pięć sekund, żeby zmieść z gęby ten, wypracowany miesiącami, kamienny spokój. Pięć sekund.

Ale przysięgam, że i tak doceniam. Ładnie, jak trzeba.


Romans

Głową muru nie przebijesz. Wyżej tyłka nie podskoczysz. Są granice prywatności. Się je przekracza, jedną za drugą, jednocześnie pilnując, żeby jeszcze jakieś zostały. Na granicach,  na ziemiach niczyich, leżą smutne, zmarznięte tematy. Tabu tabu – mówią cicho. Nieostre takie, bo jeszcze nawet nie ponazywane.

Załóżmy, że ja nie piszę o sobie. Z życia osobistego nie czerpię.  Że ja tu opisuję życie  Barbary albo Magdaleny…  Niech będzie, że Barbary.

Basia jest osobą, a jakże – zamężną i fakt ten konstatuje każdego ranka, kiedy rozstaje się z ukochanym na całe dni. I każdego wieczoru, kiedy w końcu może spotkać się, zmęczona a jakże, ze swoim zmęczonym ukochanym. Małżeństwo Barbary rozgrywa się właściwie w jej głowie. W jej głowie niekończące się rozmowy, śmiechy i kłótnie. W jej głowie miłość i lojalność. W jej głowie wyrzuty i łzy, które on potem wyciera w jej głowie delikatnie chusteczką higieniczną jednorazową. W jej głowie on ją całuje i przeprasza. W jej głowie ona mu wszystko wybacza, przez łzy się uśmiecha, macha ręką w jej głowie na te niepowodzenia, na te kłody, co to wiadomo, że zawsze pod nogami się znajdą. W jej głowie wyjaśniają sobie te sprawy i są spokojni.

W jej głowie ona mu mówi jak bardzo go bardzo, sto razy to mówi w jej głowie, żeby grzankę nie drżącą ręką móc mu podać. Nie jest Barbara osobą głupią ani naiwną, aczkolwiek wydaje się, że jest, skoro w jej głowie rozgrywa się ten romans z mężem za męża pojętym.

Nie jest Barbara osobą trudną. Jest taka łatwa. Do zaspokojenia. Jak ślepy na przejściu dla pieszych. Jak bezdomny z puszką.

Taka to historia jest romantycznej Barbary. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.


Wieczór

Proszę cię, nie krusz. Przecież nie kruszę. Okruszki upadają z ust na brodę, z brody na czystą piżamę, na bose stopy, na wytartą szuraniem krzeseł podłogę pod stołem. Normalnie okruszkowy desant. Cała ceremonia wieczoru, to mycie, to ubieranie, przecieranie na mokro, na sucho i na krucho zaraz się zacznie od nowa. Masz dżem na brodzie na uszach. No przecież, że nie mam. Mówi. Wsadza rękaw w masło. Dla niepoznaki wyciera w spodnie. Przymykam oczy. Ja się nie denerwuję. W łapy nakremowane znowu wezmę ścierkę mokrą i suchą. Mam nadzieję, że mi nie zgniją. Raz. Dwa. Dziesięć.Otwieram oczy. Siedzi na stole. Nogą wyciera plamę na krześle. Chyba usiadłem na kanapce. Mamo, a o czym myślisz?

Myślę o niekończących się okruchach.

Acha.

I myślę o niekończących się herbatach.

Kiwa się jak zahipnotyzowany, zrzucając resztę okruchów.

A o niekończących się glutach?

Też.

Fajnie masz.

Fajnie.


Wstyd

Idąc na film o seksoholiku w Nowym Jorku, można się spodziewać, że na ekranie będzie nie tylko Nowy Jork. Można się spodziewać. W gazetach zresztą pisali. No i dzieje się. Ale coś inaczej. Powoli. Okropnie. „To się zaczyna robić nudne”  – komentuje pani po lewej po pięciu minutach oglądania stosunku na dużym ekranie w dolby surround. Ktoś się śmieje głośno. Co to w ogóle jest? Seks bez erotyzmu jest nie do zniesienia. Wychodzą.

Choć widzieli pewnie kilka scen filmowych w swoim życiu, wychodzą. Choć oglądali już alkoholika w „Leaving Las Vegas” i narkomanów w „Requiem dla snu”, wychodzą. Choć przy kasach kinowych wisi wielki bilbord reklamowy, pokazujący orgię nastolatków (reklama dżinsów), wychodzą. Trzaskają fotelikami,  przemykają się do wyjścia ewakuacyjnego. Na tle pośladków głównego bohatera.

Nie czują rozpaczy, strachu. Nie płakali nigdy w telefon. Kocham cię. Nie odkładaj. Ja wszystko. Tylko nie odkładaj. I nie płakali nigdy pod prysznicem zmywając z siebie różne takie. Nigdy nie chcieli zagłuszyć strachu, ściągając stanik i majtki. Szczęściarze.

„Wstyd” – genialny film.


Tadaaam

Dostałam na urodziny od Agatary prezent.  Taki wynalazek, żeby autorzy blogów, skoro już piszą cały czas o sobie, mogli wreszcie napisać coś o sobie.

Próbuję odgonić natrętną myśl o siedmiu grzechach głównych, bo:

Jeden. Wszystkie siedem mam zaliczone.

Ale za to – dwa – jestem zdrowa. Byłam u psychologa i powiedział, żeby rozmawiać z mężem. Oraz również, że kobiety z małymi dziećmi często przechodzą trudne momenty. Acha.

Niestety – trzy – jestem edukacyjnym blefem. Robię błędy ortograficzne i merytoryczne. Kiedyś publicznie wypowiedziałam się na temat sekretarki Moby Dicka!

Tym, co sprawia mi radość niezawodnie – cztery – jest znalezienie właściwych słów. Tym co mnie wkurza, jest znalezienie niewłaściwych. Często chodzę wkurzona.

Kiedyś czekałam na jednego chłopaka w jednym miejscu trzy dni. Ale nie przyjechał. Pięć.

Sześć. Po obejrzeniu teledysku Crazy Aerosmith (1994)  zamknęłam się w łazience i igłą do szycia, przekłułam sobie pępek.

Last but not least. Mam plan. W siedemdziesiąte urodziny  wyjeżdżam do Portugalii.  Będę tam wieść życie wesołe i biseksualne już do końca.  Adres siedziby opublikuję na blogu.

Tylkospokojnie.

Do nagrody nominacje otrzymują:

The Light Princess

O kruszki

Nie lekceważ gospodyni domowej

oraz

Tamtaram


%d bloggers like this: