Monthly Archives: Kwiecień 2012

Co słychać?

To już tyle lat minęło. Dekady, człowieku, tuziny lat i jeden wiek już się nawet skończył od tego czasu. Kontakt się urwał. Nie ma o czym mówić. Nie będziemy przecież wspominać szkolnych korytarzy. Sklepiku. Przerw długich i krótkich. Przerw na wagę. Zielonej trawy przed szkołą. Koncertu Sztywnego Palu Azji. Voo voo. Kultu. Lekcji bilarda. Lekcji poezji. Spotkań na cmentarzu. Listów. Listów. LISTÓW. Pochowanych w trzeciej szufladzie od dołu. Matury. Drzwi zdjętych. To nie stowarzyszenie umarłych poetów. Nie ma tego. Nie ma czego. Żałować. Można nawiązać kontakt. Wymienić się słowami. To było w zeszłym wieku. Jesteśmy dorośli. Starzy trochę. Możemy pogadać. Mieć dystans. Co słychać. U ciebie. Jak miło. Jak zajebiście kurwa miło, że miło. Zaraz się uduszę. Oddech mi ledwo płuc dotyka. Ledwo je liźnie. Stan mam krytyczny. Co słychać. U ciebie. Jak dobrze. Cię słyszeć. Co tak cicho mówisz. Zaraz. Muszę. Złapać. Oddech. Zaraz przejdzie zaraz minie. Jak już raz przeszło i minęło.
Nic dziwnego. Wybory nie pozostawiają nas czystych. Jesteśmy pod spodem umazani. Zanieczyszczeni. Skorodowani. Światami równoległymi. W których. W zasadzie to możemy się nawet spotkać na kawę. O tak, jasne, że tak. Na kawę. Na wodę.
Zaraz przejdzie. Ucisk w klacie. Odruch wymiotny. Nawet palce pamiętają wszystko jak było. Nie jest możliwe dla systemu poznawczego człowieka zasymilować fakt, że ktoś może być jednocześnie tak bliski i daleki. Dla systemu obronnego to jest wyzwanie.  Że jest i go nie ma. Poleciał w czarną dziurę. Nie jestem dzieckiem. Potrafię przecież zaakceptować słowo nigdy. Nigdy już. Się nie wydarzy. Oprzyj łeb na kierownicy i oddychaj. Ubezpiecz się na życie, zanim zadzwonisz, głupia.  Kupić chleb. Kupić masło. Kupić książkę. Wrócić do siebie. Zaraz mi do siebie wrócić! Ze szkolnego korytarza.


Osiedle

Dewelołper ziemię kupił. Niezły kawałek. Kiedyś lasy i wsie, dziś prawie centrum, może nie tak całkiem, ale dojazd będzie dobry. Tędy owędy i już stoisz w korku na Jana Pawła, na Zesłańców, Powstańców, Ofiar i Wojen.

Więc ziemię kupił już deweloper, ale nie patrzył w przeszłość, co tam wcześniej było, czy bagno czy cmentarz powstańców, zesłańców czy ofiar. Czy się zapadnie blokowisko czy straszyć będzie w nim będzie, nieważne.

Kazał drzewa wyciąć stare, a nowe posadzić w rzędach, bo tamte rosły jakoś nierówno i bez sensu. I jest. Stoi osiedle, bieli się bielą, skrzy się szkłem. Balkon w balkon. Pod kreskę zgodnie z rysunkiem technicznym. Czemu nie wpadł deweloper z projektantem jednym, żeby to choć trochę urozmaicić, nie wiem. Moje dziecko, jak pijana pszczoła, myliło na początku klatki (mama, to ta?).

 Zielone osiedle. Szczęśliwe osiedle. Piękna marina. Biały kamień. Takie piękne nazwy.  I już zaludnia się osiedle homogeniczną masą hetero. Świat biznesu i oszołbeznesu. Z młodymi.

Jak tu cudownie. Jak bezpiecznie. Szlabany postawili. Kody do bramy, kody do klatki. Tu parkować nie wolno. Jesteśmy z tego bardzo dumni. A co mnie obchodzi, że pani do córki. Pani se zaparkuje w blokach tamtych, tych starych i panie se te siaty przytarga. U nas się nie parkuje, a jak już pani musi, to nagramy na kamerę, spiszemy, wydamy identyfikator. Ma pani trzy minuty trzydzieści pięć sekund, żeby się wyrobić. Czas start.

 Osiedle podzielone jest na „fazy”. Każda faza osiedla jest od innych oddzielona.  Ma innego króla. Druga faza ma na przykład sklep. Widzę go z okna. Rzut kamieniem i beretem. Ale przejścia nie ma, trzeba zapieprzać naokoło fazy pierwszej do szlabanu fazy drugiej, tam się przedstawić, wylegitymować podpisać. I już można kupić jajka.

Król naszej fazy jest mistrzem absurdu. Rozdał klucze do altanek śmietnikowych. Żeby ludzie  z bloku 23 nie mogli wyrzucać do śmietnika bloku 24.

 Nikt nie protestuje.

 Nie mają czasu. Nie ma ich od ósmej do osiemnastej. Pracują żeby spłacić kredyt na mieszkanie na nowym osiedlu. W nowym bloku. Blisko centrum. Nie tak blisko, ale dojazd dobry.

 


Jeszcze starsza

Mam płyn micelarny i krem pod oczy. Na to mam fluid na twarz, co, zgodnie z ulotką odmładza co najmniej o dziesięć lat i utrzymuje się co najmniej dziesięć godzin. Mam lakiery do paznokci sztuk cztery rzadko używane. Mam brązery i rozjaśniacze. Kredki do oczu i strugaczki do kredek. Moje kolory to chłodne beże i fiolety.
Mam parę bucików połyskujących i jedną spódnicę, w której wygląda się dobrze, choćby nie wiem co. Mam sukienkę bez pleców, dyżurną taką – na wesela i mam czarne sandałki na obcasie. Mam kurtki na bardziej offowe okazje. Mam push upy i skłizery. Mam słuchawki do telefonu i empetrójki tam zgrane do folderów: smuty, piękne i szybkie. Taki ze mnie meloman.
Mam jedną nocną koszulkę ledwo za tyłek.
Do fryzjera chodzę, a on maluje mi włosy na kolor identyczny z naturalnym. Nikt się kapnie, że siwe. Wcale nie siwe – mówi fryzjer. Piękne. mocne włosy, mówi.

Mam trzydzieści sześć, ale wyglądam najwyżej na trzydzieści pięć.

Tak naprawdę jestem jeszcze starsza. O jakiś dziesięć, dwadzieścia lat, może więcej.
Kiedy mieszam zupę, myślę, że może mam kilkaset lat. Kiedy próbuję, nalewam. Talerz podaję oburącz, bo łokieć mnie nie przestał napieprzać, odkąd młody miał kolki. Nie spodziewam się, że wszystkim posmakuje, bo każdy ma różnie. W głębi duszy, bardzo chcę żeby im smakowało.
W głębszej głębi duszy obraz jest niewyraźny.
Mam trzydzieści czterdzieści i sześćdziesiąt lat. Jestem matką chłopca, niedługo, za chwilę mężczyzny. Jestem żoną ze stażem, przed kryzysem, w kryzysie, po kryzysie. Spokojnie ściągam swoją koszulkę, bez niepotrzebnego pośpiechu, bez zadyszki.
Zaczynam używać języka ogólnych prawd. Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Musztarda po obiedzie. Czas leci. Takie życie. Nic nie ma za darmo.
Mam czterdzieści pięćdziesiąt. Moją uwagę przyciągają małe dzieci, koty i staruszki pod cmentarzem i apteką. Te z reklamówkami z Nowym Jorkiem i butem Nike. W środku znicze i lekarstwa. Albo tańsze zamienniki. Różaniec w przejściu podziemnym nie umknie mojej uwadze.
Mam pięćdziesiąt, nie mam dwudziestu. W klubach, jeśli się zdarzy, siadam przy barze i tam zostaję. Wycieczki, jeśli się zdarzy, to raczej po Polsce. Granic, co ich nie ma, nie przekraczam.  Żadnych.
Na głośny śmiech licealistek w autobusie, czerwienię się z zażenowania. Unikam dwudziestolatków jak ognia. Poczekam aż skończą trzydzieści czterdzieści pięćdziesiąt. Coś poszło tak szybko, że w ogóle nie zauważyłam. Głębiej w duszy obraz niewyraźny.

 

Zainspirowane stroną zaledwie jedenastą książki Doris Lessing „Lato przed zmierzchem”.

 


Na chwilę

Ja przepraszam, wy sobie tu coś róbcie, ale ja muszę do komputera na chwilę. Sprawdzić coś. Napisać. Nie zejdzie się długo. Więc, choćby coś, to ja siadam. Wy krzyczcie, ja nic nie słyszę. Wy drzyjcie się, ganiajcie się, rzucajcie się butem, ja piszę. Nie pali się. Że pić, że jeść? Chwilunia, zajęta jestem, moment. Mryga mi tu, że ktoś mi coś napisał. Ktoś mi tu coś odpowiada (nie rzucaj we mnie, bo cię rzucę).

Muszę napisać dwa słowa, bo wtedy wydaje mi się, że jestem trochę uratowana. Przed czym? Przed zniknięciem z radarów.

Kocham was (podnieś to z podłogi), jestem z wami i dla was (nalej sobie, tam stoi), ale po cichu napieprzam listy w butelkach. Zamach. Eter. Zamach. Enter.

Ja wiem, zawsze się pukałam w głowę, że można żywą tkankę znaleźć w internecie. Ja wiem. Mówiłam – nie ma życia na tej planecie. Ale okazało się trochę inaczej.

W życiu bym się nie spodziewała. Że to takie ważne. Żeby jednocześnie być gdzie indziej. Być kimś innym. Kocham was (zakręć już ten kran), ale trzymacie mi łeb pod wodą. Dajcie zaczerpnąć oddech. Tylko spokojnie, zaczerpnę i wracam. Zaraz wam zrobię herbaty. Zaraz. Enter. Już.


Robić dom

Dom, to wiesz kojarzy mi się z miejscem w którym bosą stopę możesz postawić w łazience. Bez obrzydzenia. Żeby się koty nie przyklejały. I paznokcie obcięte. Dom, wiesz, żeby można było się oprzeć policzkiem o wannę. W domu, jak się kładziesz do łóżka, to pachnie lenorem. Kładziesz się i pachnie.
Dom mi się kojarzy – żeby mi się nie lepiła kuchenka. I żeby można było do lodówki sięgnąć i zaspokoić. Samo się nie napełni. Ale bez tego nie ma domu.
Dom musi być wywietrzony.
Musi mieć coś starego.
Coś nowego.
Coś pożyczonego.
Coś zielonego.
Dom musi dysponować czystymi zasobami ręczników.

Kuchnia i łazienka – dwa filary bytu.  Bytu podstawowej jednostki społecznej. Dom, żeby istnieć, napędza się seriami, prań, suszeń, prasowań, napędza się obiadami i kolacjami, i zmywalniami naczyń, zakupami, trzaskaniem szafkami i wynoszeniem śmieci. Bez tego rytmu nie ma domu. Się brudzi, się sprząta. Się robi dom. Się jest takie dumne, ma dom.

A wieczorem kiedy miałeś zdążyć, nie zdążyłeś. Jak ja się wkurwiłam…

Głupia, sfrustrowana baba robiąca awanturę na czystej podłodze. Kiedyś dom kojarzył jej się z Nim, a teraz nie ma siły pogłaskać go po twarzy. Tylko stoi i się drze. Ja.

Pięknie.

I po kij mi te wszystkie czyste ręczniki?!


%d blogerów lubi to: