Monthly Archives: Listopad 2012

Nie jestem taka

Musimy porozmawiać to taka jakby kwestia z serialu o problemach polskich rodzin, z którymi się możemy identyfikować podczas prasowania. Więc siadaj, widziałam jak to się robi. Siadaj i słuchaj. Musimy porozmawiać.

Poznałam kogoś…
Niezupełnie. Tak naprawdę – znam go od dawna. Ale dopiero wtedy, na tej imprezie integracyjnej, no, w końcu to integracyjna była, co się dziwić. Więc ja z nim. Wtedy. Przeszłam z nim z Mokotowa na Żoliborz! No tak. Dwanaście kilometrów. Trzy godziny. Sto osiemdziesiąt minut. Normalnie, pół metra od siebie, jak kulturalni ludzie. Potem, na rozstajach się rozstaliśmy. Na zawsze. Rano mnie tak nogi bolały, ale nic nie mówiłam. Tylko poszłam po zakupy, jakbym miała skrzydła. Nakupiłam owoców i mięsa i czekolady. Taka byłam głodna.
Ma żonę i małe dzieci. Właściwie od tamtego to się już nie spotykamy. Chyba że na jakimś oficjalnym czymś, że cześć cześć. I wtedy mam coś takiego, że siadam daleko od niego. A on daleko ode mnie. I nie patrzymy w swoim kierunku. Nigdy. Dobra, raz może się spojrzeliśmy. Ale potem już nigdy. Od koleżanek wiem, że uważa mnie za osobę zdolną i godną zaufania. W profesjonalnym sensie, na stanowisku. Małe te dzieci ma. Jedno to chyba jeszcze nie ma roku. Przypadkiem widziałam. To znaczy na fejsbuku. Dobrze, że on sobie jest. Nieprawda, niedobrze. Za dużo o nim myślę.

Śnił mi się dwa razy. A raz, że umarł. Ten sen jest dla mnie jasny. Bo on dla mnie trochę nie żyje.

Nie jestem taka.

 


Miejska legenda

Znajoma mi opowiedziała, co usłyszała na urodzinach swojej córki. Od jednej znajomej, która też tam była ze swoim dzieckiem. I która podobno to widziała na własne oczy. Ale może to nie do końca prawda, bo na urodzinach córki, wiadomo, było głośno, a nawet bardzo. Więc historia mogła ulec przemianom jakimś. Nawet nie, że celowo, ale podświadomie.

W każdym razie ta znajoma mojej znajomej była u swojej koleżanki ze studiów. I tamta od studiów ma córkę. Sześcioipółletnią rezolutną dziewczynkę. Która cały wieczór grzecznie bawiła się w swoim pokoju. Podczas kiedy one (ta znajoma znajomej z koleżanką) sobie rozmawiały, bo im się przedłużało. I tamta dziewczynka przez trzy godziny rysowała koniki i literki i nic nie chciała ani nie marudziła. Potem podobno ta jej mama ją w końcu zawołała, że kolacja. I ona, ta dziewczynka, przyszła. Podobno za pierwszym razem, to znaczy od razu. Zjadła kolację. W sensie dokładnie to, co ta mama jej podała. I nie chciała akurat nic innego tylko właśnie to. A potem podziękowała, a talerz odniosła do zlewu.

Podobno potem ta dziewczynka obejrzała dobranockę. Dziesięć minut. A potem ziewnęła i oznajmiła, że jest zmęczona. O dziewiętnastej trzydzieści. A jej mama podobno powiedziała, że ma gościa, więc, żeby ona sama, ta córka, się poszła umyła i przebrała. I podobno ona się poszła umyła i przebrała. A na końcu przyszła w piżamce w żółte misie, powiedzieć „dobranoc”. Powiedziała „dobranoc” i poszła spać.

Na urodzinach, wśród wrzasków, zasępieni rodzice zastanawiali się nad tym, co przed chwilą usłyszeli. Latający pojazd wpadł do pokoju i uderzyła tatę Sebastiana, który wylał trochę kawy na mamę Igi. Gdzie, kur…de popełniliśmy, błąd, zajęczał ten tata. A mama Igi powiedziała, że nie szkodzi, bo nie dosłyszała, co powiedział ten tata.

Ale cała ta historia może być po prostu kolejną miejską legendą…

Dziękuję bardzo autorce bloga Małżeństwo po 30 oraz Da Capo za nominacje do nagrody Liebster Blog. Zabiorę się za to, jak wymyślę odpowiedzi na pytania. Z pozdrowieniami.


Dziewczynie w czerwonym

Dzień był poprawną niedzielą polegającą na przygotowaniu i spożyciu znacznej ilości pożywienia, na pisaniu kawałkiem cegły na płytach chodnika. Na ułożeniu przed snem pajęczyny z kasety magnetofonowej z napisem dr Alban. Życie jak ciepła kąpiel. Afera o skarpety była może niepotrzebna, ale człowiek jest tylko człowiekiem. Ja się w ogóle nie spodziewałam że dzień będzie ładny. Poszłam tam postać trochę i dopingować warszawski bieg niepodległości. Moje dziecko (zanim znalazło kawałek piszącej cegły) krzyczało, że „Polska wygra” do jednego Wietnamczyka, który biegł w koszulce biało-czerwonej. Barwy narodowe tym samym udało nam się w nowym kontekście osadzić. Poza tamtymi kontekstami. Marszami. Poza tamtym. O czym słyszeliście na pewno z telewizji. Ulica była zamknięta i staliśmy na torach tramwajowych. Trochę przed metą.
M przyniosła dzwonki, które co najwyżej owcom na hali mogą się przydać, ale co tam. Przyszła jakaś dziewczyna w czerwonym płaszczu z dwójką dzieci małych. Dziewczyna nieśmiało przebierała bucikami na płaskim, zerkając na dzieci. Dzwoniłyśmy tymi owczymi wisiorkami. Słońce świeciło. Zdjęłam młodemu czapkę. Włosy miał śmiesznie pogniecione. Uśmiechał się. Wszystkie mleczne zęby ma osobno. Ząb, przerwa, ząb, przerwa… Biegacze już biegli.

„Dawaaać dawać już niedaleko!!”ryknęła niepodziewanie dziewczyna w czerwonym płaszczu. Jej dzieci się lekko zdumiały. Na chwilę tylko, jak to dzieci. Biegli biegacze. Rodzice biegli z wózkami. Zupełnie jak w 76, kiedy mój tata zarzucił noworodkowi pieluchę na twarz i też biegł szybko.  A wszędzie był gaz. I myślał tylko, czy te małe oczy, czy wytrzymają te małe oczy.

„Braawo, dawaj przyśpieszaaaaj!” rozkręcił się czerwony płaszczyk. (Wtedy młody znalazł tę cegłę i przestał kibicować, i zaczął rysować swoje graffiti, potwory i litery). Ja z M i czerwonym płaszczykiem darłyśmy się dalej. Ludzie biegli do mety, w stanie od lekkiego do ciężkiego, machali i tak się uśmiechali na te dzikie krzyki… Tak się uśmiechali, że ja cię.

Nad nami przeleciał helikopter w stronę tamtych marszy.

Cały czas się bałam, powiedziałam moja mama. Bałam się odkąd się urodziłaś, przez stan wojenny i po stanie. Tylko zapach papierosów i strach.

Ludzie biegli. Biegł facet o kulach. Biegł ojciec z córką w nosidełku. Biegł dwunastoletni chłopiec i nie była to poczta powstańcza.

Potem leżeliśmy w pokoju u M, trawiąc rosół. Chłopaki zmęczeni po biegu, jak po bitwie. Ale nie po bitwie, tylko po biegu. Nasze dzieci schowały się w chowanego. Nawet ich wystające chude kolana nie zdradzały ich tajnej kryjówki pod wieszakiem z ubraniami. Czy rodzice tamtych dzieciaków wtedy, mówili im „a jak przyjdą do domu ci ludzie, to zachowujcie się tak, jakbyście się bawili w chowanego…”.

Niedziela jak ciepła kąpiel. Nie chce się wyłazić do poniedziałku.

Afera o skarpety była może niepotrzebna. Ale człowiek jest tylko człowiekiem.

Jakkolwiek jest. Mamotato.  Jest bez strachu.


Ludzie w płaszczach

Uwierzyłbyś? Że jestem z nimi połączona. Że jestem wypadkową genów i memów tych ludzi? W czapkach, w beretach, w filcowych kapeluszach nasuniętych, wedle jedynej obowiązującej po siedemdziesiątce mody, całkiem na czoło. Spokrewniona z mężczyznami w płaszczach. Które opinają ich okrągłe brzuchy. W szalikach, spodniach, butach na specjalne okazje. Moja krew jest w tych cienkich żyłkach, w żylakach. Płynie wokół blizn po cesarce, po wyrostku, po raku i we wgnieceniu po obrączce na opuchniętym palcu. Wszystkie historie tych ludzi składają się na moje miejsce tu. Ich emigracje. Niechciane ciąże. „Sroga zima w styczniu trzydziestego pierwszego roku, kiedy nieśli mnie do chrztu…” Ślady na rękach, nogach i innych narządach. Po Niemcu, Rusku, po głodzie, po chorobie, po nieudanym samobójstwie, po skrobankach. Po legitymacji partyjnej, po znaczku Solidarności, po zielonej karcie, po powołaniu do służby wojskowej, a nawet do duchowej. Po cioci Zosi, która nie miała nogi, ale zawsze interesowała się innymi, ale nikt nigdy nie interesował się nią.

Moja historia zaczęła od ich głosów wokół mnie. Nosili mnie na rękach. Przesiadywali w pokoju rodziców. Pili i wydawali się ciągle zadowoleni. I nigdy się nie bałam, bo wyglądali jakby nic im nie zagrażało, kiedy są razem w pokoju i piją. Chociaż może umierali ze strachu. Co we mnie jest z nich? Z tych ludzi w płaszczach? Jak mnie całują, jak mnie łapią za łokieć za mocno. Wiem, że coś jest. Coś.

Wokół nas kręcą się jakieś podlotki. Te same, co były tłustymi dziećmi w rajtuzach, które huśtałam na metalowych krzesełkach z łańcuszkiem. Przyglądają mi się dziwnie.


%d blogerów lubi to: