Monthly Archives: Kwiecień 2013

I’m a mess, czyli o wiośnie

Fakt, że przyszła wiosna. Przebrana za lato. Że jest słonecznie i zajebiście. Wcale nie znaczy, że trzeba się od razu tak cieszyć. Sama siebie nie rozpoznaję w okularach przeciwsłonecznych, a co dopiero własnych myśli. Nieco przytyłam, twarz mi się pomarszczyła i tak mi jakoś zwisa na zawiasach. Tylko jedno pozostaje takie samo
To wciąż za mało, moje serce. Nawet jeśli w piątek widzieliście mnie tam, a w sobotę to nawet i tam i tu. Im lepiej, tym gorzej. Im więcej, tym mniej. I nie ma siły, nie ma siły, żeby to zmienić.
A ile trzeba siły, żeby to znieść!
Już na ulicach szał i szok. Kolory wypuszczone z szaf. Twarze sprzed ekranów. Pierwsze piwo na ulicy. Pierwsze siku na trawie. Niepierwsza alergia na pyłki. Brązowe buty na obcasie. Sztruksowa kurtka. I to dziwne uczucie, że jest się szczęśliwym w szczególe, ale w ogóle to jakoś nie bardzo. Bełkot w głowie. Kołatanie w sercu. Zachłanność na to, co sobie tak spokojnie przemija. Ale czego ty chcesz? Nie wiem. Nie wiem, ale chcę!
Chcę.
Żeby wszystko było przede mną znowu. Bezkarnie się mościć chcę w rzeczywistości i mylić się. Na okrągło się mylić.
Tylko w ten sposób mogę się dowiedzieć o co chodzi. Ja nie wiem, o co chodzi! Boję się, że się nie dowiem.
To prawda, masz rację. O tej porze roku jestem skoncetrowana na sobie. Jeszcze bardziej niż zwykle. Nie można się ze mną dogadać.

Nocami oglądam seriale.  Codziennie, o godzinie czwartej siadam pod szafką z rakietą. I gapię się na kwiatki poprzypinane szpilkami do tablicy korkowej. Identyfikuję się z tymi kwiatkami. Sprawia mi to ulgę.

Trzymam młodego za rękę na przejściu, ale tak naprawdę to on trzyma mnie.
Daję radę. Ale ledwo. Wiosna.


Zalatana i nie może

Jaka ona jest zalatana. W poniedziałek nie może się spotkać. We wtorek też coś ma. Środa odpada, bo rano paznokcie jej robi pani Wanda, a potem leci na spotkanie z architektem. Na drugi koniec miasta. Z panem Markiem od konserwacji klimatyzacji jest umówiona na dziewiątą we czwartek. I gdyby nie to, że umówiła się (już dawno) z Danusią, to by mogła później, ale nie może. W tym tygodniu raczej już nie. W piątek ma przegląd rekuperatora, ale nie pytam o szczegóły. Potem trzy kawy na mieście. W dzielnicy Śródmieście. I to nie jest jeszcze jej ostatnie słowo. Mogłybyśmy się zdzwonić w maju, ale zaczynają się matury, więc, chyba rozumiem, że jest kompletnie wyjęta. Kompletnie. I nie da rady. I musi kończyć. Na drugiej linii ma męża, co oddzwania, po tym jak dzwoniła do niego w sprawie systemu nawadniania ogrodu. Przydałby się jej w ogrodzie taki system, choć mąż uważa że, niepotrzebnie, bo ogrodnik i tak podlewa. No tak, kochanie, ale zrozum ja tu właśnie rozmawiam z panem Mirkiem i on, rozumiesz, takie właśnie systemy robi, a dokładnie to on je sprowadza i montuje. Także by się przydały.

Zmęczona jest jak wół.

Ale na szczęście ma konie. Jak to gdzie? Normalnie, w stajni. Konie to jest to, w dzisiejszych, trudnych czasach. Wiesz jak jest. Jest ciężko i życie jest takie szybkie i, jak człowiek ma tyle na głowie, ile ona ma, to chyba zasługuje na chwilę relaksu. Na odrobinę konia w stajni. Musi kończyć, się zagadała, a musi jeszcze zaopiniować projekt tarasu i zdążyć przed piątą, kiedy to pan Piotrek podjedzie odmalować krzesło, bo odprysło. Musiała tym zająć, bo już patrzeć nie mogła. No bo kto, jak nie ona?

Siadam na ławce przy huśtawce. O matko. Ale no, że aż tak? Tak kompletnie jej odbiło?!

Przecież
JA to dopiero jestem zalatana.


Za mundurem…

A pamiętacie? Szary mundurek. Guziki z lilijkami. Spocznij. Zbiórka. Te dziwaczne pomieszczenia w piwnicach, suszarniach. Które komuś się chciało przystroić pięknie siatką wojskową do maskowania czołgów czy co oni tam tym maskują. Menażka, finka, kanadyjka. I plecak ze stelażem, co wyglądał jak stelaż z plecakiem. Kilometry po piaszczystej drodze, które kończyły się noclegiem w jakiejś wiejskiej szkole. Zakurzone dzieci na zakurzonych materacach. Bez alergii i bez komórki w heja. W ulu wielkiej sali. Aj, zasypiało się super. Ten szum i ledwie okruch przestrzeni własnego śpiwora. Honor i ojczyzna. Grochówka i gitarra.

Mama, ale co ty! Przecież będzie nas pilnował DO RO SŁY. On jest Druh. Czuj duch. Ma już osiemnaście lat! Mama tylko blednie i do ojca „powiedz coś”. Nerwy i szepty po nocy, po cichu. Ale ja uważam. Nie do pomyślenia. Ja i pluszowy miś pod drzwiami w bezsennej niepewności. Czy puszczą tym razem? Na przygodę?

A tu wszystko już przygotowane. Lilijki poprasowane. Getry w kancik. Spódniczka w rancik. Mapa, lornetka i bidon. Czterej pancerki i pies.

Yes.

Puścili.

Aż tu pewnego razu. Zabawa była świetna jak zwykle. W starej strzelnicy. W bliskiej okolicy. Zasada prosta. Jedna grupa broni, druga atakuje. Trzeba zdobyć kawałek szmatki proporczykiem zwany. Trzeba się skradać i kryć. Liściem się obrzucać dla niepoznaki. Do tego proporczyka się podkraść. Jak do spódnicy matki, u sąsiadki.

I ja, ten sportowy niewypał, ja, cudem trafem, byłam już blisko. Już się witałam… A ten, jak nie wyskoczy, cały w siatce wojennej. Mój druh. Czuj duch. W ostatniej chwili, w najostatniejszej, capnął mnie i o ziemię bach. Proporczyk nie zdobyty. My się w tych liściach potoczyliśmy. Okulary jego pamiętam wirujące. I słońce.

Wróciłam do domu.
Kolacji nie. Herbaty nie. Policzki gorące, Czoło zimne. Mama zatroskana. Z wyrzutem do taty. A nie mówiłam? No mówiłam. Żeby nie jechała. Zaraz się rozchoruje. A ja nic. Trochę się trzęsę. Tak się w tych liściach potoczyliśmy. Tak on wyskoczył. Tak mnie złapał. Tak się w tych liściach. Mnie złapał. W tych liściach. Myślałam w kółko. Duszno mi duszno.

Może coś zjadła i jej zaszkodziło. Może nic nie zjadła i jest głodna. Zrobić ci kanapkę, dziecko? A dziecko właśnie jakby dzieckiem być przestało.

Tak było. Tak jest i basta. Rosną dzieci, czas leci.

Teraz drogie sąsiadki matki, jak se pogadałam, to wstaję z ławeczki. Idę robić kluseczki.


Śniadanie

Weekend momentem prawdy dla każdej rodziny. Wszyscy jesteśmy w domu. I nigdzie się nie wybieramy. Myślę z niepokojem. Jak to będzie. I jak to będzie fajnie. Marzy mi się śniadanie, co by je Słowacki potraktował jak opis przyrody.

Cały tydzień śniadań się razem nie je, to teraz takie jakby wyczekane. Tylko, że, w zasadzie, rzecz podrzędnie nadrzędna, kto powinien je zrobić? I dlaczego, rzecz nadrzędnie podrzędna, nikt się do tego nie pali? Nie pali się. Ogień w kominie. Nikt się pcha do lodówki. Nie ma komu ułożyć serwetki i podać serwis do herbaty. Ene due rike fake i morele baks. Wstaję

Stoję w piżamie, a przede mną góra naczyń z wczoraj. Niby sobota a jednak jakby wtorek. Nagle. Ręce mi się przyspawały zaplątały. Nie potrafię ich wyciągnąć. Nie potrafię nimi ani westchnąć ani machnąć. Że co tam.

Pragnę śniadania. Pali mnie hamsunowy głód. Głód ostateczny. Ale nie mogę się zmusić, żeby zacząć. Nie mogę.

A może. Zamiast tego.

Pojedziemy do Ikei. Dawno mieliśmy.

Jedziemy. Jest fajnie. Normalnie czerwone zielone. Mijamy skrzyżowania, na których moglibyśmy skręcić. W las. Wygrzebać spod śniegu pożywienie i nakarmić się wzajemnie. Drogi podrzędne nadrzędne, na których, moglibyśmy zawrócić. I jeszcze raz spróbować. Zjeść wspólne śniadanie. Najważniejszy posiłek dnia. Bez którego. Nic dobrego. Tik tak. Tyka tykająca bomba. Kochanie śniadanie. Ja nie płaczę. Ja po prostu jestem głodna. Przecież zjadłam kanapkę? Nic nie zjadłam. To co jem, mnie nie nakarmia. Jakbym jadła papier z solą.

Na parkingu w Jankach setki głodnych rodzin. Setki pustych żołądków. W kolejce po szwedzkie kulki. Z kartą rodzina Ikei. Przyjeżdżamy głodni, wyjeżdżamy głodni. Trochę się najedliśmy szwedzkich półek, ale oddaliliśmy się jeszcze dalej od swoich mężów i dzieci, na które krzyczymy. Jest nam jeszcze zimniej. Kupujemy kołdrę. Jest nam jeszcze głodniej. Kupujemy talerz. Gubimy dzieci w magazynie samoobsługowym. One gubią nas. Tak to jest  jak się nie je śniadań.


%d bloggers like this: