Monthly Archives: Grudzień 2012

Miłość to jest słodki kwiat c.d.

No, co on może na tego Carrefoura odpowiedzieć? Chyba tylko, że przecież coś innego tam zrobią na pewno. Łatwo mu tak mówić, on tam zakupów nie robi. Więc ona mówi, że łatwo mu tak mówić, bo nie robi. On na to, patrząc w ajfon, że pewnie tylko ludzi wymienią. A ona mówi, że lubi tych ludzi, a nie innych. To on jej mówi, że dadzą nowych, mniej używanych. Na co ona mówi, już znacznie głośniej, że się przyzwyczaiła do tych używanych. Że wie, gdzie co jest i może szybciej robić zakupy w kategorii do dziesięciu produktów i powyżej dziesięciu, a on nic nie rozumie. On na to, patrząc w ajfon, żeby dała mu spokój, przecież to nie on jej ten market zamyka.

Sąsiadka, do której, po okapie i dalej rurami, wszystko dociera, przycisza telewizor, żeby posłuchać na żywo i unplugged. Sąsiadka myśli – jakby to było zejść tam do niej i siąść na kawę. I powiedzieć. Miłość to jest słodki kwiat, co jest albo go nie ma. A jak nie ma, to jest jeszcze tak, że jeden to zniesie lepiej, a inny gorzej. I się nie denerwuj, spokojnie, bo dopóki się denerwujesz, to nic.

A tamta, młodsza by powiedziała. Mnie, kochana sąsiadko, od dziecka karmili miłością jak cukrem. Chwalona byłam, na rękach noszona, z ojcem w kajaku, w hamaku, na jeziorze, na wakacjach, z babcią zimą w sanki, w lalki, w lodowisko, za rękę, bo ślisko, ale nie upadniesz, trzymam cię mocno. Tak było. Mleczka do kawy? A jak dostałam pierwsze rękawiczki pięciopalczaste, to byłam taka szczęśliwa. A mama mi czesała warkocze do pasa. Blond warkocze zaplatane, dwa pasma jasnych włosów i jedno miłości, dwa włosów, jedno miłości. I teraz jak?

Spokojnie. Czasem jest tak, że ten słodki kwiat jest, a czasem go nie ma. A jeden to zniesie lepiej, a jeden bardzo źle. Tak myślała sąsiadka piętro wyżej. A niżej to wciąż była tajemnica świąteczna, że tak jest i że tak bywa.
A sąsiadka pomyślała jeszcze, że Carrefoura likwidują, że znowu trzeba będzie się przyzwyczajać od nowa do wszystkiego. Bez sensu.


Miłość to jest słodki kwiat

Wraca mężczyzna do domu z pracy i pyta. Był jakiś koniec świata, bo nie zauważyłem.  Nawet jaka pogoda była. Ciągnie za sobą laptopa służbowego, czarną skrzynkę swoich poczynań, swoich targetów do wykonania, swoich wiadomości szanowna pani, w odpowiedzi na pani zapytanie.
Zdejmuje mężczyzna mundur od Vistuli, wiesza go na miejsce munduru odwiesza. Stoi przez chwilę przed Vistulą. W gaciach, w podkoszulku i czuje, że zdjął z siebie wszystko i jest pusty w środku.
Zakłada dres i jego tożsamość dresowa częściowo tę pustkę zasiedla.
A w kuchni już piękna żona. To znaczy naturalna taka, jak z filmu dokumentalnego o żonach, pachnąca cebulką i śledziem matijasem, weź pani, zobacz jakie ładne.
On nawet chciałby być feministą. Nawet. Ale szefowa na stanowisku dyrektorki zarządzającej mu to niestety psychologicznie uniemożliwia. Pierwsza tajemnica świąteczna jest taka, że on nie lubi bab.

Żona z nieukończonym doktoratem, chce powiedzieć coś mądrego, ale w myślach widzi tylko produkty żywnościowe, więc na razie milczy, może jej coś do głowy przyjdzie.

Siadają przy stole, każde z każdej strony. Ogarnia ją taki żal na jego widok, że wybacza mu, aż do jutra, wszystkie niewyrzucone śmieci. Teraz, widzi to wyraźnie, nie jest dobry moment na rozmowę o śmieciach. Teraz jest moment, żeby powiedzieć mu coś świątecznego.

Carrefoura nam likwidują, wiesz?

ciąg dalszy nastąpi


Kolorowe kredki

Oszklony chodnik przed moim blokiem zachęca do spacerów w wersji extreme. Podsuszone kwiatki na parapecie gapią się na inne kwiatki na innych parapetach. Na kartce na stole powstaje rodzina bałwanów. Jestem w domu już czwarty dzień, bo on choruje. Rosnącą gulę klaustrofobii spycham w ciemność podświadomości, żeby się mi nie wymsknęła gdzieś na zewnątrz. Rodzina bałwanów jest bardzo ładna. To jest mama bałwan, znaczy kobieta, mówi. Po co są kobiety na świecie – pytam. Żeby miały dzieci. I się nimi opiekowały.

I mężem też – dodaje, rysując kobiecie bałwanicy dwie wielkie dłonie, potrzebne pewnie do tego opiekowania się. A po co jest tata bałwan? Cisza. Tylko rosołek na kuchence wesoło bulgocze. Bul bul bul.

A co lubią robić dzieci bałwanki? Jeść słodycze i oglądać bajki. No coś ty? A może najbardziej lubią, jak im się czyta książki i gotuje zupy? Nie, nie bardzo.

Rodzina bałwanów wzbogaca się o kota bałwanka, który miauczy, co symbolizują kreski, rozchodzące się wokół kota niczym fale audio. Dość fajna nawet intuicja. Mama musi się opiekować kotem, dodaje jeszcze, dorysowując wielkomyślnie kotu (i mamie) miskę.

I tak. Można sobie czytać Judith Butler, można rozrzucać po domu artykuły prasowe, można polubić, czyli zalajkować coś, co innych przekonana, że ja nie. Natomiast przekaz płynie z sytuacji prawdziwie prawdziwej. Bul bul bul.

Za oknem oszklony chodnik prowadzi na parking, na parkingu jest zaparkowane nasze auto, którym można by się bujnąć do Efki albo do kina, po drodze zahaczając o sklep. Z ciemności podświadomości zaczyna wydobywać się smużka dymu.

A wiesz może, co jest najgorsze dla mamy bałwana?

Jasne, że wiem. Najgorsze jest zgubić dziecko.

Biorę niebieską kredkę i mocno koloruję bałwankom włosy.


Jedna historia

578573_340490352712712_1373979584_n


Bam. Bam.

Taki film dla facetów i pewnie się na nim wynudzę. Angielski humor, dużo, dużo krwi, poprzedzonej strzałem bez tłumika. I na pewno nie zrozumiem intrygi kryminalnej. Już bez przesady, że ten Colin eF to takie cudo. Albo gra marynarzy albo bandytów i bałamuci polskie aktorki.
Gdzieś na sali kinowej ktoś kwiczy ze śmiechu przy każdym dialogu. Ma widocznie ogromną empatię na humor. Jest też nie do końca trzeźwy. Jak ja przetrwam ten seans bez butelki rumu?!

„7 psychopatów” to najbardziej inteligentna komedia, jaką ostatnio widziałam.  Inteligencja jest sexi, więc jestem pobudzona jak po wykładzie profesora Zimbardo zmutowanego ze Woody Allenem. Film ze specjalną dedykacją dla ludzi, którzy piszą. Dla tych, którzy „wymyślają” historie, a może raczej je pożyczają od innych („pożyczają” to takie ładne słowo… jakby mieli oddać).  Szczególnie dla tych, którzy lubią o historiach rozmawiać, machać rękami, krzycząc „a ja to widzę tak”, „i on wtedy…”, „a ona wtedy…”. To są najfajniejsze momenty pracy scenarzystów i -stek.

Film nie jest o strzelaniu, lecz o pisaniu scenariusza filmowego, który staje się niebezpieczną rzeczywistością. Niebezpieczną, ale potrzebną bohaterowi, żeby czegoś ważnego  doświadczyć. Film ma warstwy. Sam się komentuje i sam się obserwuje.

Marzyłbym – mówi główny bohater – żeby od tej pory do końca nie było już żadnej strzelaniny. Tylko rozmowy, rozmowy prawdziwych ludzi…

Tak się nie robi, myśli widz – jak to? Umówiliśmy się na strzelanie, strzelaliście co pięć minut w pierwszej część! Gonią was bandyci!

W szkołach uczą, że widz bardzo  lubi wiedzieć, co się wydarzy. Zadaniem opowiadającego jest ten komfort zaburzać. Im częściej tym lepiej. Wtedy ciekawość rośnie (sprawdza się dobrze przy opowiadaniu bajek). Naprawdę nie jest łatwo zaskoczyć mnie tyle razy. To jest inne, świeże uczucie, jakby w gorący dzień wskoczyć do fontanny.

Bandyta: Ręce do góry.

Hans: Nie.

B: Mam broń.

H: I co z tego?

B: To bez sensu!

Film nie jest o strzelaniu ani o psie, ale o przyjaźni, dziwnej i w sumie wzruszającej. Główny bohater pobiera od życia naukę, dokładnie tak jak być powinno.  Bo nie wszystkie zasady można łamać, to jasne.

Puenta jest taka, że czasem warto dać się zaskoczyć. Iść tam, gdzie normalnie byśmy nie poszli, bo normalnie chodzimy na inne filmy, jak już znajdziemy czas, żeby w ogóle. Bam. Bam. Dajcie się zaskoczyć.

Uwaga. W filmie nie ginie żadne zwierzę. Poza tym ginie wiele osób.

I jeszcze jedno. Colin eF nie jest już tylko marynarzem. Jest w moim dzisiejszym rankingu najlepszych aktorów świata, najlepszym aktorem świata. Wybaczam mu Bachledę, alkoholizm i Los Angeles, wybaczam mu wszystko. Colin – jak to się zdrabnia?


Masz czekoladkę?

To przychodzi. Mija. I znowu przychodzi. I mija. Zapytaj każdy zbiornik wodny, większy trochę niż Bałtyk. Jak to jest tak bujać i tak się musieć. Możesz też zapytać mnie. Już ci mówię.

Nagle, rozumiesz, tylko sprzątać ma głęboki sens. Usuwanie brudu do cna. Z powierzchni gładkiej, chropowatej i wirtualnej. Środkami adekwatnymi. Układanie. Pasowanie w pary.  Rękawiczek. Ikon na pulpicie. Kart lojalnościowych w portfelu. Kolorami. Osiąganie pełnego skupienia dzięki kątom prostym. Patrzysz sobie na mnie z racjonalnego punktu obserwacyjnego,  stamtąd to nic nie zobaczysz. Patrzą na mnie dinozaury z półki przy wannie. Od najmniejszego do największego poustawiane.

Mija. Przechodzi. Przepoczwarza się. Mam poukładane, to teraz mogę spokojnie powywalać z szaf. Nie mam się w co ubrać, do jasnej cholery. Ja nie chodzę w sukienkach? Ja ci pokażę jak ja chodzę! Ja, kochany, chodzę w sukienkach i ja chodzę w butach na obcasie i na koturnie albo na obu razem. Mam pierścionki i wisiorki wisiadełka. Choćbym tylko szła do przedszkola, nie możesz mnie nie zauważyć. Kolorowy szal mam taki, kaszmirowy, proszę ja ciebie, godowy. Czy nie uważasz, kochana, że dziś jest taki wspaniały dzień, że mnie coś rozsadzi zaraz? Nie uważasz. Oj, tam, weź się. Uśmiechnij się, przeciwności losu kłody pod nogi ty olewaj i ty się nie martw, tylko carpe diem. Ja jestem optymistyczna? A czemu nie?

Mija. Przechodzi. Przepoczwarza się. Wcześniej czy później pęka. Ta tama. Płaczę, ponieważ nie zadzwonił. Lub zadzwonił, ale w złym momencie. Ponieważ spóźnił się autobus, nie przyszedł mail, ktoś od kogoś odszedł, a ja nie mam biletu na tramwaj! Ponieważ jest sobota. Ponieważ jest dojmująco smutny poniedziałek. Ponieważ już z górki, choć ciągle pod górkę. Ponieważ wszyscy umrzemy, a ja nie mam nawet czekoladki! Oczywiście że jestem świadoma, że to jest nieracjonalne. OCZYWIŚCIE. Nie jestem głupia. Czy ty uważasz, że ja jestem głupia?!

Mija. Przechodzi. Przepoczwarza się. Puchnie. Myśli naciskają na siebie. Czują się grube i nie bardzo chcą być na widoku. Ja nie jestem małomówna, tylko zamyślona. Każdy chyba może być, do cholery, nieco introwertyczny. Do wewnątrz trochę, pod kołdrę każdy ma prawo. Puzzle mam tu takie. Dwieście sztuk. Możemy sobie ułożyć, tylko nie za szybko.

Mija. Przechodzi. Dokładnie dwadzieścia sześć dni.  Już ci mówię, co dalej.

Nagle. Tylko sprzątać ma głęboki sens. Usuwanie brudu do cna. Z każdej powierzchni. Środkami adekwatnymi. Układanie. Pasowanie w pary. Skarpet. Rękawiczek. Kolorami…

 

A ty myślałeś, że to polega tylko na czymś całkiem innym? No, właśnie, jak widzisz, nie.


%d bloggers like this: