Monthly Archives: Maj 2013

Na dzień matki

Kiedy decydujesz się założyć rodzinę, z całą pewnością nie wiesz, co robisz. Nie możesz wiedzieć. To prawie niemożliwe. Rodzą się dzieci. Ty musisz panować nad teraźniejszością. Musisz. Dla dobra. No dobra.
Jesz chleb z miodem, żeby sobie trochę osłodzić. Widzisz siebie jako dziecko z kanapką. Widzisz swoich rodziców przy stole. Zmarłe babki i prababki przysiadają się też i zaczynają opowiadać ci historie. Do tej pory milczały jak grób. Czasem wydaje się, że mówią wiele rzeczy za ciebie. Kroisz im pomidora, ale tak naprawdę kroisz czas. Na plastry śniadań i kolacji.

Mój syn podnosi głowę i mruży piękne oczy. Grzywkę ma za długą, już czas na fryzjera. „A moja mama to…” Zadrżał widelec. Co powie? Że mama czasem płacze w wannie? Że brzydko pachnie. Że ma dziurawy podkoszulek. Że dała parówki na obiad. Najbardziej na świecie boję się, że powie – „a moja mama to udaje, że wszystko jest ok.”
To jest tajemnica. Ukryty skarb do bani. Zaklinanie rzeczywistości należy do obowiązków i trwałych związków. Om kurwa ommm. Żesz ommm.

Jedzie przez miasto mama i pada. Wycieraczki ścierają to mokre, wiesz co. Rozpacz jest bez przyczyny. Nie ma powodu do paniki. Jest jak jest. Dzwonisz do mnie. Chciałbym się z tobą przejść spacerem wokół boiska. Mógłbyś powiedzieć. No, nie mów, że nie mógłbyś.
Zależy ci na mnie, pytam. A ty pytasz, czy coś mi jest. A ja mówię, że rozważam jednak samobójstwo. A ty milczysz trochę i mówisz, że jestem już na to za stara. Śmieję się, choć jest mi smutno. Choć jest mi źle, rozśmieszyłeś mnie. Czasami mam wrażenie, że nie wytrzymam już dłużej.
A czasami myślę, że tak to jednak będę ciągnąć aż do śmierci. Spokojnie jak na wojnie. Jak moje wszystkie prababki.

Reklamy

Donos

Uprzejmie donoszę. Co usłyszałam dziś na Mickiewicza. Od młodzieży studenckiej, zebranej celem napicia się, jak to określili – „czegoś zimnego, z dużą zawartością kofeiny”. Co zasłyszałam, to piszę, starając się nie pomijać znaczących szczegółów. Że szybko jechali na rowerach, że im się to podobało. Nie precyzowali, dlaczego. Że, odkąd tamten mieszkał rok w Rotterdamie, to uważa, ze jeżdżenie samochodem to jest jakby „pozycja siły”. I dalej donoszę że. Byli wczoraj w jakiejś kamienicy, która okazało się miejscem dystrybucji alkoholu i teatru improwizowanego. Miejsca spożycia nie podali, ale okazało się, że ten teatr był lepszy niż youtube. Że tam się trochę naje….li i pojechali dalej rowerami. Bez żadnych przeszkód (!) dotarli na plac nie usłyszałam, jaki. Donoszę także. Że wolą Madryt od Barcelony. Że Prado wymiata. I Zarę wolą tam niż tu. Bo jest tańsza. Że ta w białych spodenkach, Helena, leci już w poniedziałek. Wraca w sierpniu dosłownie na kilka dni. Że ten wysoki poznał tę rudą w Poznaniu. Że ruda trzeci raz się dziś przebrała normalnie. Raz normalnie. Raz na obiad. W sukienkę. Raz na rower. Bez sukienki. Że Helena z rudą miała sesję zdjęciową. W pociągu. Że Justyna (nieobecna, jak wywnioskowałam) chodzi z Danielem. Choć jest super brzydka. Że no, bez przesady. Brzydka jest po prostu. Że, jakby Helena miała na nazwisko Mercedes, to też byłaby sławną szafiarką. Donoszę, że Helena siadła na kolanach temu drugiemu, choć wcześniej nie było żadnych, ale to żadnych oznak, że pozostają w jakimkolwiek formalnym związku. Donoszę także, że oni uważają, że wszyscy dziś w mieście mają piękne twarze. Uważam, że takie rzeczy nie powinny tak po prostu się wydarzać.
Donoszę, że ja to wszystko z czystego serca. Bo ja nikomu nie zazdroszczę. Nikomu. Nawet jak Anna Karenina przewraca oczami na ekranie i wydaje z siebie ten wzdech czy jęk. To ja nie zazdroszczę. Bo ja patrzę na Annę Kareninę i widzę tę aktorkę Anne Hathaway wijącą się w kolejnym dublu przed kamerą. Ona tylko udaje.
Ja się pytałam męża, rozmawialiśmy. Ja pytałam, czy mógłby pójść ze mną w świat. Nie bardzo, powiedział. Bo miał ciężki dzień. I ja to rozumiem.

Uprzejmie donoszę, że Helena miała pisać pracę magisterską, a nie szlajać się we czwartek wieczorem po Warszawie i głosić, jak to jej wszystko się podoba. A potem pojechać sobie, z całą tą grupą (bez kasków, uprzejmie donoszę) w stronę centrum, pozostawiając ulicę Mickiewicza (i mnie) za sobą, w zapadającym zmierzchu. Donoszę, że grupa opuściła miejsce obserwacji ok. 20.23 i nie wyglądało, jakby udawali się do domu.
Niniejszym donoszę, że kończę. Mój syn jedzie jutro obejrzeć kawalerzystów. Krzyczała do mnie pani przedszkolanka przez okno. Że proszę się jutro nie spóźnić. Z poważaniem. Wasza blogerka.


Romet

 Co ja na to poradzę, że tak lubię wieś. Może byłam kozą albo Reymontem w poprzednim wcieleniu. Pragnę nosić bańki z mlekiem i jeździć traktorem. Krowy działają na mnie uspokajająco, zwłaszcza jak pijo wode, a ich oczy są zasnute mgłą bezmyślności i prostoty. Wieś kocham. A leśniczówka, wypełniona po brzegi czwórką dzieci to nie wieś. Więc ja i E postanowiłyśmy uciec i pojechać na KRÓTKĄ wycieczkę. Reszta miała zostać i dać paszę tym małym potworom. My natomiast zamierzałyśmy się relaksować aktywnie. Wycieczkę zaczęłyśmy od dużej kawy przy mapie. Podczas planowania trasy nie umknęło naszej uwadze, że mamy tylko jeden rower. Ale nic nas nie mogło już powstrzymać. Był to ewidentny przykład aktywnego feminizmu, to znaczy zdobyłyśmy starego rometa. E wsiadła, pojechała kawałek i zrobiła dziwną minę. Dzieci krzyczały, że chco pić. E stwierdziła, że da radę. Tylko już jedźmy. Pojechały my.

Celem była wieś ostatnia, już pod granico, na mapie to w odległości małego palca od leśniczówki, czyli blisko. Po deszczowym dniu, słońce przepchało się przed chmury i zachodziło ładnie. Romet skrzypiał. Jechałyśmy i gadałyśmy. Kury, kaczki, krzyże. Super. Jechałyśmy wolno, słońce zachodziło. Robiłyśmy zdjęcia komórko. Aż słońce zaszło. A droga bezczelnie weszła w las. Lasem jechałyśmy dobre kilka kilometrów. Gadałyśmy coraz głośniej. Bo dookoła było coraz ciszej. Ponieważ E zaczęła trochę dyszeć, to się zamieniłyśmy na rowery. Jak wsiadłam na rometa, to zrozumiałam, czemu E dyszy.

 E pojechała szybciej, a ja na tym kurna, żelaznym bydlaku pedałowałam przez las. Było już szaro. Po drodze przebiegło coś średnio dużego, jakby lis, i wskoczyło do lasu. Konkretnie to do puszczy białowieskiej. Będącej rezerwatem i siedliskiem wielu zwierząt, również tych dużych i dzikich. Jakoś dogoniłam E. Była przejęta, bo zobaczyła jelenia, a raczej rogacza, czyli samca sarny, jak nam tłumaczyła pani w muzeum. Podobno wybiegł na drogę, popatrzył jej w oczy i poszedł. E zapaliła światła w rowerze (romet świateł nie miał, sterczały tylko kabelki). Czy światło nie przyciąga drapieżników, zapytałam inteligentnie? E powiedziała, że może przyciągać. Ale lepiej coś widzieć niż nie. Nareszcie wyjechałyśmy z lasu. Na drodze na łące stała mgła. Za mgłą w nagrodę była wieś. Taka jakby trochę wymarła, mruknęła E. Chałupy z ciemnymi oknami. Ale buty przed drzwiami stoją. Naprawdę bardzo tu pięknie i czy możemy już wracać.

Mgła leżała na łące jak koc z waty. A przed nami leżał powrót. Przez las.

Do którego, jak dojechałyśmy, to znowu się zamieniłyśmy i E wylądowała na romecie. Jedziemy. Drogi widać kawałeczek. Nieba kawałeczek. Reszty nie widać. Wilki w puszczy białowieskiej polują stadami. Jako ofiarę wybierają osobnika słabszego, czyli w tym przypadku E, bo ma rometa. Rysie natomiast rozszarpują ofiarę na chybił trafił. Ty, co to za piski – pytam między jednym oddechem a drugim. To nietoperze, mówi E.
Acha.
Jedziemy.
Ta cholerna puszcza się nie kończy!

Jezu – wyszeptała nagle E, wzywając imię nadaremnie, ale wydawało nam się wtedy, że nie nadaremnie – Musimy się zatrzymać! Oszalałaś chyba! Syczę. Jedziemy dalej. A ona: kierownica mi się rusza! Zaraz odpadnie. A ja: mam to gdzieś. Jedziemy. Jak ci odpadnie, to się zatrzymamy.

Jak wypadłyśmy z lasu, a konkretnie to z puszczy, to się okazało, że E jechała w takiej pozycji, że kierownicę miała skręconą, ale przednie koło prosto. Fajnie to wyglądało.

 Ostatnie kilka kilometrów na romecie jechałam ja. Cały czas czekając, aż mi ta kierownica, co już niczym nie kierowała, zostanie w rękach i będę musiała zeskakiwać w pędzie na ciemnej wiejskiej drodze. Stracę wszystkie zęby, a może nawet oko, jeśli upadnę niefortunnie na jedna z tych pięknych żerdzi od płota. Mgła oszalała i ledwo znalazłyśmy drogę do leśniczówki. Przejechałyśmy jeszcze obok paśnika, przy którym coś łaziło, już nawet tego nie komentowałyśmy. Kiedy dojechałam do bazy, miałam ochotę wyrwać rometowi tę kierownicę i zjeść ją, a resztę spalić w ognisku. Przy którym hasały dzieci.

Na uginających się nogach przytuliłyśmy nasze kochane pociechy, nieświadome niczego biedactwa. Nakarmiłybyśmy je piersią, gdybyśmy mogły, ale nie mogłyśmy, więc dałyśmy im kiełbasy. Potem śpiewałyśmy im kołysanki o małym misiach, aż słodko zasnęły.

 Na liczniku miałyśmy 23 kilometry i 320 metrów.


%d blogerów lubi to: