Monthly Archives: Sierpień 2012

Chodźmy razem

Pokój nie zawsze wygląda jak na stronie wuwuwu. Właściwie to jest przerobiony garaż, słusznie zauważyłeś. Z widokiem na miejsko-wiejską drogę, a poza sezonem pewnie bardziej wiejsko-miejską.

No, ale skoro się tu już zgromadziliśmy, to się rozpakujmy, to się cieszmy z tych urlopów, z tych chwil wspólnie spędzonych. Idźmy na plażę, nie tysiąc, ale dwa tysiące metrów, niech szlag trafi to ich wuwuwu. Zabierzmy pontony, zabierzmy picie, jedzenie, koce i parasole w pasy. Idźmy wszyscy, chodzenie we dwójkę jeszcze nam zaszkodzi. Popędzajmy dzieci, zachwycone biedronkami i żukami. Zatrzymujmy się na wysypanie kamieni z butów, na zagubione klapki, na picie i kanapki, na siku i kupę. Weźmy się w garść, idźmy i żyjmy na ciepłym jeszcze piasku, nad wodą. Może odżyjemy.

Jest nas pięć dziewczyn, w tym droga E., trzech chłopaków, a dzieci nie da się policzyć, bo biegają. Zróbmy podkowę, zróbmy obóz cygański. Weźmy się razem.

Tam, gdzie woda się wpycha na piasek, jest dół i jest górka. Wszystko, czego potrzebują dzieci. I można im wszystko na maxa. Jest super. Ja tylko kamień noszę. Przyniosłam go i tu. Cały czas, kurcze, go noszę. Jak siadam, jest trochę lżej. Jak biegnę, to mi się telepie w środku.

Gdzieś idziesz. Ja cię nie zatrzymuję. Jest nas tutaj tyle. Można pogadać. Można zajrzeć do zapiaszczonej książki. W tym roku pod honorowym patronatem W głębi kontinuum Jean Liedloff. To się czyta. Się za głowę łapie, jak to czyta. Nie do końca uzasadnione badania dowodzą. Według niej coś dowodzą, a pisze o tym czymś z pasją zielonoświątkowca. Phi i phe, wręcz parskam na takie rzeczy ramionami. A tak naprawdę uwodzi mnie ta książka, bo chcę być noszona na rękach przez Indiankę z plemienia Yequana. Wszędzie. Chcę być zawsze z nią, chcę uczestniczyć w jej życiu pełnym głosów.  Chcę nie mieć kamienia zimnego, tylko chcę żeby normalnie się wszystko działo, naturalnie i bez bólu, w gwarze, bez ciszy, bez strasznej ciszy. Gdzieś poszedłeś. Nieważne.

Moje dziecko takie szybkie, takie Jezusmaria, piękne. Zaśmiewa się. Inne dzieci uruchamiają w nim szósty bieg. Turla się jak zwierz albo coś jeszcze szczęśliwszego w objęciach z córką E, z synem K. Jedynak samotniak.

E. podchodzi do mnie ze swoją czupryną i oczami zmrużonymi od empatii. Trąca mnie ciepłym zapiaszczonym łokciem.

– Gdybyś miała ich teraz dwoje, to byś chyba zniknęła.

E. podaje maluchom czerwone wiaderko. Milczymy. Może E. mnie weźmie na ręce? Może ja ją? Chce nam się płakać. Dzieci polewają nas zimną wodą z wiaderka, więc nie płaczemy.

Każdego dnia rano, zanim się obudzą, idę na plażę. Nie ma fal w ogóle. Jestem sama. Tak już zostanie. Już nikt nie weźmie mnie na ręce i trudno, przecież nie jest źle. Trochę tylko, jak się tak siedzi, to się człowiek rozczula w obliczu pięknych okoliczności. Nie zbieram muszelek ani bursztynów, bo po co. Mam już kamień.  Dźwignijmy się. Trzeba iść. Ja zrobię dziś dzieciakom racuchy na śniadanie, a E. ugotuje im gar zupy. Normalny, partnerski podział obowiązków. Indianki warszawianki. Tyle dobrego. Biegnę. Po drodze kupię litr mleka. Kamień mi się telepie.


Nikogo

Zniknęły z mapy sklepy spożywcze. Zniknęły daty przydatności do spożycia. Zniknęła pani z wędlin, pani z ryb, pani z kasy nie ma. Nie istnieje. Zniknęły batoniki sprzed kasy, przy których zawsze o jezu. Zniknęły turkające kółka wózka. Zniknęły kotlety, emenemsy, zdrowe i niezdrowe produkty żywnościowe.

Pojawił się na mapie sklep z butami. I ciastka z kawą. I sushi! I jak pada deszcz na asfalt, to asfalt się robi mokry, czarny i dziwnie pachnie.

Tak to wygląda, przyznaję. Jak dziecka nie ma w domu.

Już można by wracać do domu, ale jeszcze nie trzeba. Jest w nim czysto i dziwnie. Nie szumią pralki zmywarki. W lodówce nie ma produktów ani z hipermarketu ani w zasadzie znikąd. Jest dwieście piętnaście kontaktów zapisanych w telefonie. Ludzie po tamtej stronie kontaktów jedzą akurat kolację, oglądają seriale. Zapraszają. Kanapki są z pesto. Serial jest śmieszny.

Nie ma pośpiechu.

Dwie gałki. Pistacjową i truskawkową. Albo nie, waniliową jednak. Omijam szerokim łukiem plac zabaw. Idę tam tamtędy. W zasadzie się okaże, gdzie idę, jak dojdę.  Jak siądę. Truskawkowe kapią na trawę. W trawie są mrówki. Mrówki dzielą się na takie, które się żywią lodami lub nie.

Ja to wiem i dzieci to wiedzą. Ile się traci, ile zyskuje. Jak ich nie ma w domu.


Ostatni dzień Olimpiady

Palimy ścięte drzewo. Palimy, bo zimno. Dziecko grzebie badylem w ognisku. Po histerii z powodu przegranej w pędzące żółwie, zostały już tylko smugi brudu na policzkach. Grzebie badylem. Diagnoza jego histerii wiecznie ta sama – jedynak.  Mąż, z powodu choroby, zmuszony jest spędzać czas w naszym towarzystwie. Znudzony się snuje. Esemesuje. Boli go trochę. Się nie skarży.

Ryż i kurczaka i szpinak zabrała mi z głowy moja mama. Ugotuje i nam poda. Gorące, żeby nie wystygło.  Ojciec zasnął niespodziewanie dla samego siebie. Zaskoczony śpi na leżaku i chrapie. Zje kurczaka i ryż, szpinaku nie.

Pod brzozą jest pochowany pies. Ostatniego dnia igrzysk nie zdobyliśmy żadnego medalu. Wstyd i hańba narodowa. Kończy się Olimpiada. Kończy się weekend. Kończy się dzień. Kończy się moja kawa w czerwonym kubku z napisem nesca fe. Ostatni łyk dzielę więc na trzy małe siorbki. Zaczyna się kończyć lato.

Trochę mnie bolą plecy. Mam włosy niezafarbowane. No i trochę jestem w dupie. Na wielu kluczowych polach życia wydaje się, że zabłądziłam w jakieś chaszcze. Ale zjem i ryż i kurczaka i szpinak zjem. Mam apetyt. Może to świeże powietrze, a może coś więcej. Może sobie odpuszczam właśnie. Może mi trochę schodzi. Może chce mi się płakać. Może to przez dym.

Zamknę oczy i zatrzymam ten dzień. Nie puszczę. Ten dzień. Ostatni dzień Olimpiady.  Z brudnym dzieckiem, smutnym mężem. Rodzicami, których jestem dzieckiem siwiejącym. Gapiącym się w ogień. Trzymającym się nerwowo kubka i mrugającym czerwonymi oczami. Przygarbionym wyrośniętym dzieckiem. Trochę w dupie. Co za pieprzona ulga, jak sobie człowiek wyobrazi, że lepiej być nie może.

Zanim jedynak odmówi tulenia. Zanim rodzice przestaną na mnie patrzeć.  Zanim pod brzózką. Zanim nie mam pojęcia, co stanie się między nami. Dziś jest ostatni dzień Olimpiady. Złapię ten dzień choćby na blogu, żeby nie zginął. Być może, że był najlepszy.


Sikam przy kasłaniu, pierdzę przy kichaniu…

„Nie jestem pisarką.” No, nie jest. Jill Smoker, amerykańska blogerka napisała książkę czy też wydała teksty z bloga w formie książki.  To nie jest żadne „Piąte dziecko” ani „Czarne mleko”, co więcej – nie podoba mi się ani tytuł ani okładka. Nie czytam bloga scarymom.com ani nie robię tam zakupów w zakładce „shop”.  Co ja i ona możemy mieć w ogóle wspólnego?
Ale jednak przeczytałam szybko i bez zgrzytów. Dobra – z przyjemnością ją przeczytałam. Dwa razy się wzruszyłam i kilkanaście razy śmiałam się głośno, co na pewno było uwzględnione w biznes planie tego projektu. Może mnie trochę zamroczyło, bo czytając, siedziałam sobie na tarasie drewnianego domku i machałam palcem bez buta i bez pedicure. A może Jill Smoker mnie uwiodła, bo jestem fanką matek wielodzietnych (gdzie wielodzietność oznacza każdą liczbę dzieci powyżej jednego)?

Pisze o ciąży, kupach, glutach. O tym, że nie karmiła piersią i jak ją za to oceniano w sklepie. Pisze o tym, że nie daje dzieciom organicznego jedzenia, tylko tosty z serem: „użeranie się z gotowaniem tylko ze składników nieprzetworzonych, mogłoby mi zaszkodzić całkiem serio”. Pisze, że ma samochód z wbudowanym odtwarzaczem bajek (zgroza!) i że jej dzieci chodzą spać, kiedy chcą, bo ona ich już nie ma siły usypiać. Pisze,  że choć obiecywała sobie, że w jej domu nigdy nie będzie plastikowych karabinów i koszulek z wizerunkami bajkowych postaci, to złamała większość obietnic. O tym, że coś takiego jak wypoczynek rodzinny nie istnieje. O tym, że nie bardzo lubi inne dzieci…

Ona po prostu pisze, że jest gorszą matką niż ja!

Wszystkie chcemy, jak my bardzo chcemy być dobre w te klocki. I bokiem nam wychodzi, to, że tak bardzo chcemy. Jedyne co nam czasem zostaje, to trochę się do tego zdystansować. Nie zwariować. Naprawdę bardzo wiele mnie dzieli od amerykańskiej scarymommy. Ale, kurcze, tak samo, zawsze zapominam swojej pasty do zębów, kiedy jedziemy na wakacje. I potem myję zęby tą dziecięcą o smaku arbuza (której oczywiście nie zapominam nigdy).

***

Po jakimś czasie prowadzenia bloga, Jill Smoker umożliwiła dodawanie anonimowych komentarzy w sekcji zatytułowanej później: konfesjonał. Te komentarze stanowią znaczną część książki.  Spis grzechów macierzyństwa.

„Udaję, że jestem szczęśliwa w roli siedzącej w domu mamusi, ale czasem mam wrażenie, że powoli umieram.”

„Zapisałam się na fitness, żeby korzystać z darmowej opieki dla dzieci. Zostawiam je, a sama siedzę w szatni.”

„Codziennie rano całuję na pożegnanie swoją wychodzącą do szkoły naburmuszoną nastolatkę. Zamykam za nią drzwi i pokazuję jej środkowy palec.”

„Mam trojaczki. Dlaczego jestem samotna?”

„Szykuję dla dzieci zdrowe drugie śniadanie do szkoły, wyłącznie dlatego żeby mnie rodzice źle nie oceniali”*

* Obszerniejsze fragmenty książki tutaj

A tu – Fsiążki.

 


%d bloggers like this: