Monthly Archives: Wrzesień 2012

Martini z lodem

Chłodne wieczory, no popatrz, jak szybko się zimno zrobiło. Zmarzły mi palce w siedem sekund. Myślę, że jest to jeden z tych głupich momentów, że, jeśli mnie nie zapytasz o coś, o cokolwiek, to… No co? No nic. No weź. Stoję przed tobą z pustym kieliszkiem. Nie wzięłam swetra, a mogłam pomyśleć, że się ochłodzi. Boli mnie brzuch. Proszę mnie natychmiast uratować. Raz na jakiś czas życzę sobie być. Dzieciom uciekł zielony balonik. Piszczą. Dzwoni twój telefon ajfon. Piję kolejny, autodestrukcyjny już raczej, łyk Martini. Można to chyba nazwać chwilą słabości.
Klub niewidzialnych dam. Taa dam. Masz to? Ja to mam.

Wspaniały koczek loczek i breloczek. Nikt tu nikogo pod pistoletem nie trzyma.  Siedzimy sobie w kółeczku. Uśmiechamy się, ha, ha, ha.  Obcasy i po cichu trzy ibupromy na tajemnicze migreny. Jedno, dwoje, troje dzieci i milion sześćset tysięcy ugotowanych obiadów. Noji on. Bo jesteś tego warta, phi. Padnę ze śmiechu zaraz.

Czy coś mówiłam, ktoś pyta. Chyba nie powinnam już pić. Martini z lodem mnie nie ogrzewa. Powtarzamy te rytuały, kij wie po co. Kiedy całuję, pachnące perfumami, policzki dam, wydaje mi się, że przez chwilę się rozumiemy. Po co ten żal. Wina jest niczyja. Każdy jest panem swego losu. Miłość to jest słodki kwiat. Sensem życia jest samo życie. Taksówka.


Nie jestem śpiąca

Handynia to taka kraina, w której co czwartek jest tsunami. Stary Kapeć natomiast to państwo bezpieczne i dość zamożne, wbrew temu, co sugeruje nazwa. Wszystko dlatego, że mają  tam zwierzęta, które dają popcorn.
W Brazylii mam stu czterdziestu pięcioletnich synów. Jak się czułam, kiedy ich rodziłam? Czy musiałam ich potem wozić ciężarówką? Kiedy ich odwiedzimy? Mieszkają w Rio. Ale nie de Janeiro, tylko tym drugim.
Czy smutek można wyrzucić do kosza?  Czy koza może wysłać maila? Ile centymetrów ma mój mózg? Czy wiem jak się zachować na przejściu dla PIERWSZYCH? Kto jest ważniejszy: Bóg czy Święty Mikołaj? Czy dusze chodzą w spodniach? Co to znaczy „bezlitosny”? Dlaczego w kanałach nie płynie mleko? Czy życzenia się spełniają…?
Czy ty nie jesteś śpiący,  pytam. Kręci głową, ziewając.

Na bloki spada noc. Zapalają się tysiące żółtych żyrandoli. Pokoje z telewizorem mrugają na niebiesko. Strupy na kolanach szczypią mnie pod rajtuzami, kiedy kucam. Biegłam i się potknęłam, choć mówili, żeby nie biegać, bo się potknę. Puszka po paście do butów, nabita ziemią, musi upaść z odpowiednim dźwiękiem na asfalt. To jest dźwięk prawdziwego skarbu. Ledwo widać białe linie narysowanej gry w klasy. Z piwnic wyłażą koty. Nie chcemy jeszcze do domu spod bloku. Mój blok jest moją mapą. Wiem, w których oknach kto i mniej więcej co, choć tego mnie nie uczyli. Na balkonach powiewają halki i rajtki. Nie mamy żadnej refleksji. W ogóle nas za bardzo nie obchodzi to, co oczywiste. Najważniejsze, że jest ciemno i oni chyba o nas zapomnieli. Super. Zanim nas zawołają. Zakrzykną w mrok, że „do doooomu”, będziemy się tu wgapiać w białe linie. Potem pójdziemy do klatki wolno, stopkami. Na klatce pachnie mokrym kurzem. Żadnym dzieciom już nie wolno być pod blokiem.

Kiedy siadam do kanapek z pomidorem i solą, to w herbacie z cytryną moczę sobie warkocze. I nie jestem nawet zapowiedzą tego, co teraz. Radio dzieciom. Gwizd czajnika. Nic specjalnego naprawdę. Jesteś śpiąca – mama trochę pyta, trochę stwierdza. Nie, opowiadam ziewając. Śpiąca – jakie ładne słowo.

A Wy? Co pamiętacie? Byliście śpiący czasem? Jacy byliście?


Zupełnie inna historia

Kiedy mój czternastoletni przyszły ojciec parzy sobie palce ostatnim machem papierosa bez filtra, jest już po dwudziestej trzeciej. Światła w internacie są pogaszone. Część chłopaków na sali już śpi.
– Wiesiek? – syczy mój ojciec w stronę górnej pryczy – Ej? Wiesiek?
– Czego? – Wiesiek Mucha wychyla się. Nie śpi.
– Weź, zgaś mi to.
Mój przyszły kochany tato podaje Wieśkowi niedopałek. Wiesiek znika. „Tato” opada na niezbyt puszystą poduszkę,  ruda głowa kumpla pojawia się znowu.
– Nie ma już miejsca, ledwo upchłem.
W rurze od łóżka piętrowego, która służy za nocną popielniczkę skończyła się pojemność.
– Staszek?
– Śpię.
– Za dwa dni jest wiosna. Pierwszy dzień.
– No i? – sennie mruczy mój przyszły tata, teraz ledwie czternastoletni chudy blondynek – Że rzucamy palenie?
– Sam się rzuć na łeb – rechocze Wiesiek – Szkołę wypadałoby wyprowadzić na labę.
Mój tata milczy chwilę.
– A damy radę?
– To kwestia organizacji – Wiesiek pogardliwie spluwa w ciemność i zaraz potem śpi.

Organizacja przeszła sprawnie. Na wycieczkę, zamiast na lekcje, udał się cały internat, nie licząc kilku łamistrajków. Wszystko byłoby dobrze. Gdyby Jarek Ćmiel nie nasikał na stacji kolejowej na peronie. Ktoś zadzwonił, że chamstwo, że co to za młodzież. Dorośli mają w głowach wojnę z młodymi.

Staszek i Wiesiek do dyrektora!
Niefart. Akurat chłopaki załatwili sobie u chudego kucharza podwójną porcję kotleta. Jeden kotlet ukryty był pod ziemniakami, (które dziś nazywamy pure, ale wtedy były po prostu ziemniakami), a drugi normalnie na wierzchu. A załatwiali sobie u chudego na różne sposoby. Wczoraj akurat mieli zrobić coś śmiesznego. I to śmieszne to był tańczony twist. A tu z kotletów teraz nici. a jeść się chce po takim spacerku całą szkołą. Tylko doszli na stołówkę. Staszek i Wiesiek!! Do dyrektora!! Chyba się jasno wyrażam!!

– Podejdźcie. Chuchnijcie.

– Nogi wam z dupy powyrywam!!

Była afera. Babcia wzięła wolne z huty i przyjechała. Wściekła się, ale dziadkowi nie pisnęła nic, bo by jeszcze co zrobił dziecku. Jakoś z czasem przycichło.

Wiosna była piękna. Za oknami pracowni plastycznej grzało słońce.
– Sorze, ja muszę wyjść – zajęczał mój tato.
Sor milczał. Mój t. podszedł do katedry i wytarł brudne od gliny ręce w fartuch.
– Muszę – powtórzył.
– Jak musisz, to idź.  – padła odpowiedź.
Stanisław J, późniejszy szanowany nauczyciel dzieci i młodzieży, przestąpił z nogi na nogę niecierpliwie. Sor westchnął, zerknął na klasę, a wtedy wszyscy, jak jeden mąż, zatopili oczy w pracach plastycznych. Sor sięgnął do kieszeni i podał ojcu jednego papierosa. Mój tato bez mrugnięcia okiem schował go do kieszeni i wyszedł z klasy.

Uliczki Jarosławia nagrzały się jak w jakiejś Grecji, niespodziewanie dla wszystkich, już w maju. Nawet drzwi do szewca były otwarte na oścież. Wyszła przez nie dziewczyna. Było jej za gorąco w płaszczu w kratę. Wystawiła na chwilę twarz do słońca. Wiesław Mucha obejrzał się za nią. Zaciągnął się papierosem.

– Słuchaj, skoro w zasadzie jest już lato… – obaj siedzieli na krawężniku przed szkołą. – To tak sobie myślę, czy byśmy może nie popłynęli na spływ?
– Na spływ?
– No. Kajakami.
Staszek przyglądał się swoim butom. Że im się podeszwa odkleja.
– A gdzie?
– A do Warszawy na przykład.
Staszek nie był jeszcze w Warszawie.
– Ale nie mamy kajaków.
Wiesław uczył się strzelać niedopałkiem do gołębi.
– No, nie mamy.  To chyba będziemy musieli jakoś… pożyczyć.

San płynął do Wisły. Słońce grzało. Gołąb przestraszony poleciał do góry. Dziewczyna zdjęła płaszcz, bo naprawdę zrobiło się upalnie.


%d blogerów lubi to: