Monthly Archives: Maj 2012

Nowe życie cd

Korytarze korporacji. Korporacji korytarze. Po prawej stronie łazienka po lewej kuchenka. Zapełniają się pracownikami. Kawa z mlekiem. Z mlekiem kawa. Jeszcze włosy mam mokre, odżywką odżywione. Obiecuje nam ranek wszystko co chcemy mieć. Gotowi i zrelaksowani. Idą raźno jak wycieczka w klasy maturalnej. Klima działa. Działa klima i kofeina działa. I zachęca do pracy. Hej ho. Na żyznych polach wyspy La Gomera dojrzewają banany. Są tak małe, że się mieszczą w dłoni.

Siedzę prościuteńko. Wycieram dłonie w czarną spódnicę. Jestem za wcześnie. Jestem za późno. Jestem za bardzo jak zwykle. Gdzie tu są jacyś dorośli ludzie? Co te dzieciaki z nimi robią? Może ich mielą na  te ciastka, co je reklamują? Może moja kawa z mlekiem zawiera śladowe ilości pracowników przeterminowanych?

Za oknami drzewa. Po prawej stronie fontanna po lewej szlabanna. Można jeszcze wyjść. Co ja tu robię do cholery. Pani czeka na mnie na mnie. Jędrna postać uśmiecha się do mnie brzoskwiniowym uśmiechem. Zerwana jesienią na wydziale zarządzanie, w warunkach wspomaganie genetycznego przezimowała tu i zakwitła. Opowiem pani o produkcie.

Na pustej stacji benzynowej chłopak przelicza drobne. Brakuje mu tak mało na butelkę wody. Jest mu tak gorąco.

Produkt pyszni się na slajdach, na rzutnikach. Jest dość wymagający, jest dość obiecujący. Najważniejsze że jest chrupiący. Że jest ekscytujący. Co ja o tym myślę. Czy nie uważam. Czy ja to czuję? Czy jest to dla jasne? Co proponuję. To musi chwycić, czy ja to rozumiem? Dzieci lubią awokado, jeśli mogą je same zerwać i przekroić. Czy swoją pracę należy lubić? Przecież niekoniecznie.

 Na Morzu Beringa płynie prom. Dziewczyna przechyla się przez barierkę i wstrzymuje oddech.  Wieloryb jest ogromny.

Gdzie pani się widzi za pięć lat… Dlaczego chce pani u nas pracować… Co pani wniesie do zespołu…

Reklamy

Nowe życie, część pierwsza

Ja i kolega z mojego miasta siedzieliśmy w słońcu na ławce i rozmawialiśmy o tym, co słychać u jego rodziców. Historia brzmiała mniej więcej tak. Moja matka nagle zdziwaczała. Wszystkiego się czepia. Toksyk w domu wprowadza. Do ojca pretensje wnosi nie wiadomo o co. Kręci się po domu jak wariatka. Miejsca znaleźć nie może. Tak to jest, jak się nigdy w życiu nie pracowało.

Zdziwiłam się – jak to nigdy? Że nigdy nigdy? Mało, mówi on. Uznała, że to dla niej zbyt stresujące.

Majowe słońce paliło nas w czoła. Wizja mnie samej jako wiedźmy pomidorowej gderającej nie chciała się oddalić.

Bo wolny zawód to nie zawód. Siedzisz w domu. Masz myśli różne. Niby pracujesz, ale tak naprawdę wszyscy myślą, że siedzisz. A jak wszyscy, to ty też zaczynasz tak myśleć. A matka z wolnym zawodem – ta to jakby siedzi podwójnie. Krząta się, gdera. Do ludzi nie wychodzi.

Zdecydowałam. Chcę biura i biurka. Chcę narzędzi biurowych i posiłków biurowych. Chcę biurowego szefa i biurowych godzin. Jadwigo. Wracam do gry.

Jakież było moje zdumienie, kiedy jedna z przedstawionych mi wcześniej ofert, niesłusznie przeze mnie uznana za nieatrakcyjną, okazała się wciąż aktualna. Praca ta, wprawdzie na umowę o dzieło, ofiarowała mi wymarzone biurko i pensję wystarczającą na pokrycie czesnego w przedszkolu publicznym i kosztów paliwa na dojazdy. A dodatkowo miłą atmosferę pracy w młodym dynamicznym zespole. W marketingu jeszcze nie robiłam, ale moja wstępna prezentacja na temat ciastek okazała się wystarczającą fascynująca, że mnie normalnie zaprosili na „od teraz”.

No to poszłam…

C.D.N.


Niepicie

Najpierw nie pijesz, bo jesteś w ciąży. Potem nie pijesz, bo karmisz (wtedy zresztą nie-picie nie jest twoim największym problemem).  Potem nie pijesz, bo każda, nawet śladowa ilość alkoholu, doprowadza cię do tańca na stole, podczas gdy reszta towarzystwa jeszcze nie dostała rumieńców. Potem nie pijesz, bo jak wchłoniesz kilka kieliszków, to kac w towarzystwie dziecka jest nie do zniesienia.

Ale

Im więcej nie pijesz, tym gorzej znosisz.  Na zdrowie.  Na drugą nóżkę.  Karniaczka i rozchodniaczka.  Język  taki bogaty, taki opisowy. Twarze takie szczęśliwe. I takie nieszczęśliwe twarze. Oczy, które widzą, co chcą.  Coś tam widzą, czegoś nie. Ta pewność siebie. Testosteron we krwi. Promil i czosnek w wydychanym powietrzu hej.

I jeszcze jeden i jeszcze raz. W imię mitów i filmów na których. Prawdziwy mężczyzna pije. Picie prawdziwego mężczyznę upoważnia. Zarówno w kwestii wypuszczenia bestii.  Oraz w kwestii rzewnych wyznań gówno wartych. A także w kwestii zachowywania się jak idiota. Ja mam serce jak piekarnik. Ale ty mnie nie dotykaj. Kontaktu ze mną cielesnego nie szukaj. Nie brataj się ze mnę, bo ja się nie bratam.

W imię tradycji polskiej, ruskiej i bałkańskiej. Dusza słowiańska. Nikt nie wie, co to znaczy. Nikt. Ale kto nie pije, ten kabluje.  Póki my żyjemy.

A trafi się jakaś rodzinna impreza, to dopiero emocje się ujawniają. Wyszedł ochłonąć, na powietrze wyszedł. Za nim ona cicho. Spokojnie tłumaczy. Bo on już jest taki odważny, taki chojrak do niej, że lepiej na spokojnie. Na grzecznie. Mieciu, Waldziu, ty zbastuj trochę.  Wystarczy ci już. Masz tu, usiądź, ochłoń. A on taki bardziej wiking jest teraz. On ma sprawy. Kurrr… ja pierrr…. chuj. Sprawy mam, siadał nie będę.

Wychodzi nie w porę ośmioletnie dziewczę o sarnich oczach. Na mamusię sarnimi patrzy. Na tatusia. Ale tatuś się trzyma. Jest w porzo. Curuś ty moja kochana. W porzo jest. Dzieci z alkoholem nie mieszać. Nie mieszać ich w to. Sami się pobawmy.

Gotuje się we mnie krew jak na wyprawie krzyżowej.  To nie moja sprawa. Nie moja. Ja nie kabluję. Ja potrafię. A jak ja wcześniej potrafiłam. Ale już nie mogę. Nie mogę.

 


Obiadek

– Polędwiczki cielęce – anonsuje Danuta, jakby mówiła o kawiorze. Jej córka patrzy na nią z podziwem. Jest w tym podziwie jakaś szczelina wypełniona niechęcią. Po brzegi brzegów.

Kiedy kroi mięso, gorący sos pryska na bluzkę i zostawia niewielką plamę. Nie lubi tej bluzki, ale i tak czuje żal.

– I świeży kompot z jabłek. – Danuta nalewa córce kompotu po sam brzeg szklanki. Trudno taką pełną szklankę przenieść do ust. Stara się. Mała rączka szarpie ją za rękaw i część kompotu wylewa się na jej spódnicę. Nie na obrus na szczęście.

Pokroj mi mamo – żąda chłopiec. On zawsze żąda, nawet jeśli wymawia słowo „proszę”.

– Pokrój mu – powtarza Danuta, tłumaczy jej słowa jej własnego dziecka – I wytrzyj się.

Wyciera więc serwetką plamy na spódnicy. Bierze do rąk nóż i widelec. Kroi soczysty kawałek. Ostrza widelca mijają miękkie wargi chłopca i lądują w otwartej szeroko buzi, pełnej niewielkich białych zębów.

– Jaki on duży – babcia wpatruje się we wnuka z bezgraniczną, zachłanną miłością. – Musicie tylko o niego dbać.

Chłopiec często choruje. Zapewne dlatego, że ona nie dba. Albo nie umie dbać. W każdym razie to jest jej wina i wszyscy o tym wiedzą.

– Duży chłop. To teraz chyba pora na dziewczynkę? – słowa ojca wybrzmiewają powoli w ciszy.

– Chciałbyś siostrzyczkę? – pyta babcia.

Chłopiec potakuje zajęty nabijaniem uciekającego ziemniaka. Wyobraża sobie tę nabrzmiałość brzucha i piersi. Wyobraża sobie niemowlę, do którego wstaje co godzinę w nocy. Które tuli samotnie w mieszkaniu na trzecim piętrze, zerkając co chwila na zegar, czekając na męża, koniec świata lub przynajmniej teleekspres.

Oni przy stole rozmawiają teraz na temat imion dla dziewczynek. Które komu się podoba.

Wydaje jej się, że wszyscy mówią na raz. Na stole leżą różne kolory: czerwony, zielony, biały… Sięga po czerwony.

– Uważaj – słyszy – Jest ostra.

Wkłada sobie całą papryczkę do ust. Gryzie. Po chwili łzy tryskają jej z oczu. Na kotleta, na ziemniaki, na obrus. Wstaje, przewraca krzesło. Upada.

Zamknięta w łazience ogrzewa czołem zimną umywalką.

Słyszy poruszenie za drzwiami.

Zaraz jej przejdzie, mówi mąż. Nie ma się czym przejmować. Matka pyta, czy może zabrać chłopca na spacer.

Czy oni zabierają go jej na zawsze?!

Zaraz jej przejdzie, powtarza mąż. Nic jej nie jest, idźcie.


Dwie

Jest nas dwie. Jedna bardziej uczesana. Druga w ogóle się nie czesze. Pierwsza jest ambitna, chciałaby docelowo mieć wyprasowaną posadę z emeryturą. Plus delegacje zagraniczne. Druga ma w dupie. I jest leniwa. Jedna docenia chwilę bieżącą i wodę bieżącą. Druga zawsze chce więcej. Więcej niż można dostać na oczy. Ta jest najedzona, mimo to gotuje i podaje. Tamta głodna cały czas, ale palcem nie kiwnie – zje tylko, jak jej się poda.  Co pierwsza oszczędzi, to druga wyda. Raz dwa wyda i jeszcze jej mało.  Jedna się przytuli, zamruczy. Druga prześpi kłótnię na kanapie. Pocałuj mnie w nos. Jedna bez nałogów. Druga pije i pali. Nie oszukuje – aż się nawali. Co jedna napłacze, to druga wyśmieje.  Co jedna wypracuje, druga na to napluje.

Jedna coś wie. Druga coś czuje.

Ni to chore, ni zdrowe. Ni to cień ni to id. Zasypia jedna. A budzi się druga. A zawsze budzi się tamta. A dzień ja wygania, a nocą znów powraca. Jedna i druga mają radykalnie różnie podejście do życia teraz. I przedtem i potem. Oszaleć można.

Zwariować. Nie wiem, czy nie lepiej, gdyby tylko jedna była. Ale która? Która lepsza?


Natura

Zapłodnione samice bizonów wycofały się w głąb puszczy.  Można je zobaczyć tylko tu, za siatką. Rodziny rodzinami wloką się po piachu wzdłuż ogrodzenia. Spoceni ojcowie dźwigają rozgrzane do czerwoności dzieci. Matki polewają je wodą i frytkami. Nie karmić zwierząt dziećmi. Zwierzęta mają tu warunki naturalne. O tam. W cieniu. Tarpan wdrapuje się na samicę tarpanicę. Rodziny patrzą oczami. Dzieci przekrzywiają główki z umiarkowanym zaciekawianiem. A co to? Mamo? Taka… sztuczka, szepcze mama. Płodność zwierząt świadczy o ich szczęściu, mówi tata. Udało się zapewnić warunek na gatunek. Rodziny dwa plus dwa. Plus jeden rodziny. Wloką się. Tam dalej jest nawet ośrodek specjalny rozrodczy. Tam się rozrodczością zajmują. Zachęcić trzeba samca do samicy. Samicę zachęcić do zachęcania. Do tanga trzeba dwojga. Rodziny się wloką. Kiedyś zakochane pary. Szły za ręce, szły, klepiąc się po pośladkach. Teraz w fazie zajmowania się młodymi, już nie muszą się trzymać, bo i tak nigdzie nie uciekną. Idą pięć metrów od siebie, każde ma młode w przydziale. Każde połyka pot. Żubroń to gatunek skrzyżowany. Żubr z krową tworzy żubronia. Żubroń charakteryzuje się tym, że jest bezpłodny. Żubroń jest jednopokoleniowym wybrykiem z matki i ojca, którzy do siebie nie pasują. Upał. Wszyscy się już rozebrali, ale atmosfera jakoś nie erotyczna. Mokre ramiona,  łydki niewydepilowane.  Nikt na nikogo się nie wdrapie, nawet w cieniu. Samice i tablice. Informacyjne. Pić. Mózg mi się ugotował. Gotowy do serwowania. Widzę same stada. Stado stad. W oczach żubronia bezpłodnego napotykam fascynującą obojętność. Bo my z żubroniem chcemy Miłości! Innej niż prokreacyjna, innej niż antykoncepcyjna. Innej niż dla zachowaniu pozorów miłości. Wody.


Turystka

Jak dzieci były małe. Kobieta zawsze pamięta. Baba czy nie taka baba. Stara czy nie taka stara. Włosy siwe albo nie takie siwe, pokryte kasztanową farbą.  Pamiętają organy organoleptycznie. Jak poczują dziecko, to od razu. Sutki w stanikach kurczą się ze strachu. Chrapy wietrzą zapachy. Uszy wietrzą dźwięki. Ramiona się otwierają. Jak dzieci były małe. Człowiek wiele  nie myślał. O tym, o czym teraz myśli. Nie rozpamiętywał. Czasu nie było. Jak dzieci były małe, inaczej się było. Inaczej się jadło. Przy dzieciach, po dzieciach. Owsiankę.

Jak dzieci były małe, inaczej się żyło. Choć nie łatwo, ale tak jakoś. Męża trzeba było pilnować. Alkoholika w mordę jego. Po cichu marzyło o błyszczących bucikach, w których wracałoby się nad ranem do domu. Marzyło się.

Teraz pantofelki oczywiście można by już sobie sprawić.  Teraz. Mieszam w garze zupę. Bez przymusu  już mieszam zupę, jaką chcę. Sama sobie gotuję. Mieszam swoją zupę. Dzieci duże. Chłopcy studenci, panowie, firmy prowadzą. A córki ciężarne.  Jaki fajny ten maluch. Chodź tu. Dam ci coś. Mam serce używane. Jeszcze do czegoś by się nadało. Na talerzu, z masłem z cukrem, masz weź, nie mam co z nim począć. Tak mi przypominasz.  Jak dzieci moje były małe. Jak były moje.

Teraz gdybym miała. Gdybym teraz miała małe, to bym tylko chciała widzieć,  jak się śmieją. Mniej bym im kazała. Mniej bym chciała od nich. Chciałabym tylko usłyszeć, poczuć, jak się śmieją. No, zupa gotowa. Zjem i idę. Idę znikam. Wrócę albo nie wrócę. Znajdę czy nie znajdę. Pani zostaje? No tak pani zostaje. Pani się zaopiekuje. Pożywi się owsianką, otworzy ramiona. Do widzenia.


%d blogerów lubi to: