Monthly Archives: Marzec 2013

Pobudka

Śniła mi się Chustka. Że byłyśmy w knajpie. To była taka knajpa dla chorych. Chustka miała swój stolik. Ale ja też miałam swój. Na moim stoliku stały dwa talerze. Jeden z niedojedzonym ciastem czekoladowym. Grała orkiestra na żywo. Panował nastrój rozrywkowy. Panował nastrój, żeby teraz teraz teraz. Hej, głośniej muzyka. Hej, jeszcze raz to samo.
Ja jednak chciałam żyć długo i smutno. I mieć tak ze troje dzieci. Chciałam zapytać Chustkę, co robić. Ona jednak była w towarzystwie, uśmiechała się tylko do mnie przelotnie.
Cięcie.
Siedzę na łóżku. Pieprzony wyż znad bieguna północnego. Niebo jest żółte od słońca. Nie da się leżeć i nie da się śnić. Trzeba gdzieś iść. Śpiące dziecko wygląda na starsze. Kiedy się tak postarzało? Wczoraj wieczorem spadło z fotela. Bu bolało. Jednak ma się te super moce. Super moce na takie noce. Zamienia się krew i łzy w herbatę z cytryną. Wszystko się zagoi. Do wesela jeszcze tak daleko.
Cisza tego domu jest jak przed burzą.
Ja jestem ciągle jak przed burzą.  Od zła wszelkiego. Boję się wewnątrz i zewnątrz. Dopóki się nie obudzą. A z nimi moje super moce. Zamienią strach w jajko na miękko. Kawę czarną i gorzką, zabielą i osłodzą. Pobudka. Pobudka już.


Galeria

Galeria. Mój drogi. No jasne, że handlowa. A jaka. To jest cud. Że tak wszystko, co najważniejsze, pod jednym dachem. A do tego szklanym. Takie na ten przykład promocje dwa w jednym. Albo kuchnie z całego świata. Nie rozróżnisz smaku, ale masz wyraźnie napisane, że ta jest japońska, a ta z ziemi włoskiej. Masz przedstawione na wielkich plakatach te emocje, co możesz je odczuwać zakupiwszy majtki. I jest jak w niebie. A takie kino na przykład. Życzę miłego seansu i zapraszam do baru. Film duński, to i nawet dużo wolnych miejsc. Za to reklam pół godziny w największej rozdzielczość i głośności. Normalnie masło margaryna Prokop i nowa telewizja. To jest moc. Czasem chciałabym być pielęgniarką albo nauczycielką, ale to są chyba takie zawody na wymarciu, więc nie rozpatruję. A uwierzysz, że Bruce Willis nie tylko nie jest na wymarciu, ale normalnie ratuje cały świat przed zagładą? Jego kumpel nindża łapie kule w locie. Skoro w Hollywood tak mówią, to chyba to jest najważniejsze? Ja mam puste oczy? To przez te okulary bardzo modne. Coraz mniej widzę. Pokazują mi jeszcze gładkie laski w bikini, jak biegają, a pośladki im się trzęsą. „To nie film. To petarda.” – piszą o tym dziele opiniotwórcze tygodniki. Więc, jeśli nie wiesz, co jest teraz na tip topie, to już wiesz.

Film duński. Snobistyczny taki gest. Ja i pięciu pozostałych widzów jesteśmy snobami, a dookoła kręgle się przewracają uderzone celnym rzutem. Lotki wbijają się w samą dziesiątkę. Gładkie otwory stołów połykają kule bilardowe. A piłkarzyki piłkarzykują, a flipery fliperują. A promocje się promują. Jak jest weekend, to i centrum rozrywki rozrywa chętnych. A najbardziej najbardziej, to jest tak właśnie to opisać, jak się to gówno całe widzi. I jaki to się ma dystans. I wszyscy w tym siedzimy. Po uszy. Nowa reklama dla arkadii, dla orange srorange, nowe media, media społecznościowe, weź i udostępnij się. Załóż fanapejdż i okulary w oprawce. Idź na  duński film. Trochę popłakać, trochę się ponudzić. Trochę tę pustkę jakoś zapchać. Nie watą. Nie cukrem. Nie kawą latte. Na sojowym. Boże. Czymś duńskim może. Wszystko już było. Nawet humus w trzech kolorach. Już po nas. Nie zeskrobiesz tej maski. My jesteśmy laski, bo my mamy czas dla siebie. To jest najważniejsze. Czas dla siebie. A nowa gra snajper dla najmłodszych reklamuje się na powierzchni większej niż moje mieszkanie. I trochę mi nogi uginają od tego, a trochę mam to gdzieś. Bo jestem częścią tego, na to się składam składką radosną. W galerii, w Magdy Gessler cukierni.

Chciałabym wysiąść, niech to pojedzie beze mnie. Niech już zostanę bez tego.

Ale trochę się boję. To może jeszcze kawałek. Proszę wprowadzić pin. Proszę wybrać kwotę.


Apteka

Na górze. Chmury ciężkie od śniegu, który się prosi o użycie brzydkich wyrazów. Problemy globalne od Watykanu do tefałenu i talent szoł o dwudziestej. Na dole my. Jakoś się trzymamy. Na pasach na przejściach. Na wszelki wypadek. Chodzimy tu i tam za rękę. Poszliśmy do apteki na rogu. Przed wejściem, w zaparkowanym samochodzie płakała dziewczyna. I płakał z nią chłopak.  W samochodzie przed apteką. Kolejka była taka sobie. Kredki dla dzieci były, ale tylko połamane i nie rysowały. Rękawiczki miałeś małe i mokre. Pan klient w kolejce pachniał jak przedział pekape dla palących. Pani klientka mówiła do telefonu, że gdzie jesteś, bo ja w aptece. Zbierałeś ulotki w temacie  osteoporozy i dotykałeś szyb, żeby pani magister miała więcej roboty.  Z tamtego samochodu nikt nie wychodził. Ja nie patrzyłam. Leków była mało, rachunek był średni. Polopiryna dojelitowa. A krople dla dzieci. Takiego pięknego syna urodziłam. Tak wzięłam po prostu, wzięłam i urodziłam. Za pierwszym razem, za pierwszy podejściem do czegokolwiek. Się nie prosiłam. Wziął mi brzuch urósł, potem mi zmalał. Potem poszliśmy do apteki. Za rękę. Po śniegu w marcu. Potem wytarliśmy nosy i otrzepaliśmy rękawiczki. I poszliśmy z powrotem. I nikt nie podejrzewał że to był cud, że dzieci się rodzą, bo nie wszystkie. Tylko ja i tamci z samochodu.

Może się mylę. Nawet jeśli się mylę, to i tak mam rację.


Nie ma takiej opcji

Mam taką fanaberię, że moje dziecko nie pójdzie jeszcze do szkoły. Mam taką fanaberię, że chciałabym, aby mój syn poszedł do zerówki w szkole, która jest najbliżej domu i do której będzie chodził za rok.
Nie ma takiej opcji psze pani.

Panie robią miny zatroskane. Robią dziubki. Dziubki są uszminkowane. Rączki są porozkładane. Mowa ciała jest wystudiowana. Co ja mogę. Nawet jakbym chciała. To nie jest moja decyzja. Stanowisko jest odgórnie wytyczone. Może pani składać odwołania. Może pani tu zostawić na biureczku. W koszulce umieszczam w segregatorze. Mam segregatory z odwołaniami. Ale co ja mogę. No? Nic.

Oczy takie zatroskane. Dziubek się karminem iskrzy. Życie to jest teatr. A władza jest słodka jak podwieczorek w świetlicy.
Na powietrzu świeże powietrze. Na powietrzu wiosna i krzyczą dzieci.

Dłonie mi się spociły. Mam wyrzuty sumienia, że domagam się wyjaśnień. Że przeszkadzam. Przeszkadzam im. Przed pokoikiem i na krzesełku.
Czuję się bezradna. Bez radnej znajomej. Teściowej w szkole. Bratowej w zespole.

Ja pani nic nie poradzę. Bo jest przeludnienie.

Przeludnienie.

Acha.

Bo myślałam, że demograficznie to właśnie nie bardzo…

A, to też.

Ale nie w czasie rekrutacji.

Pani może do burmistrza gminy pójdzie. Pani sobie wyobrazi – on dzieci do szkoły posłał i nie narzekały. Dzieciom burmistrza w szkole było dobrze.
A była też taka historia z bliźniakami. Jeden do jednej szkoły, a drugi do drugiej system wybrał. Taki to system. Pan tata się zirytował. Chodził i protestował. A że nie był burmistrzem, tylko przedstawicielem handlowym, to szybko się zmęczył.
Szkoła podstawowa dla dzieci gotowa. Wejście już na chipa, na koda, na elektroda, ale mentalnie jeszcze głęboka woda.
Nowomowa pe er el. Że nie przegadasz. A na końcu system wybierze, wylosuje i nie nasz problem wasze nocne moczenia.

A taką piosenkę pani zna? Tralala bo weselej iść przez świat, kiedy jest przy tobie siostra albo brat.


Kreacje, dekoracje i narkotyki.

No więc wybrałyśmy się tam we dwie. W cztery obcasy. W dwie fryzury. Ona sobie wyprostowała, a ja sobie zakręciłam. Jennifer Lawrence i Anne Hathaway normalnie na miarę.

Dostałam przywieszkę na pierś z nazwą bloga, którą wcisnęłam do torebki. Poproszę panią nominowaną na ściankę. Och ja. Naprawdę. Ależ ależ. Pod ścianką ja. No nie mogę.
Chwieję się w tych butach, jako ten łan na wietrze. Ale widzę, że wszyscy się trochę chwieją. Tylko Anna Mucha się nie chwieje.
A panowie kamerzyści, panowie operatorzy są w jeansach, w bluzach z kapturem, żują gumy i są ewidentnie na robocie.
Jak ona się nie chwieje.
Ben Affleck z całą pewnością o tej porze był już po solidnej kresce.

Sadzam tyłek na krzesełku z napisem „nominowani”.  Pokazuję E. jak to mi się zupełnie ręce nie trzęsą, a nerw na jakiej mam wodzy. Rozglądam się za innymi dziewczynami, co to je znam przecież, ale nie ma pojęcia, jak wyglądają. Jak wyglądają te one. Chce się wiedzieć.

Impreza jest równie spontaniczna co orędzie prezydenta. Dowiadujemy się, co po czym nastąpi i kto jest sponsorem.
Pełen luz. Czas szybko leci.
Już się zaczyna, już się kręci. Już czytają nazwy nominowanych blogów. I z trzech, jeden wstaje. Tylko jeden idzie. Idzie i  jest zaskoczony. Naomi Watts w łazience pudruje nosek.

Literackie i kulturalne. Pełen luz. Agata Passent. Luz jak cholera.
E. wstrzymuje oddech. Czas zwalnia nie wiem po co.
Co tak wali? Co tak wali? Ja nic nie słyszę co ona mówi! Co tak wali?

W końcu to tylko gala. Czy ktoś kiedyś dostał zawału na gali? Czy są znane takie przypadki?

Tylko spokojnie! Jezu.

O tak.
Idę, jestem zaskoczona.
Agata Passent pokazuje kciuk do góry i mam ochotę ten kciuk zabrać ze sobą.

Christopf Waltz ma rozszerzone źrenice.
Tędy, tędy i owędy. Do wywiadu. Jak to się zaczęło? O czym ten pani blog? Pani opowiada, a ty, Marek, kręć tu na panią z boku. Mówi pani? I co jeszcze? Może wyżej nagrodę. To bardzo interesujące. Marek, masz to?

Marek to ma.

Co tak wali?
E. ściska mnie i ściska. Jak się czuję?
Ogólnie to strasznie głodna. Czy się napiję? Nie, nie napiję się. Czy ja już coś piłam czy coś w tym soku może było.

Staram się skupić na odnalezieniu tych osób, które tu chciałam poznać, ale czas jakoś znowu przyśpiesza i do drugiej udaje mi się pogadać może z czterema osobami.

O.
Pisaniu.
Frustracjach i Frustratce.
O tym, o której godzinie jest najsmutniej.
O tym, dlaczego nie jestem brunetką w skórzanych spodniach.
Dlaczego się uśmiecham.
Dlaczego na blogach które afirmują macierzyństwo, autorka nie pisze, kiedy się wkurwi.
O tym, ile kto ma dzieci.
O tym, czym nie jest miłość.
O tym, że w Stanach wszyscy mają suszarki do prania.
Z opcją prasowania.
Z opcją nawilżania dla alergików.

Normalne rozmowy.
Taka tam imprezka.
O tej porze Ang Lee pali wielkiego jointa, żeby się trochę uspokoić.

Latam w tym outficie z kosmosu. Jakim cudem jest druga w nocy. Gdzie są wszyscy. Nie znalazłam autorki Miasta Książek, Zwierza ani Rudomi. Zgubiłam się. Normalnie się zgubiłam, potykałam o kable, aż mnie E. w końcu zabrała do domu.

Dodam dla jasności, że nie przyjęłam żadnych środków ani alkoholu ani nawet syropu na kaszel.

W piątek się trzęsłam najprawdziwszym normalnym kacem.
Statystyki bloga obserwowałam spod koca. Wyłączyłam telefon i bałam się fejsbuka. Nie wiem dlaczego. Może jednak tylko spokojnie nie powinno mieć twarzy. Utrata anonimowości to jest poważny koszt. Który oczywiście był brany pod uwagę. Pod koc.

Chciałabym mieć taką amerykańską suszarkę.
Z opcją prasowania.
I nawilżania.
I może zawracania wody kijem.

Dziękuję Wam jeszcze raz. Dziękuję jurorce. Dziękuję swoim bliskim, że znoszą różne konsekwencje tego pisania. Teraz chodźmy dalej. Zobaczymy jak to będzie.


%d blogerów lubi to: