Monthly Archives: Styczeń 2013

Dziewcyno, dziewcyno

Stwierdził, że narty nie są fajne. W ogóle. Choć rano, kiedy dostał w wypożyczalni srebrny kask, to chciał. A teraz nie. Na nic sugestie, prośby, zachęty i subtelne szantaże. Nie i nie. Było koło południa, śnieg prószył, herbata z sokiem malinowym parowała na mrozie niczym wulkan przed. Dzieci śmigały z góry. Szybciej niż ja jeżdżę na rowerze.
Dziewcyno, dziewcyno, cemu ześ taka smutna? Nie jestem ci ja smutna, ino te góry takie piękne. Aż ciężko.

Była pierwsza. Zjedliśmy frytki smażone na starym oleju. Dużo ketchupu zabiło smak. Śnieg prószył, zasypując brzydotę i robiąc klimaty. Dzieci stukały butami narciarskimi o drewnianą podłogę karczmy. Było wpół do drugiej i poszliśmy oddać narty.

Po drodze stwierdził, że raz to on może jednak spróbuje. Puściłam go i kawałek pojechał.  Wygrzebałam go ze śniegu i rozplątałam nogi. Dziesięć razy a może sto. Pot spływał mi po plecach. Koło drugiej. Zjechał sam. Między trzecią a wpół do czwartej nauczył się skręcać, wstawać i korzystać z wyciągu. O czwartej odepchnął moją pomocną dłoń, a o wpół do piątej jeździł lepiej niż ja.

Śnieg zamieniał się w wodę. Na czerwonych policzkach.
Dziewcyno, dziewcyno, cemu ześ taka smutna? Nie jestem ci ja smutna, tylko jestem taka  śniegiem zasypana matka dumna. Aż głupio.

Reklamy

M3

Z bloku wyrosłaś i gdzie się obrócisz tam blok. Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość blok. Wychowałam się w labiryncie ścian, ścianek, meblościanek oraz tapczanów chowanych w ściany. I w ogóle wszystkiego rozkładanego w nowym roku. Jak się siedziało w ubikacji, to się czołem dotykało drzwi. Nad wanną wisiała suszarka i kapały prześcieradła zimną wodą na ciepłe plecy. Ważne było mieć sąsiadów mniej pijących, bo po rurach szło. Sąsiad więcej pijący to największe zło. Na imieniny rozkładany stół i pożyczane od sąsiadów krzesła. Do łazienki kolejka. Od ściany do ściany jeden krok.

I takim blokiem tak stoję do teraz.

Ale coś mnie klaustrofobia dopadła, jak wciskałam garnek bokiem do szafki. Teraz go nie mogę wyjąć. Książki dawno powciskałam do pudeł. Zdjęcia dziecku nie mogę zrobić, bo mi się w kadrze całe nie zmieści. Żeby otworzyć szafę, muszę przesunąć suszarkę, z której prześcieradła kapią. Potem mogę przesunąć rower. I już. Skłizing w szafach. Jest trochę za mało powietrza, żeby odetchnąć głębiej i trochę za mało miejsca żeby móc udawać, że mnie nie ma. Za mało, żeby mieć spiżarnię, pralnię i chowalnię, gdzie ja cichutko siedzę i żyję.

 Czasem wyobrażam sobie, że mówię:
weź zobacz na górze,
może zjemy na tarasie
schodzę na dół jakby co
(i niech pies nie wchodzi do salonu!)
możesz zostać i spać w gościnnym

 No, ale ja z bloku. Kuny od wiewiórki nie odzróżniam. Przed pająkami uciekam. Boję się burzy. I pszczół najbardziej. Chowalnię mam w wannie.

Zostaw kalosze na zewnątrz
i wpuść psa do salonu


Ale o co chodzi?

Ale o co chodzi z tym tylko spokojnie?! Że tylko spokojnie w obliczu zaskakujących dysonansów? Tylko spokojnie, kiedy by się chciało jakoś inaczej, a wychodzi jak zwykle? Czasem naprawdę w dupie mam to tylko spokojnie. I regularnie histeryzuję.

Ale jednak i tak w końcu. Tylko spokojnie. Wtedy, kiedy nie wiem co robić i kiedy za bardzo się staram. Kiedy coś i kiedy nic. Kiedy narzekam i kiedy doceniam. Kiedy wystarczy i kiedy ani na lekarstwo. Chciałabym być kimś naprawdę wspaniałym. Albo chciałabym tylko być sweterkiem w rozmiarze sto szesnaście. Czasem mam taki apetyt.  Nagle całkiem tracę smak.

Jak nie wiadomo o chodzi, to musi być kategoria literackie. Głosujcie, jeśli czytacie. Czytajcie. Co ja bym bez Was.

zima

[zdjęcie: kasya.org]

Sms E00142 na numer 7122
Koszt smsa 1,23 pln
Goście zagraniczni, którzy chcieliby oddać głos, mogą poprosić o głosowanie kogoś z polskim numerem.


Dwie takie same lale

Skwarki na kromce. Słone i chrupiące. Babcia podsuszała chleb, bo świeżego nie lubiła. Cerata w kwiaty lepiła się do łokci. Tu i tam miała cięcia po nożu, do których nie można było wkładać palców, choćby się chciało. Dwie takie same herbaty w takich samych szklankach. Szklanki w blaszanych koszyczkach. Sól posklejała się w solniczce.
Patrzyłaś mi na ręce. Czy nie mam więcej. Patrzyłaś i układałaś sobie na talerzu tak samo jak ja miałam. Jak to zwykle młodsze dziecko. Naśladowałaś. Skwarki były słone, a szynka miała takie białe mokre błe dookoła. Ale jadłyśmy, bo babcia specjalniedlawas poszła na targ po mięso. Mięso na zupę. Mięso od baby.

Miałyśmy tylko dwie zabawki. Dwie lalki. Jedna była taka Krakowianka jak się patrzy. Ruchome powieki opadały na niebieskie oczy. Policzki lśniły różem. A usteczka ach. Krakowianka była moja moja. Krakowianka była taka sama jak druga lala, ale chudsza. Ale grzeczniejsza. Ale lepiej się uczyła i w ogóle nie pokazywała majtek.

Druga lalka była śniada, ciemnowłosa jak ty. Twoja Cyganeczka. Miała kaftanik z cekinów. Miała ciemne oczy jak umalowane.  I choć obie lalki były takie same, to Cyganeczka była jakby niższa, pulchniejsza i silniejsza. Lepiej dogadywała się ze zwierzętami. Była odważniejsza. Potrafiła warknąć na babcię. A wtedy mówili Cyganeczce, patrz jaka ta Krakowianeczka. Patrz. Nie taka jak ty. Patrz, jaka ta Krakowianeczka grzeczna. Ach, jaka ona, patrzyłaś.

Lale siedziały na haftowanych poduszkach. I obie były takie same, ale Krakowianaczka była bardziej.
Dostawałyśmy po kromce z kiełbasą i schodziłyśmy po schodach na zakurzone podwórko. Miałyśmy sukienki. A ja ładniejszą. Jadłyśmy kiełbasę. Ja zawsze do końca a ty zależy, czy miałaś ochotę.
Na placu zabaw stały dwie rakiety. Wysoka dla mnie a niska dla ciebie.

Nocami rysowałyśmy sobie na plecach zagadki. Czasem ja pierwsza, czasem ty. A kolejność zawsze ustalałam ja.
Nocą lalki spały, a my podsłuchiwałyśmy jeszcze, że rodzina to a tamto. A na moich rodziców nigdy nie było biadolenia. A jak nas przyłapali pod drzwiami to raczej była twoja wina.

Teraz rozumiem, dlaczego te wspomnienia mamy prawie takie same, ale prawie.
I dlaczego jesteś wegetarianką.


Górka

Rodzice na górce dzielą się na tych krzyczących, żeby ostrożniej, i na tych, żeby odważniej. Poczekaj w kolejce. Hamuj. Nie hamuj. Zejdź ze środka. Pozwól innym. Idź bokiem. Tu niebezpiecznie. Tu bezpiecznie. Daj nos ci wytrę.
Mój właśnie zjeżdża na brzuchu, sanki się zatrzymują, on leci dalej. Zarył twarzą w śnieg. Gramoli się. Pluje śniegiem. Wstaje. Mamooo! Krzyczy z dołu. Znaczy się: żyje.
Mamooo, krzyczy, uroisz mi braaa?!!!
??!!
Czy urodzisz mi brata?!
Yyy… Wszyscy patrzą na mnie wyczekująco. Wszyscy chcą wiedzieć, czy urodzę. Na dole czeka na odpowiedź dziecko.
Uśmiecham się do rodziców, babć i niań w mroku. Hehe ale te dzieci normalnie no. Hehe. Mamooo. Poczekaj, zejdę to pogadamy, odkrzykuję bardzo wesoło. Już idę.
Idę.
Mijam rodzeństwa parami ciągnące sanki. Ciągnące się nawzajem pod górkę.
Lewa, prawa. To jest skomplikowana sprawa.
Mam siebie z powrotem. Mam biureczko, tam gdzie stało łóżeczko. Mam swoją reinkarnację w postaci tej oto właśnie.
Nie kręci mi się w głowie. Nie dusze się. Nie stoję nad przepaścią. O drugiej w nocy. O czwartej rano.
Nie każdy się nadaje. No, nie każdy. Nie jestem pewna. Przykro mi. Przepraszam całą górkę. Ciebie też. Ale chyba nie.
Klękam na śniegu jak do spowiedzi. Ścieram mu śnieg z twarzy.
W sobotę będziemy spać do dziesiątej i oglądać bajki, dobra?
Mama…
Może się okazać że nie urodzę ci brata, mówię szybko.
No to super, prycha z ulgą. Bo wolałbym raczej psa.


Blue Monday

To jest blue Monday. Mówisz, że tak słyszałeś. Blue Monday. Więc może to dlatego, mówisz.
Śnieg napierdala, jakby się jakaś pierzyna rozpadła z rozpaczy. Co ja ci poradzę. Nie do końca coś w ogóle mogę. Więc, jeśli to jest to. To niech już będzie. To ja bym chciała w związku z tym kilka spraw dziś załatwić.
Pojechać do domu tam i usiąść na dywanie. A oni, że co się stało? Czy coś się stało?? A ja, mamo tato, chcę wam to powiedzieć zawsze, jak tylko stopami dotykam tego dywanu. Ale nigdy nie mówię. Że nie chcę, żebyście umarli. Oni popatrzą po sobie. Ale nam nic nie jest, powiedzą. Nikt nie umiera. Wiem, ale ja nie chcę w ogóle. Wiem. Udaję tylko, że nie widzę różnic na zdjęciach. Mamusiu. Muszę iść. Do mojego brata. Zanim zasypie wszystkie drogi. Cześć. Czy ty wiesz, że nikt, poza tobą, nie rozumie moich żartów?
A on na to, że czy to jest właśnie jeden z tych żartów? A ja, że nie. A on, że po to taki szmat drogi, żeby tylko? A ja że tak. Żeby tylko. A on, żebym już przestała. No, na boga. Może herbaty albo coś z wódki. Ale ja bym nie przestała. To jest blue Monday. Właśnie mi się przydarzył.
Potem wróciłabym tu. Do was. Czy aby mi wystarczy tej miłości czy też ona mnie jakby przerasta trochę. Ja cię, westchnąłbyś tylko, rozpakowując kolejną paczkę chusteczek.
A na końcu nad sobą. Ostatecznie i nieuchronnie. Nad sobą samą. Z powodów. I bez. To jest blue Monday. Najsmutniejszy dzień w roku.

Między filmem Amour oraz fragmentem suszącej się powieści Alfred i Emily ukochanej Doris Lessing. Trzymajcie się.


kapota

Gdzie oni są?
Byli przecież. Kiedy chodziłam do szkoły, a po szkole na miasto. Tam ich było zawsze. Więcej niż dziewczyn.
Moje miasto było podzielone. Na rewiry, na rejony, na za kim jesteś i na co się tak gapisz. Obowiązywała ścisła rejonizacja, a kontrole odbywały się regularnie. Biegać szybko umieliśmy wszyscy. I nie był to poranny jogging. To był Husajn Bold jak się patrzy. A kto nie biegł szybko, ten mógł doznać rany. Rana była na ogół powierzchowna, bo chodziło o tę, wiecie, krew. Krew nocą wygląda na czarną i szybko wsiąka w dżinsy. Rana zszyta na izbie przyjęć. Na nocnym dyżurze. W szpitalu na peryferiach, gdzie wszyscy się znali. Szył ojciec kolegi. Może akurat tego, co atakował. Takie to miasto było. Nie było w nim kawiarni, tylko piwiarnie. Nie było w nim trzeźwych. Byli jacyś tam trzeźwi, ale jakby ich nie było. I chłopaki. Ach. Jacy oni. Nieważne z liceum czy z samochodówki. Bóg, honor, ojczyzna i ulica. Nie dla panienek.
Wszystkie te groźne i ciekawe rzeczy, które im się przydarzały! Naprawdę szalone. Szesnastoletni posiadacze broni białej. Dzieci bez dzieciństwa z rodzin takich i różnych. Mali dorośli. Bez taryfy ulgowej żadnej.

A teraz.
Czterdziestoletni chłopcy w kawiarniach na fejsbukach. Przeciwzmarszczkowi, zdrowo odżywieni i po terapii. Przystojni, parujący wodą toaletową.  Po prostu koniec kapota. Blokowa tęsknota.

A wtedy.
Się z nimi włóczyłam. I tylko wyrzucałam zakrwawione chusteczki do kosza. Wydłubywałam z kieszeni pieniądze na zrzutkę. A listy pisało się na kartce w kratkę, a romansowało się przez lekkie dotknięcia palców przy podaj mi zapalniczkę.

I ten koncert nagłośniony tak, jakby się siedziało w garnku, w który ktoś wali młotkiem. Wino jak kompot. Wyszedłeś z dymu, prawie się o mnie potknąłeś. Hej, znam cię ze szkoły. Powiedziałeś. Miałeś czarny sweter z masą poprzyklejanych paprochów, długie włosy z teledysku. A byłam ubrana, mówiłeś potem, zajebiście. Jak postać z Milosa Formana. No jasne, to wszystko było z ciuchów. Tak się to stało. Hej znam cię ze szkoły. A wszystko było z ciuchów… Wracałam piechotą sama. Nocą koło boiska. Nieostrożnie. Szłam po roztopionym śniegu, bez czapki, a wiedziałam już, że to nie będzie taka szczęśliwa historia. No, ale która tam była szczęśliwa.

 

 


łał i ach i ała

Tak ogólnie to I’m fine i wszytsko gra. W stadzie nam się jakoś wiedzie. Mamy wspólny brak czasu, żeby o nim rozmawiać. Śpimy, dotykając się nogami. W tym samym pokoju dotykają się rękawami nasze uprane koszulki. Spodnie zaplatają mokre nogawki. Nocą, jeśli nie da się spać, można patrzeć na rząd małych rajtuzek na tle okna.

Poszliśmy w schemat i się go trzymamy. Z rosołu na drugi dzień zawsze robię pomidorową.

W ogóle to I’m good.  Odczuwam cały wachlarz emocji, o których piszą pisma dla kobiet ze średnim i wyższym wykształceniem. Przez co mam poczucie, że przynależę do jakiejś społeczności i że chciałabym mieć apla albo przynajmniej coś, co z daleka wygląda. Zdaję sobie sprawę, że jest na świecie dużo osób, które mają gorsze warunki psychiczno każde. Zazwyczaj ich nie spotykam. Bardzo kocham zwierzęta i schabowe teściowej. Jestem klasa średnia aspirująca. Jestem albo mnie nie ma.

Ale czasem mi się zdarza. Taki moment. I’m not fine.  I nie jest fajn taki lajf. Do dna do cna do szpiku zła. Drży i w końcu pęka. Patrz, jest szczelina w mieliźnie codzienności. Patrz! Jak stamtąd kusi inne coś. Znam to. Ale skąd to już nie pamiętam. Wali się dekoracja. Otwierają się płuca z jakąś gwałtowną zachłannością. Tego się nie da opisać. Bo to jest jednocześnie i łał i ach i ała! Otwiera korytarz jeden i tylko jeden, a wszystkie inne są nieważne. I wszystko co znałam, jest mi całkiem obce. Tylko JA nie jestem sobie nareszcie obca. I trwa to ułamek. Jeden krzyk albo dźwięk albo słowo. Trzask. Koniec. I wracam do rzeczywistości, przez chwilę będąc ituitam. I ten dysonans jak odruch wymiotny. Chcę biec biec z powrotem, ale nie mogę. Chcę biec po swoją utopię, po swoje coś utracone. Jedno jedno jedno życie jest! Ale już mnie obejmują mokre koszulki, nogawki, rajtki. Już ciiicho, cicho śpij, śpij, zapomnij. Wszystko gra.

Jestem znów tu. Jestem albo mnie nie ma.


Piramida żywienia

Lećmy wszyscy do stołówki. Tam sobie wybierzemy tyle, ile nigdy nie zjemy. Skoro to szwedzki stół, a jeszcze zakaz wynoszenia, to musimy się naszamać, nasza mać!
Cztery talerze. Na jednym leży tysiąc kotletów. A drugi talerz pełen bananów. A wy, dzieci, róbcie to, co my.
No, śmiało, bierzcie, bierzcie więcej niż macie ochotę jeść. Na wszelki wypadek. Na zapas. Jedz, nie gadaj. Nie po to na śniadanie zeszliśmy przecież, żeby gadać. Ładnie jedz. Z talerza wszystko, bo potem nie będzie. Będziesz głodny. Chcesz być głodny? Czemu on nie je? Czemu nie jesz? Jedz, a będziesz duży, silny. Jak tata. Jedz, a dostaniesz ładne coś. A nie powiem co. A jak nie zjesz, to nie będzie. Deseru nie będzie, bajeczki. I w ogóle nic nie będzie.
O, teraz to rozumiem. Ładnie jesz, pięknie. Zobacz… Nie – wszyscy zobaczcie, jak on je! Pokaż, jak jesz. Zrób sztuczkę, że jesz. Tylko szybciej, bo będzie zimne. Kto pierwszy. Na wyścigi. No i przegrałeś. Przegrałeś i nakruszyłeś.

Wgapiam się w rozkrojone jajo na talerzu i zaciskam wargi, że zaraz pękną. Ale nie powiem już, nie będę powtarzać tego, co mówią oni. Nie powiem nic o jedzeniu. Niech je, co chce i jak chce, choćby sobie posłodził jajecznicę i włożył ją do butów. Nie powiem nic na temat jedzenia. Będę śpiewać kolędy. Zaśpiewam listę przebojów muzycznej jedynki. Zjem serwetki, pokroję i zjem. Połknę sól i pieprz, popiję octem, nie powiem słowa. A pan co się tak patrzy, ładna pogoda, prawda?

On je, gapi się, gada, przekłada, odkłada, zagląda pod spód nieufnie, żuje. Za oknami świat kusi zadziwiającą ilością atrakcji niezwiązanych z jedzeniem. Patrzy więc przez okno. Toto mu stygnie. Ja już na granicy wytrzymałości, ale wbijam sobie widelec w udo i jakoś nic nie mówię.
On, zadowolony, wkłada łokieć do herbaty. Czy lodowe kolce są fajniejsze od kamiennych? Lodowe kolce, lodowe kolce… Myślę o lodowych kolcach. Myślę o tej całej stołówce. I że chce mi się biec. Od tego dziubania. Gęgania. Straszenia. Manipulowania. Ja już nie dam rady się uwolnić. Ale on niech sobie je jak chce.
Niewyobrażalnie dużo mnie kosztuje nie wepchnięcie mu do gardła życiodajnych kalorii. No, ale, umówmy się. Lodowe kolce są o wiele fajniejsze.


%d blogerów lubi to: