Monthly Archives: Luty 2013

Bawiłam się świetnie

Gdybym nie przyszła do kuchni rano i nie potknęła się o burego kapcia, to bym nie użyła brzydkiego wyrazu, a ty nie wzięłabyś tej płyty i nie puściłabyś mi tej piosenki, co myślisz, że opowiada o mnie. Jak to bawię się świetnie. Chyba się bawiłam. Kiedyś.

Piosenka brzmiała jednak smutno, a ja byłam jeszcze w piżamie. Kupiłaś mi piżamę, żebym miała, jak przyjadę. Ja w domu u siebie nie mam piżamy. Jeszcze sobie nie kupiłam.

Postanowiłam zająć się robieniem owsianki, bo się jakoś wzruszyłam tą piosenką i nie chciałam, żeby to wypłynęło. Tak z rana. Wzruszyłam się, bo, owszem, kiedyś bawiłam się świetnie, ale nie tak bardzo. Więc mieszałam pochylona, że prawie sobie włosy ugotowałam. Żebyś nie zauważyła, że miałam moment afirmacji. Że w ogóle się nie bawię, ani świetnie ani wcale.  Że gapię się z wami na mokrą śnieżną breję na ulicy, po której nie jedzie karetka ani nic. Jest tylko spoko breja, co się rozlewała efektem wilgotne oko.

Dziecko sturlało się z kanapy i mościło sobie miejsce w roztoczach w dywanie. Dzieliło mnie od niego dziesięć kroków. Pięć sekund może żeby je wziąć na ręce. Skrobałam dno rondelka. Byłam blisko padnięcia krzyżem. Bawiłam się kiedyś świetnie, ale nie do końca tak świetnie, jak to wyglądało.

Ojciec spytał, zaglądają do owsianki, czy będę to jadła. Czy może już to raz jadłam. Wyglądał na zadowolonego ze swojego żartu. Popukałam się w głowę. Bardzo go to rozbawiło.

Wczoraj po obejrzeniu wiadomości nie mogłam spać.  Że tyle złych rzeczy może się nam przytrafić. Że ja już bawię się świetnie tak jak jest.

Potem przypomniałam sobie, że zapomniałam. A miałam. Kupić cytryny. Woda z cytryną podobno dobrze działa na cerę. Dbanie o cerę jest wyrazem jakiejś nadziei. Chyba.

Oddzwoń jak odbierzesz. Albo nie. Przyjedź. Przyjedź szybko.
Jest owsianka. Doskonale wymieszana.

 


Ram pam pam

Ranek był słoneczny. Promyki słońca wpadły do pokoiku. Skakały po pościeli świetliste zajączki. Po stópkach bosych. Po misiach i jeżyku.
Wstawaj, taki piękny dzień. Budzą się paluszki, brzuszek się budzi,  i rączki…  Hop z łóżeczka, chyżo, pędem do łazienki. Rześką wodą oczka, nosek, gluty, fu, ząbki. Ach, jak wspaniale. Kolejny dzień. Karteczkę z kalendarza zrywamy. A jaki to mamy bon mot na dziś? Kalendarz mówi: naucz się grać na jakimś instrumencie. Hej ho. Wspaniała rada. Nie mam co robić, tylko jeszcze się uczyć grać. Naprawdę.
A co to za golasek nieubrany? Majtki nie na głowę, tylko na… hahaha, jaki żarcik. No już, ubierz się, bo my tu sobie tak śmiesznie żartujemy, a przecież mijają minutki od pobudki.

Pora na? Śniadanko. Jajeczko, grzaneczka i czerwony muchorek. Haha żarcik, pomidorek. A ty wiesz co pomidorki robią w brzuszku? Jakie to witaminki im tam pompują? Taaaaakie duże.

Tam ta ram. A gdzie się schowały buciki? Ja piórkuję, gdzie one są. Ach, tu się schowały. No po prostu to by było bardzo śmieszne, gdybyśmy nie byli tak spóźnieni. Więc już nie chowaj bucików tylko… Jeszcze raz? Nie, już nie. Tak. Nie. Tak. Nie. Tak. No, dobrze, ostatni raz.

Hahaha, buciki schowane. Nie mogę.

Teraz jeszcze mały wyścig. Jasne, ja uwielbiam wyścigi. Znowu wygrałeś. Takiś szybki. Matka pokonana.

Do furteczki do przedszkola, nie idź w śnieżek, nie…. nie, no, zajebisty orzełek, to znaczy fajny, tylko teraz jeszcze ten śnieżek, kurka wodna, masz nawet pod czapeczką. A tam już dzieci śpiewają, rysują. A gdzie buciki. Jak to się schowały?
Znowu?!
No coś ty. No ci dopiero. Gdzie one mogą być?
Są. Rozbierz się słoneczko, bo mi pot plecach cieknie i może mi się antyperspirancik nie sprawdzić. Tak to już jest, człowiek się musi ubierać i rozbierać. I tak całe życie.

Pomacham ci, jasne. Macham papapa, buziaczki. Śmieszne minki. Groźna, wesoła, groźna, wesoła. Hehehe. Papa.
Pa.
No pa.

Pan woźny odśnieża plac zabaw. Mam taką fantazję, że podchodzę do niego i pytam:
– Masz pan co zajarać?
A on odkłada tę taką łopatę wyprasowaną i wyjmuje z kieszeni szlugi bez filtra w miękkiej paczce. Rozglądam się po placyku i mówię:
– Ale nak*****iło tego śniegu przez noc, ja pie****ę!

 

 


Jak wyglądam

Wyglądam bardzo przeciętnie. Od jakiegoś czasu. Moją przeciętność potwierdza każda wystawa sklepowa oraz lustra w publicznych toaletach, co zbierają twarze trójkami.

Mam czarną, puchową kurtkę, wełnianą niebieską czapkę, szalik z frędzlami, półbuty z CCC. Mam golf czarny i niebieskie dżinsy. Szaleństwo oryginalności. Mam włosy w dwóch odcieniach szaroburości. Mam sweterki z sieciówek, które kupiłam szybko, bo mi się nie chciało stać w kolejce do przymierzalni.
Ubieram się, żeby się ubrać. Moje ubranie nie wyraża nic. Wyraża nic moje ubranie. W kolejce wyglądam jak część składowa kolejki, na ulicy jak przechodzień, w autobusie jak pasażer.

Może by tak sobie jakiś kolczyk chociaż w widocznym miejscu? Może podgolić trochę asymetrycznie? No, żeby, wiecie, wyrazić jakąś wyrazistość.
Może coś sobie wytatuuję dla pożądanej oryginalności. Przecież tamto, to już tyle lat temu było. Miałam chłopaka pierwszego, co go bardzo lubiłam. A on polubił inną niestety dziewczynę. Taką nieprzeciętną. I ona sobie na nadgarstku prawym różę wytatuowała. Różę. Co on bardzo podziwiał, a co mnie powinno zaniepokoić wtedy, ale nie zaniepokoiło. No więc tamta historia, po której już sobie przysięgłam, że nie, to już nie ma znaczenia.

Takie tu mamy różne wzory. Można spersonifikować. Kropki i półcienie. Bardzo modne jest wypełnienie. Wypełnia niedobory oryginalności.  Zaradza poczuciu przeciętności. Co chcesz. Węża albo imię męża. Co chcesz.

Dziewczyna z górą dreadloków pochyla się nad barkiem klienta, bzzyt bzzyt, dźwięczy maszynka. Tusz się w ciało klientowi wtapia, forever end ever. Czy już coś wybrałam czy się zdecydowałam.
Nie. Jeszcze nie.
To ja może się zastanowię i wrócę.

Wychodzę na ulicę zasmarkaną resztkami śniegu. Zagryzam wargi bez błyszczyka. Zaciskam powieki tuszem z promocji maźnięte. Nie mogę udawać, że nie jestem, skoro jestem. Taka właśnie nijaka. Może tatuaże są jednak stanem duszy. Róże na nadgarstkach i puste nadgarstki bez róż.
Staję na przystanku. Nie rozpoznałbyś mnie. Oka być nie zawiesił. Nic nadzwyczajnego naprawdę.


Dzięki

Wczoraj blog TS został nominowany przez Agatę Passent do nagrody głównej w konkursie Blog Roku. Mój prywatny wentyl bezpieczeństwa, moje narzekanie, na czym świat stoi!

Rok temu, o tej porze mniej więcej, byłam na koncercie Lamb. Ledwo zdążyłam, bo młody chory, zupa kipi, kipi groch. Po bisach, Andy Barlow  (oł je) rzucił pałeczkę do perkusji w tłum.  Dostałam nią prosto w głowę i pomyślałam, że to będzie lepszy rok.

Dwa lata temu siadłam do kompa i ze ściśniętym gardłem napisałam, że się staram, naprawdę.

Trzy lata temu, robiąc siódme kółeczko z wózkiem po parku, pomyślałam, że chyba zniknęłam.

Może nie. Może po prostu musiałam złapać równowagę nad.

Dziękuję Wszystkim którzy wysłali sms-y na tego bloga, dziękuję Frustratce, Zaradnej Mamie i Julii (szafatosi) za wsparcie na swoich blogach i FB.  Oraz wszystkim Czytaczom za obecność i komentarze.

Teraz, łaskawie może mi powiedzcie, w co ja mam się ubrać na tę galę, ha?!


Wszystko przed nami

Samotne matki piłują paznokcie i malują je kolorem. Jednym z dziewięciu, jakie mają porozrzucane po łazience. A deska jest opuszczona. Samotne matki jakimś cudem zawsze mają kogoś, kto zostanie z dzieckiem, kiedy jest impreza. A jak nie mają, to wezmą dziecko. Samotne matki nigdy nie zapominają, jak się robi wieczorowy makijaż. Są w tym coraz lepsze. Wiedzą, kiedy są ostatki, Andrzejki oraz topienie marzanny. Samotne matki podróżują, choćby miały pojechać na weekend za albo weekend pod. Mają tatuaże albo chcą mieć. Piją piwo ma plaży spod koca. Plują piachem i śmieją się.  Tak je widzę.

Są zawsze w trakcie remontu. Zawsze mają plany na przyszłość. Zawsze mają kłopoty finansowe. Zawsze dają radę. Mają pracę. Nie taką znowu ale zawsze. Mają prawa jazdy. Mają prawa do alimentów, których nie dostają. Samotne matki rozdarte między miłością a wkurwem na niego, czytają poradniki, jak opanować złe emocje. Samotne matki przeszły swoje. Co było a nie jest dodaje im tylko seksapilu.  Samotne matki nie mogą po prostu po niego zadzwonić. Nie mogą objechać, więc trochę dają sobie spokój, a trochę piją wino. Samotne matki wprowadzają chaos, rozedrganie i ryzyko. A my tak się już okopałyśmy, że ło raju, trzymamy się mocno i proszę nie bujać łódką!

One patrzą na nas i trochę nam zazdroszczą, a trochę nie. Bardziej niż my wierzą, że jeszcze wszystko przed nimi. Bardziej.


Lusterko

Zabawa taka. Niespodzianka. Czy ja chcę. Poszeptali między sobą, pomrugali. Powiedziałam że chętnie, że jasne. Dom był duży, wiejski i skrzypiący, towarzystwo wspaniałe i pod wpływem. Miałam dwadzieścia lat. Było lato lato lato! Trzeba było iść na strych. Z jedną tylko osobą, najbardziej zaufaną. Zabawa polegała na tym, żeby zejść z góry z lusterkiem pod brodą, patrząc w to lusterko cały czas. Ono było specjalnie wyprofilowane i nie pozwalało zobaczyć podłogi, tylko sufit. W dole było widać, tylko to, co w górze. Belki stropu, żyrandole, framugi. Się szło, podnosząc nogi do góry w najmniej odpowiednim momencie. Przed wybiciem zębów chroniła osoba towarzysząca. Uwaga stopień. Zrobiłam krok, a podłoga w lusterku opadła bardziej w dół. Z każdym stopniem, opadała jeszcze bardziej. Szłam dalej. Przestępowałam belki i stare lampy aż doszłam do drzwi na podwórko. Otworzono je przede mną i wyszłam na próg. Było lato lato. Sierpień. Pod nogami miałam coś niesamowitego. Na początku nie widziałam, co to. Jakaś dziura wielka, pełna świetlików. Całe niebo. Pod nogami.

Piję kawę z napisem: ciufcia. Z szeryfem. Szeryf ma czerwoną apaszkę. Za oknem pracuje śmieciara i zaraz się wszystko obudzi i będzie coś o zębach, piżamach i kanapkach z. Będzie coś o planach na. Będzie coś na trzecią i na szóstą. I nie mam żadnego kontaktu od tej dziewczyny z lusterkiem. Nie pamiętam, jak to było. A przecież. Wszystkim nam to by się bardzo podobało. Taka ja. I taka zabawa z lusterkiem w sobotę rano.


Od jutra od rana

Chcesz coś osiągnąć, musisz dążyć i drążyć. Nie narzekać, że pod górę, jeśli chcesz zdobyć szczyt. Wszyscy wielcy, którzy coś coś, posiadali jedną wspólną cechę. Jaką? No, jaką? No właśnie, dobrze. Właśnie tę. Konsekwencję.

Matko, jak ja się staram. Staram się, ćwiczę się. W porze wstawania, w porze pisania, w doprowadzaniu do końca, w nieporzucaniu rozpoczętego. Potem zasypiam i przekładam na jutro, popijam winem, umawiam, odwołuję. Niekonsekwentnie nosiłam taki wisiorek na szczęście. Ale zgubiłam go. Szukałam na kolanach cały wieczór. Ale zaraz zaraz. Po co mi wisiorek na szczęście?

Jak ja się, i cię, i wszystkich wciąż chcę przekonać. Że posiadam tę cechę wymarzoną. Pożądaną. Bez której grób mogiła, nic nie będzie. Od jutra. Wstanę rano raniuteńko, zobaczysz, poszukam wisiorka, zrobię zdrowe śniadanie i pójdę do pracy nie spóźniona, żeby robić tam karierę na stanowisku. Zrealizuję to i tamto, co zaczęłam i nawet będę ćwiczyć dwa… nie, trzy! Trzy razy w tygodniu. Krok po kroczku aż dojdę do czegoś. Nie rzucę już niczego w cholerę. Nie będę się oszukiwać, że jakieś nowe to musi być lepsze.  W momentach zwątpienia będę oddychać głęboko. Aż do hiperwentylacji. Aż do końca. Od jutra. Od rana.
Wszyscy którzy coś coś, posiadali tę wspólną cechę. Mnie nie daną. Ja dostałam jakiś inny zestaw.
A całkiem aktualnie nieprzydatny.

 


Dzień świstaka

Rejestracja. Nazwisko, pesel, kod pocztowy. Proszę podać dane. Czy ja się pytam, co pani jest? Najpierw Ewuś wykryje, czy pani istnieje dla systemu. Czy system panią widzi. Pogadamy wyłącznie po pisemnym oświadczeniu o ubezpieczeniu. Korytarzem na lewo, przez szklane drzwi, prosto i drugie wejście na prawo. I już pani jest. Ale nie wchodzić. Czekać. Aż zawoła. Zacisnąć zęby i czekać. Po to się płaci co miesiąc, żeby mieć prawo do czekania. Jest pani szanowna teraz numerem peselem w Ewusiu. Pani ból także. Jest rozgrywką w naszej prywatnej walce o godniejsze płace. Białe namioty nastawiamy, a tymczasem pani ból korytarzem prosto. A że nie pani? Że męża? A pesel męża? Równie mało nas obchodzi, co mu jest. Jest bowiem dla nas piłeczką przerzutką w naszej prywatnej przerzucalni, czekaniem w poczekalni.

Ale dlaczego panią do mnie przysłali – pyta lekarz z oddziału jakiegośtam, na lewo korytarzem, przez szklane drzwi, prosto i drugie wejście na prawo. Pyta i mam wrażenie, że nie jest to pytanie, na które znam odpowiedź.
Znów rejestracja. Okienko władzy absolutnej. W roku orwellowskim roku osiemdziesiątym czwartym, w dniu świstaka.
Przepraszam, ja już byłam, ale skierowano mnie z powrotem. A skoro z powrotem, to może w takim razie, windą na lewo, na końcu korytarza. Pan doktor jest z Ukrainy. A uraz był? Urazu niet tłumaczę. Na ortopedię powiozę. Ale urazu niet, to po co? Już powozi.

Jeszcze próbuję się dogadać z lekarką kosmitką, która mruga do mnie zza zaparowanych okularów. No to że boli? A co ja mam zrobić – pyta. Właśnie wylądowałam, ale o co chodzi, sama nie wiem, sama nie wiem, tak się tu pracuje, wie pani, te papiery i herbatka, i papiery, w kółko. A ja przysięgałam Hipokratesowi, że proces Kafki urządzę każdemu, kto się zbliży.

Dlaczego mu nie wstrzykniecie, jego mać, jakiegoś ketonalu, który na pewno macie w swoich szklanych szafkach pozamykany?! Wasza władza sięga do szafek, ale wasze procedury i wasza empatia do tych szafek nie sięga!

Na oddziale ortopedycznym długa kolejka. Buty narciarskie leżą na upapranej gipsem podłodze. Fabryka pracuje. Proszę się ładne ustawić do zdjęcia. Uśmiech. Trzask prask. Rentgenikiem. Na lewo gipsowanie. Na prawo wyjście do domu. Następny proszę. Dziewczynka z nieposkładaną jeszcze nogą, chowa się w kurtkę narciarską matki. Chude ramiona podskakują. Ależ kochanie to nic takiego, zaraz przejdzie. Mówi matka, się uśmiecha, blada jak ściana. Łzy kapię do butelki wody mineralnej, takiej z automatu. Jakiś facet czyta chłopcu ulotkę o elastycznych gipsach. Taka książeczka dla dzieci. Bajka na ból. Czekamy. Ketonal w szafkach się pyszni. Wbiegają ratownicy, dziewczyna na noszach zakrywa oczy od światła. Ale kiedy zabiera rękę w twarzy, to… Pani nie pamięta z kim się zderzyła, świadkowie mówią, że trzydzieści sekund była nieprzytomna.  Teraz poczeka,

Ostatecznie na rentgenie, po trzech godzinach, nic nie wychodzi. Ściskam białą rękę tego faceta, który kiedyś ściskał moją. Przez bóle krzyżowe i parte ją ściskał. Chcę mu się jakoś odwdzięczyć. Pomóc. Ale zaraz nas odeślą znowu. Znowu nas kopna w dupę do rejestracji i dalej do Ukraińca i do zaparowej. Nigdy stąd nie wyjdziemy. Ortopeda niespodziewanie sięga do szklanej szafki. To powinno pomóc. Ukłucie, litościwy wenflon, cisza.

Inni jeszcze czekają.


%d blogerów lubi to: