Monthly Archives: Lipiec 2012

Tapczan

Nie mogę spać. Może jest za gorąco. A może to przez ten tapczan. Faktycznie, tak jak mama mówiła. Że niewygodny.

Wszystkie meble ze starego mieszkania są teraz tu. Na wsi. Z tamtego mieszkania. W którym byłam dzieckiem. Szafka mojego brata. Pamiętam. Pełna małych, nabożnie ustawianych resoraków. Z naklejką z żółwiem Ninja. Tęsknię za moim małym bratem. Za tym, jak za mną łaził i mnie wkurzał. Między meblościankami i boazeriami. Po narożniku. Na którym rodzice oglądali telewizję, przyjmowali gości, jedli kolacje wigilijne i robili dzieci. W trzecim pokoju wisiał Jezus w ogrodzie oliwnym. No i stał ten tapczan. Z tamtego pokoju.

Nie wyspałam się, mówi mama. Smaruje dżemem kanapkę do połowy. W połowie przestaje. Ten tapczan jest za miękki. Odkłada kromkę. Nie będzie jadła. Zawsze był za miękki. Może dlatego babcia nie mogła spać?

Nie mogła. Ani spać. Ani wstać. Ani poprawić sobie poduszki. Ani zmienić pozycji. Była chudziutka. Porośnięta białym meszkiem. Miała przezroczystą skórę i na niej aksamit włosów. Strużka śliny, której nie mogła wytrzeć. Wołała mnie.

Nie zawsze szłam. Czasem zatykałam uszy i robiłam coś innego. Bo miałam dużo dziecięcych, pilnych spraw. Ona zaczeka. Odkąd pamiętam, był pokój i babcia, która w nim czekała. Zawsze tam była. Na tapczanie za miękkim. Pod obrazem z oliwnym Jezusem. Przed męką. Się szło do babci. Coś mówiła cicho. Że pić. Że poduszka. Pytała o mamę. Albo o kogoś innego. Kogo nie znałam. W kuchni były leki, zastrzyki. Były łyżki, którymi zupy na papki. Była lignina. Był rivanol. Normalka. Urodziłam się w mieszkaniu, gdzie był pokoik, a na nim tapczanik, a na nim babcia.

Nieprawda. Podobno kiedy się urodziłam, babcia chodziła normalnie. Raz nawet wyszła  na balkon. Przeżegnała się. I skoczyła.

Na progu domu stoi kobieta z pogrzebaczem. Synowa. Najstarszego syna żona. Po moim trupie, krzyczy synowa. Bierzcie te szmaty, te graty. Na oczy mi się nie pokazujcie. Jak w bajce o złej synowej. Więc bierze matka walizkę ze szmatami, maszynę do szycia. Bierze za rękę młodszą córkę. Starszą popycha lekko. Boleśnie wbija dziewczynce kant walizki w pośladek. Idą z domu. Z własnego. Na początek na kilka nocy do ciotki.

Dom mamy jest duży z ogrodem zniszczony. Dziewczynki są grzeczne, noszą węgiel i wodę. Chłopaka trzeba do roboty gonić. Ciągle go nie ma w domu. Nie ma go o świcie, jak wychodzi do pracy w sklepie z pasmanterią. Nie ma go, kiedy wraca z pracy. Tylko wyjedzone z garnków na piecu. Raz znalazła najmłodszą pod stołem, wylała na siebie gorące mleko. Sweterek razem ze skórą jej ściągała. Męskiej ręki brakuje, ale skąd ona ma męską rękę wziąć, jak ledwo jej sił starcza na te dwie, co ma.

Umarł na raka płuc. Nie leczyło się wtedy na raka. W zakładzie produkcyjnym specjalistą był. Z dziewczynkami chodził nad rzekę. Pokazywał im raki. Dzieci miały na niego dobry wpływ. Wszystko szło na lepsze.

Bo od niewoli niemieckiej wrócił zmieniony. Inny niż go pamiętała. Podobno oni im tam jakie hormony na seks dawali. Ktoś nawet mówił, że jakieś eksperymenty robili. Ale on nie mówił nic. Czasem się zdarzało, że wracając z pracy, się zataczał. Mówili, że pijany. Ale on nie pił. Wtedy nie było jeszcze dziewczynek. Było dwóch chłopców.

Starszy miał dwanaście, a młodszy dziewięć. Młodszy chorował krótko. Zapalenie płuc. I jakaś wada serca. Wad serca się wtedy nie leczyło. Miał na imię Tomek. Jeszcze przed dziesiątą poprosił pić. Serce nie wytrzymało. Matki serce wytrzymało. Jakoś dało radę.

Żył lat dziewięć 1937-1946. Może wtedy starszemu bratu się, jakie zło zakradło w duszę.

W trzydziestym piątym, po długim domowym porodzie, urodził się jej pierwszy syn. Domów było sześć albo siedem przy dwóch ulicach. Połączone były ogrodami. Wszystko rodzina. Rodzina jest najważniejsza. Jest gwarancją. Że wszystko będzie dobrze.

 

Zdjęcie

Reklamy

Z żyrafą

Dziadkowi otworzyli ramiona nasmarowane offem. Wstawili garnek na piec. Ścięli drzewo na opał. Wzięli dziecko z lata w mieście. Do lata na wsi.

Wytrzepali kołdry. Przegonili łasice.

Piątek. Pędzę. W myślach. Bo w korku nie. Dziesięć minut. Piętnaście. Pięćdziesiąt. Sto kilometrów. Pięćdziesiąt. Dwadzieścia pięć. Ograniczenie do siedemdziesięciu. Do czterdziestu. Jezu. Pędzę.

W końcu. Ło matko, ile tu się jedzie. I dziury. I komary i gzy. Opędzam się. Dziecko na mnie wisi. Garnki bulgocą. Psy szczekają. Podarli mi bluzkę. Ubrudzili buty. Poczekaj przebiorę się w jakiś łach. Łach pachnie stęchłą szafą. Psikam go dezodorantem.

W nocy nie śpię. Myślę wszystkie dźwięki. Pies podszedł pod drzwi. Są myszy.

Dom śpi.

I chrapie.

Swędzą mnie ukąszenia po komarach.

W dzień budujemy pułapkę na dzikie zwierzęta, choć patyki się nie chcą wbijać w suchą mać. Pokazuję, jak się robiło w peerel widoczki. Szukam szkła i kwiatków. Jak nie kręcę się w kółko w patykach i kwiatkach, to zasypiam. Co chwila, co siądę na ławce, huśtawce, hamaku. Co przysiądę, to śpię. Na mnie kładzie się moje dziecko. Mama nie spij. Muszę dziesięć minut. To śpij. Śpię. Ję. Wbijam kołki. Kopię piłkę. Siadam. Śpię. Co robisz mama? Adaptuję się chyba. To się adapatuj.

W sobotnią noc. Kiedy w wielkich miastach Rihanna zagrzewa do tańca i seksu, ja mam brud pod paznokciami, pachnę starą szafą. Mam słomkowy kapelusz. Mam dwie drzazgi. Rozdrapane do krwi łydki. Jagodowy język.

Mam pułapkę na dzikie zwierzęta. Policzone szyszki i gwiazdy. Spalony trochę trampek. Kto go wrzucił w popiół nie wiadomo. Jedną wizytę w sklepie. Piłkę na drzewie utkniętą. I butelkę piwa, co się chłodzi w studni. Internetu nie mam nawet kilobajta w telefonie. Nie można się połączyć z niczym. Możesz sobie włączyć tranzystorową jedynkę, co nadaje mszę świętą. Mamo, musisz zobaczyć te mrówki. Muszę zobaczyć.

O północy, jak w wielkich miastach na stół wjeżdżają koleżanki przebrane za drinki, ja już dawno śpię. I chrapię.

W niedzielę stawiam garnek na piec. Jestem zaadoptowana. Pająka z rękawa spokojnie wyprowadzam, gdzie jego miejsce. Dziecko zasnęło na ławce. Ma zachód słońca na nosie. Mogłabym mu zrobić zdjęcie, gdybym czuła taką potrzebę. Ale tylko się gapię.

W poniedziałek bladym świtem zmywam z siebie zapach szafy i psikam się fa w kulce. Wyciągam tusz do rzęs. Kluczyki do samochodu. Śpiącego malucha całuję. I jeszcze raz w ciepłą rękę. Kluczyki do samochodu gdzieś podziałam. Są. Klima i muza. I jakaś kawa po drodze. Mama, nie jedź. Stoi cielątko w piżamie na rosie. Piżama jest z żyrafą. Prowadzą do łóżka. Wygładzam usta z podkówki. Smyram, poję, okładam zabawkami. Kluczyki do samochodu. Nie rozmażę sobie tuszu do rzęs. Bo jadę prosto do pracy. Co ją mam. To do niej jadę. Nie rozmażę se teraz tego oka, bo mi się skapnie na kołnierzyk biały. Pojadę, coś porobię, zarobię. Nie ma powodu. Żeby mi ściskało płuco i serce. Uśmiecham się jeszcze przez szybę, choć makijaż już chuj strzelił. I kapie mi na bluzkę białą. Dwadzieścia pięć, Pięćdziesiąt, sto kilometrów.

Pięć dni.


Weź przestań

Jak śpiewa Tori Amos. Usłyszałam twój krzyk z drugiej strony góry. O tym myślę, kiedy czytam komentarze na blogu. Że nie jestem sama w tych górach.

Ale czasem się nie zgadzam.

Bariery są w twojej głowie. Padasz na ryj w twojej głowie. Nie gadasz z mężem, co miał być ostoją w twojej głowie. Robisz nudną pracę w twojej głowie. Doceń, rozejrzyj się, zrób jogę i taj czi. Nie zmywaj, zostaw to, brudne naczynia są tylko twojej głowie. Otrząśnij się, idź do psychoterapeuty, bo nie ma co życia tracić na zamartwianie się o głupoty. O samotność i śmierć. Jesteś bażantem na tym świecie. W twojej głowie. Módl się, kochaj i jedz. Nie myśl. Nie analizuj. Nie narzekaj. Słowo zamienia się w czyn. Słowo zamienia się w ciało. Na samym końcu samotny jest ten, kto na to zasługuje. Czy zasługujesz, odpowiedz sobie. No? Przecież, że nie! Zobacz jesteś taka wysoka, a nie taka stara. Ubierz się, odsłoń nogi. Dekolt pokaż. Pokaż, że jesteś tego warta. Potrząśnij grzywką. Powtórz: jestem tego warta. Świat jest otwarty. Chcesz podróżować – kup bilet. Weź i kup. Weź się, no. Jest lato, nie? Oczyść głowę i kup ten pieprzony bilet. Wyjrzyj z tego grajdoła. No, żesz rusz się. Gdzieś, nie wiem gdzie. Do ładnego hotelu. Do stolicy jakiejś europejskiej. Albo do Azji. Azja cię uzdrowi, jak uzdrowiła już miliony. Wrzucisz sobie plaży zdjęcie na profil. Od razu będzie lepiej.

Kobiety są silne. Elastyczne. Ugną się a wstaną. Co się stało, to się nie odstanie. A nic się takiego nie stało. Ot, przemijasz sobie. Inaczej niż byś chciała? To nie chcij. Pomaluj te oczy. Gdzie tak bez pomalunku? Czy byłaś już w najnowszej knajpie na warszawskim Powiślu?

Nie jest tak źle. Popatrz dookoła. Inni mają jeszcze gorzej. A udają, że nie. Śmieją się. Opowiadają sobie o ostatnich wydarzeniach w telewizji. W życiu dziecka o nowej umiejętności plucia. Nikt ich nie kocha, a gadają o trąbach powietrznych, robią kotlety i naleśniki z serem. Z uśmiechem, ty rozpieszczona gówniaro.

Ale ja odmawiam. Subiektywnie oceniam sytuację. Na taką sobie. Delikatnie mówiąc. Bariery w mojej głowie na dziś nie do ruszenia. „Na dziś”, piszę, bo mam nastrój wyjątkowo optymistyczny.

W górach jakby na razie cisza?


Czwarty główny

U niej wszystko jak najlepiej. Tak się cieszy, że jest znowu mamą małego cudnego chłopczyka. Wykrzyknik. Bardzo poleca. Trzy kropki. Starszy syn jest najlepszym bratem, czy ja to sobie wyobrażam. Znak zapytania. Ale to nie wszystko. To nie koniec. Wykrzyknik, wykrzyknik. Przenoszą się do Kalifornii na kilka miesięcy. Czy to nie cudowne. Nie ekscytujące. Dwa znaki zapytania. I wykrzyknik. On dostał tam pracę. Wynajmą mieszkanie na jednej z tych ulic. Trzy wykrzykniki. Tak się cieszy. Cokolwiek życie przyniesie, ona ma ramiona otwarte. Wykrzyknik. Czytam jeszcze raz to zdanie. Cokolwiek życie przyniesie, ma ramiona otwarte. Takie zdanie napisała. Na końcu się jeszcze pochwali. Właśnie się pobrali. Mówiła, że nie, ale że jednak tak. Jednak tak. Wykrzyknik. I uśmiech i trzy kropki.

Co u mnie. Trzy znaki zapytania.

Tak się cieszę…
Kasuję. Nie no, dlaczego kasuję? To głupie. Piszę od nowa. Cieszę się. Że napisałaś. U mnie okej. Mam nową pracę. A praca ma mnie. Poza tym wszystko dobrze. Zdrowie w normie. O pracy już pisałam. Dziecko? No, śpi. Mąż też śpi. Musimy rano wstać. Przyszło lato i pojedziemy nad morze. Jak zwykle będzie ok. Będziemy zadowoleni. Cokolwiek życie przyniesie. Będzie tak samo. Kochana, czasem wydaje mi się, że się rozsypię na podłodze. Nie wiem, czemu tak jest. Próbuję się dowiedzieć. Próbuję się zmienić. Nie mogę. Kasuję.
Piszę.
Coś się stało. Trzasnęły drzwi. Cokolwiek życie przyniesie, mam ramiona zaplecione na sztywno i zęby zaciśnięte. Patrzę dookoła. W moim świecie młode kobiety są w pracy, a stare kobiety są zmęczone.

Myję zęby. Gaszę światło. Dobranoc. Naciągam kołdrę na starą głowę. Wszystko jest, jakie jest. Przyślij mi kartkę z Kaliforni. Ze znaczkiem i normalnie pocztą. To zwykła histeria jest. Do rana. Się zagoi.

Pe es. Ale jak to się pobraliście? Że cię poprosił o rękę na porodówce czy jak. Napisz wszystko jak było. Całuję. Pa.


Pokolenie Y

Moja kariera zawodowa wykazuje jednak pewną stałą tendencję.  To znaczy – chociaż zajmuję różne stanowiska, to:
zarabiam coraz mniej
pracy mam coraz więcej
pracuję z coraz młodszymi ludźmi.
Osoby bardziej w moim wieku są już w pokoikach dla ważniaków. Ja w sali hali open space pełnym ludzi więcej o dekadę młodszych. Tak z daleka to nawet nie widać różnicy.
A z bliska to czasem zaskoczy mnie, że oni mają takie gładkie twarze, takie jędrne skóry. Jakby wszyscy wrócili właśnie z kolonii nad morzem.
A tak bardziej z bliska to jestem na obcej planecie.

Potrzebny natychmiast. Internetowy kurs języka dla średniozaawansowanych wiekiem. Internetowy słownik slangu tego gangu. Multimedialny słownik młodości. Szybkości. Nowe ciuchy jakieś. Nowe kreacje i aplikacje. Kiedy wpadam do pracy na chwilę z młodym i z rysunkami z przedszkola, które pani kazała mi zabrać na koniec roku w liczbie chyba dwustu, to widzę siebie. W ich oczach stoi ciotka klotka. Mama ciama. Ja. Królowa imprez. Ja. Buszujący w zbożu. Ja. Gałązka Edwarda eS. Stoję z rysunkami. Mamo, wypadł ci pan robot na ziemię…

Wracamy do domu, a oni zostają.


Zaopiekuj się mną

Kto się boi pani es. Kto nie. Kto mi poda szklankę na starość. Kto mi poda leki. Od złego mnie uratuje, od zawału. Kto mnie uratuje przed alkoholizmem, przed izmem, szlajaniem się. Przed niewłaściwym towarzystwem, kto mnie uratuje. Kto mi w święta kupi bestseller i krem pod oczy. Kto ze mną pójdzie na wesele, jako że z osobą towarzyszącą. Kto mnie przywiezie zawiezie do szpitala, ze szpitala. Na cmentarz. Kto zajmie się zmianą opon z letnich na zimowe, z zimowych na letnie. I potem na zimowe. No kto. Zdrowie mija. Uroda panie. A kto mi potem poda rękę na schodach. Na pasach.

Kto mi powie, co gorsze. Być z tobą czy nie być. Co gorsze. Co lepsze. Na dwoje babka wróży. A jeśli, to kto mi pomoże, jak nie daj boże. Co więcej kosztuje. Co mniej. Ktoś mi podmienił związek na wagę. Na szale bez szału. Bez pytania. Czasem już nie mogę oddychać. Czy to strach. Jak mam, co mam. To przed czym?

Kto tego nie ma, kto ma? Kto się boi? Ja się boję. Kto mi poda herbatę. Idź, połóż się zaśnij. Idż nie myśl. Musisz mieć kogoś, kto ci poda.

 

 


Czasem wystarczy

Jadę do pracy wzdłuż muru cmentarza. Jadę rowerem. I myślę. Trochę myślę. Nie za bardzo.  Że, jak się z kimś jest, to nie za dobrze. Jak się jest samemu – niedobrze. Jak się nie ma dzieci, niedobrze. Jak się ma, jakoś niedobrze. Jak jest praca, to za dużo. Jak nie ma, to za mało. Jadę z górki. Wiatr mi suszy koszulkę. Ze spinek uspinkowane włosy mi wytargał. Gorąco.

Jak upał, niedobrze. Jak leje, jeszcze gorzej. Na czerwonym świetle nie dotykam nogami chodnika. Przytrzymuję się słupa rozgrzanego. Upał spada mi na łeb. Pocę się na słono i przeciwzmarszczkowo. Jadę dalej i mijam bramę cmentarza. Krzyż za krzyżem, za krzyżem, za krzyżem. Nie jest dobrze, jak kasy brakuje, jak zdrowie szwankuje. Jak brakuje piwa albo papierosów, a potem, jak brakuje czasu. A czasem, jak nie ma. Nic. Albo tak się wydaje, że nie ma. Że teściowa niedobrze, że matka, że ja.  Że syn, kurde, niedobrze.

Że udawać trzeba coś, niedobrze. Że po co mi to, na co mi to. Jak nie to, to co? Tam krzyż za krzyżem. I ptaszki wesoło ćwierkają, gołębie się wypróżniają, spokój tam mają. Za krzyżem krzyż. Jadę koło bramy. Koło żebraka. Koło sprzedawczyni wieńców. Biznes jej kręci się przez cały rok. Ja jadę dalej. Na razie.

Tyle bym chciała, co nie mam. Tyle. Tyle bym wzięła od ciebie. Wcale. Nie myślę żeby to było za dużo. I zawsze jak zawsze wychodzi niedobrze. Bez niedobrze ze snu nie wychodzę. Taka uroda. Taka natura. Wada genetyczna lub wrodzona. Fatum. Karma. Brak witamin. Zakręcam za murem cmentarnym. Prawie ramieniem się ocieram. O mur, za którym wiadomo co. A może tu też? Pod kołami? Jadę dalej. Jadę w upale, upał mnie goni. Naciskam pedały. Że szybciej. Nie myślę już wcale. Ja żyję. Że żyję na chwilę mi wystarczy.


Lato w mieście

Osiedlowy piknik mi zrobili pod blokiem. Szklanki się trzęsą od hałasu. To może i zejdziemy na trawę pod namioty. Jest lato w mieście. Jest piknik. Co ci przypomina, co ci przypomina widok znajomy ten? Pompowane zjeżdżalnie stękają od nadmiaru towaru. Na boisku mecz. Dziesięciu kibiców naszej dzielnicy daje radę. Mają nawet zespół cheerleaderek. Takie harcerki, tylko w mundurkach bez brzucha. Cheerleaderki wprowadzają w piknik pożądany kontekst Pożądania. Nie mają rozstępów na brzuchu. Mają tylko skórę i tusz do rzęs. Na spoconym nosie mam różowe okulary, przez które widzę wakacje.

Gryl jest na prąd. Syczą w upale kiełbasiane soki. Ajs ti, słomka, plastikowy widelec, papierowy talerzyk. Miejsce na ławeczce. Trochę musztardy na bluzce, na palcach. Lepko. Gorąco. Piwa. Piwa bym się napiła.

Nagle buch. Nagle puch. Bum cyk cyk. Ze sceny rozłożonej do agregatów podłączonej. Witamy państwa na corocznym. Zagra nam zespół, a co myśleliście. Nagłośnienie nie w kij dmuchał. Napiłabym się piwa zimnego. Przebrałabym się za cheerleaderkę bez brzucha. Pozwoliłabym się pocałować kapitanowi drużyny. A może wokaliście. Palilibyśmy co nie co pod sceną.

Pójdę jeszcze po musztardę, bo jakaś dobra. Z wielkich plastikowych butelek z Makro, ale jakoś mi smakuje. Być może moje porażki wegetariańskie mają źródło w pierwszej miłości, smakującej kiełbasą z ogniska i piwem… Co to było za piwo? EBe?

Grają chłopcy rocka grają. Dają czadu. Krzyczą: you got to do what they told ya! Powstań przeciwko systemowi. Jak ja darłam się, wtedy, na osiemnastce. Ktoś z klasy przyprowadził ciebie. Czy lubię rage against the machine, spytałeś.

Zjadam resztki z tacki dziecka. Popijam resztką ajs ti dziecka. Czy tu wolne, pytają. Proszę pani, pytają. Sportowcy z boiska. Ramiona z wężami, krzyże z mieczami, symbole celtyckie. Na przedramieniu mojego syna dinozaur.

Namioty miały śledzie do wbijania w ziemię. Rankiem było w nich tak duszno. Tak dawno. Spalę sobie ramiona jak zawsze. Będę je chłodzić grubą warstwą kremu nivea.

Po przerwie zapraszamy. Zespół gra co zna. Teraz już wiem. Wiem, co to miłość. Teraz już wiem, co znaczy z tobą noc. Teraz teraz teraz. Trzeba się zbierać, posprzątać, no, to nie może tak zostać. Tacka, widelczyk, plastikowa butelka. Segregacja zapewni im drugie życie. Śmieciom w sensie.


%d blogerów lubi to: