Monthly Archives: Październik 2012

Kino

W centrum handlowym jest bardzo kolorowo. Błyszczą się podłogi. Złuszcza się niebo za wielkim oknem. Za przezroczystą ścianą, tam gdzie noc, jest coś, przed czym uciekam.
Z poziomu na wyższy poziom. Ze schodów widzę, jak ci ludzie dzielnie chodzą. Z poważnymi minami przemieszczają się od Bershki do Coffe Heaven. Od HM do Zary, od street faszyn i dalej do interior design. I do slow fast food.
Uwierz w siebie. Life’s good. Psychologiczne dramaty pozostawiamy na parkingu niestrzeżonym płatnym. Zaparkowałam więc na minus dwa. Na cztery de. Mam papierowy kubek, nikt nie rozpozna, że coś nie tak. Kamery mnie zarejestrują, ale mnie nie zidentyfikują. Że na zewnątrz jest coś, czego nie chcę.
Pojadę na górę. Na samą. Do kina. Na azyl. Tam sobie zapomnę. Jeśli wcześniej sobie nie przypomnę.
Przy butiku z rajtuzami robi mi się tak smutno, że zastanawiam się chwilę, czy nie wrócić i nie pobiec z powrotem tam?
Ale nie. Tam jest świat, w którym nikt już w nikim nie jest zakochany.

 


Kinderbal

Tort ze ScoobyDoo. Od rana tralala. Biszkopt. Krem. Bita śmietana. Konfitury z malin. No i Scooby. Smakuje jak coś, co trzeba zjeść. Smakuje jak bez dokładki. Jak efekt napięcia się matki. Jak obietnica czegoś dobrego. Nie wiadomo czego. No… nie jest zbyt dobry, jednym słowem. Dzieci biją się balonami. Krzyczą. Pan animator coś mówi. W każdym razie rusza ustami. Coś mi się zdaje, że ten pan nie da rady.
Siedzimy przy stole. Czekamy na koniec. Nikt nie je ciastek i nie pije soku, które kupiłam w hurtowych ilościach. Wszyscy mamy ochotę na wódkę i ogórki. Dzieci biegają. Mają mokre kosmyki włosów za uszami. Rozmawiamy. W każdym razie ruszamy ustami.
Niektórzy z nas są zadowoleni. Niektórzy mniej. Niektórzy palą papierosa na zewnątrz i mają powody do płaczu. Dorośli nie płaczą o godzinie piętnastej trzydzieści. Pan animator jest blady.
Wszystko jest ok.
Ja wyglądam? Na zmęczoną? Ależ ja dziś tylko piekłam i planowałam. Planowałam i piekłam.
Przestańcie piszczeć dzieci, bo wam pourywam, to znaczy… pozabieram wam baloniki. Tu się pobawcie. O tu, kredki sredki. A tu się rozlało, nie szkodzi. To się zmyje. Mopem albo ścierką.
W Nowym Jorku samym? Co ty nie powiesz? Przepraszam, że się tak dziwię, ale wydaje mi się, że Nowy Jork nie istnieje naprawdę. Tym trudniej mi sobie wyobrazić, że właśnie wróciłeś. Ciszej, kochani, biegacie, a się komuś coś stanie, to ja nawet nie wiem, gdzie tu szpital.
Może tortu?
Chodzi już synek? Co ty nie powiesz? I mówi „mama”. No to masz przeje…fajnie.
Jakie masz ładne to tu przypięte. Gdzie kupiłaś. Gdzie byłaś?
Tak, naleję ci piciu. Oczywiście. Ale nie piszcz tak. Ibuprom mi się kończy.
Stooo laaat!
Tak, kochanie, jest ok. Jak to w ogóle razem nie wychodzimy? Jak to nie? Przecież właśnie wyszliśmy hej. No nie, teraz ci się zebrało na żal? Wszystko jest ok. Czy ja was nie prosiłam, żebyście przy tym kaloryferze nie biegali?
Co słychać u niej. Jak to się rozstajecie? Może się jeszcze jakoś ułoży. Może warto spróbować. Przebaczyć. Przebaczyć wszystkim wszystko. Nie rościć sobie prawa. Ja gadam jak żona? No gadam, no w rolę weszłam. Wszystko się ułoży. Chcesz tortu?
Słyszę płacz. Czy ktoś słyszy płacz? Nie? Może mi się zdawało.
Pan animator już idzie? Już mu się czas skończył? Czy on się dobrze czuje? Może dam mu tortu na drogę? Uciekł.
Wszystko jest ok.
Dopiero pod drzwiami mieszkania. Przed metą. Na sekundę przed znalezieniem kluczy do mieszkania w siedmiu torbach i sekundę po tym, jak uderzyli piłką w drzwi sąsiada.

Bardzo krzyczałam. Jak wariatka. Furiatka. Kompletnie stuknięta.

Może tortu?


Kryterium

Każdą twórczość oceniam według tego, czy coś ze mną zrobi, czy nie. Takie, subiektywne kryterium dobre jest i się sprawdza. Albo to jest, albo tego nie ma. Więc idę i czekam, czy będzie coś, czy nie będzie. Pozornie łatwe ze mnie audytorium, takie emocjonalnie mało stabilne, wystarczy pstryknąć palcem, żeby się pobeczało. Pozornie. Bo przez pół koncertu Tori Amos myślałam na przykład o tym, że zgnije mi dynia w lodówce. Zgnije, a przecież miała być zupa. Tu – skrzypce, puzony, fortepiany, artystka klasy światowej, a ja i tak w głowie mam gnijącą dynię, plamy na stole i „tematy tematy”. Tu – bębny, flety i dzwonki, dyrygent faluje włosem świeżym, a ja mam wstać jutro rano. Tak, jak wstałam dziś rano i wczoraj rano też.

Sala kongresowa nie sprzyja. Ja to tak bardziej z pokolenia pod sceną, z pokolenia dopchaj się i drzyj mordę. Kurde, co z tą dynią. Może jak wrócę, to zrobię zupę. A artystka w świetle specjalnym i ustawionym, śpiewa pięknie o tym, jak to jest mieć 25 dolarów w kieszeni i tyle. Ciekawe, że bilety na koncert kosztowały dwa razy więcej. Myślę o tym bez złośliwości. Po prostu myślę. Ze mną nie dzieje się nic.

I kiedy wydaje mi się, że to już. Że stracone. Że nieadekwatne. Że nic.

To wtedy ta kobieta w drugim rzędzie zaczyna jakoś tak z tymi skrzypcami. I tamta za nią. I zaczyna cała orkiestra tak grać. Tak jeden po drugim. Piłują te skrzypce z bólem jakimś. Pochylone z oczami wbitymi w nuty. W brzuch. Fala uderzeniowa kontrabasów. W kolana wiolonczele. W paznokciach mam przeszkadzajki. Walą we mnie bębny. Łaskoczą flety poprzeczne. Nie ma nic. Muzyka mi wpadła do środka. Nie ma nic. Zaczyna śpiewać. Ruda przy fortepianie. Tamtym palą się struny. Zapieprza stroboskop. Tylko ruda śpiewa spokojnie, jakby wokół niej nie działo się nic. Nic. Nie ma oddychania. Nie ma nic. Ruda wali pięścią w fortepian, rozczochrany dyrygent półprzytomny łapie w pięści ostatnie dźwięki i dusi je. Raz. I już. Cisza. Cisza na całej sali. Dopiero biorę oddech. Nie mogę się ruszyć. Ruda ma włosy jak dynia.


Ten dzień

Polska przegrała z Węgrami 0:1 w towarzyskim meczu piłkarskim, który rozegrany został w Łodzi. Papież Benedykt XVI ogłosił nominacje kardynalskie. Wyż bałkański słabł i przesuwał się na wschód, a znad północnego Atlantyku kierował się nad Polskę strumień zimnego powietrza. Monika wstała z kanapy, bo zaczęła rodzić.

Do terminu zostało jeszcze pełne dwa tygodnie. Torba z ładunkiem małych ubranek i niewiarygodnie wielkich podpasek była gotowa już od miesiąca, ale tak tylko przecież. Nie na poważnie. Czy nie można tego przełożyć? Uprzejmie wnosi się o przesunięcie terminu egzaminu. Nie da się, pani kochana. Wraz z ciepłym i bezbolesnym wodospadem wód płodowych, to już pozamiatane. Kolana masz mokre.

Artur Wichniarek zdobył tego dnia swoją czwarta bramkę w sezonie, zaliczył także asystę, a jego Arminia miała tylko punkt mniej od Bayernu Monachium. Donald Tusk zarzucił PiS, że oparło swoją kampanię na „kłamstwach i oszczerstwach”. Monika myślała: o boże, przez małe, a potem przez duże „B”. Trzęsącymi się palcami odpowiadała na smsa mamy, że co słychać. Pisała, że dobrych snów i że do zobaczenia jutro. „Jutro” stanowiło bardzo dziwne słowo na pięć liter.  Myśli Moniki wraz z pierwszym skurczem potknęły się, beknęły i rzygnęły. Telefon spadł na podłogę. Pomyślała o wysokiej szumiącej trawie. Weszła do wanny.

Amerykański prezydent George W. Bush oświadczył, że jeśli przywódcy międzynarodowi chcą „uniknąć trzeciej wojny światowej”, muszą przeszkodzić Iranowi w wejściu w posiadanie broni atomowej.  Spodziewała się czegoś obcego, ale nie było to nic, czego nie znałaby wcześniej. Wszystko było niestety bardzo znajome. Monika poczuła, jakby wszystkie kace jej życia obudziły się i stały jednym wielkim kacem. Niewyraźny, tlący się wszędzie ból, mdłości. Kuliła się i kuliła. Tylko przetrwać. W bezruchu przetrwać.

Otwarcie wystawy Piotra Bąkowskiego „Billboard Paradise” wywołało niemałą dyskusję. Głównymi bohaterkami obrazów są młode współczesne kobiety, widziane oczami mężczyzny. Monika zastanawiała się, czy tak się umiera? Coś bierze cię we władanie, a ty nic nie możesz zrobić. Tracisz kontrolę. Nic nie wiesz, nie masz do niczego dostępu. Nic nie możesz zrobić. Są takie kobiety, tego była pewna, które są w stanie przejść przez poród, jak mnich przez rozżarzone węgle. Bez poparzeń. Jak przychodzi do rodzenia, to one biorą i rodzą. Potem kładą się w czystym łóżku z dzieckiem i zasypiają. Są gdzieś takie kobiety i ona do nich nie należy.

Pijany i nagi Francuz wszedł nad ranem na dzwonnicę bazyliki świętego Piotra w Rzymie i uruchomił dzwon. Kompilację największych przebojów Spice Girls będzie można kupić w sklepach z bielizną Victoria’s Secret. Monika rodziła w wielkim zaskoczeniu. W totalnym bezruchu. Właściwie to rodzenie odbywało się jej kosztem. Monika nie była w stanie trzymać się wanny. Trzymała się więc ciepłej wody. Trzymała się powietrza. Przez jej myśli przemknęło coś na kształt wielkiej kupy.

Ricky Martin otrzymał miejsce na słynnej Alei Gwiazd w Hollywood. Artysta nie ukrywał wzruszenia. Monika nie pamięta, że mąż ją wydźwignął z wanny. Nie pamięta, że krzyczała, kiedy ją ubierał, kiedy prowadził do windy, układał na tylnym siedzeniu samochodu. Potem powiedział, że krzyczała dokładnie co trzy minuty, jakby była klepsydrą, po której piasek przesypywał boleśnie się w rytm trzyminutowych przerw.

Cena ropy przekroczyła po raz pierwszy w historii granicę 88 dolarów za baryłkę. Monika położyła się na szpitalnym łóżku, przegryzła sobie wargę i urodziła chłopca.


Taki hałas

Przyszłam do kawiarni napisać wszystko, bo mi blog więdnie. Kelnerka, która przynosi kawę jest dziś na pewno pierwszy dzień w pracy. Przy tamtym stoliku jakiś pan ma romans z jakąś panią w komputerze. Nabija na widelec kawałek szarlotki i częstuje ekran. Śmieje się, krawat luzuje. Randka na odległość mu służy. Dwie studentki zastawiły sałatkami stolik na środku. Mówią sobie, że w ogóle nie lubią imprezować. Potakują sobie, odgarniając mysie włosy. Śmieją się bardzo głośno. Nie jest łatwo być cool. Jest trudno.
Co ja mogę o sobie w takiej sytuacji.
Za oknem stoi facet, co wygląda na bezdomnego. Wygląda. Ale ma druciane oprawki od okularów. Patrzy na telewizor. Na mistrzostwa w pokera. Ani drgnie, tak patrzy. Do knajpy nie wejdzie. Nie wygląda na klienta.
Kelnerka odbiera telefon. Brudzi sobie zęby szminką, kiedy się krzywi. Przestań do mnie dzwonić, prosi.
Co ja mogę o sobie.
Nagle wszystko się rozgadało. Coś się przełamało. Kelnerka ma czerwone oczy. Dziewczyny milkną na sałatkami, skubią sałatką Caprese, ale aż słychać jak im serca biją. Bo leci taki romantyczny kawałek Adele. Facet ubrudził sobie szarlotką krawat. Coś mi się rozpędza w głowie. Jezus, jak mi się rozpędza.

Stara niania nie ma dwóch palców. Nie pytam. Ona nie mówi. Wiem, że zaraz po wojnie czytała książki przy świetle latarni. Ale o palcach ani słowa.

W nocy, na czerwonym świetle, do samochodu wchodzi mi obca kobieta z torbą w kratę. Podaje adres, patrząc przed siebie. Jest wpół do pierwszej w nocy. Zielone. Jadę. Jedziemy w milczeniu. Zawożę ją pod klatkę, przy aptece, na Śmiałej. Jaja.
Naprawdę nagle coś się zaczęło dziać.
Kiedy siadam do pisania, swędzą mnie palce. Kiedy siadam do jedzenia, boli mnie brzuch. Kiedy idę, prawie biegnę.
Co o sobie.
Ja i moje wszystko stają w końcu składową bardziej skomplikowanego doświadczenia. Taki hałas panuje dookoła, tyle tych historii w kółko powtarzanych, w kółko tak samo za serce smutnych, tak samo.
Co ja?

Ta euforia z pewnością kiedyś minie.
Tylko spokojnie.

Puenty nie będzie.
Jest za głośno.


%d blogerów lubi to: