Romet

 Co ja na to poradzę, że tak lubię wieś. Może byłam kozą albo Reymontem w poprzednim wcieleniu. Pragnę nosić bańki z mlekiem i jeździć traktorem. Krowy działają na mnie uspokajająco, zwłaszcza jak pijo wode, a ich oczy są zasnute mgłą bezmyślności i prostoty. Wieś kocham. A leśniczówka, wypełniona po brzegi czwórką dzieci to nie wieś. Więc ja i E postanowiłyśmy uciec i pojechać na KRÓTKĄ wycieczkę. Reszta miała zostać i dać paszę tym małym potworom. My natomiast zamierzałyśmy się relaksować aktywnie. Wycieczkę zaczęłyśmy od dużej kawy przy mapie. Podczas planowania trasy nie umknęło naszej uwadze, że mamy tylko jeden rower. Ale nic nas nie mogło już powstrzymać. Był to ewidentny przykład aktywnego feminizmu, to znaczy zdobyłyśmy starego rometa. E wsiadła, pojechała kawałek i zrobiła dziwną minę. Dzieci krzyczały, że chco pić. E stwierdziła, że da radę. Tylko już jedźmy. Pojechały my.

Celem była wieś ostatnia, już pod granico, na mapie to w odległości małego palca od leśniczówki, czyli blisko. Po deszczowym dniu, słońce przepchało się przed chmury i zachodziło ładnie. Romet skrzypiał. Jechałyśmy i gadałyśmy. Kury, kaczki, krzyże. Super. Jechałyśmy wolno, słońce zachodziło. Robiłyśmy zdjęcia komórko. Aż słońce zaszło. A droga bezczelnie weszła w las. Lasem jechałyśmy dobre kilka kilometrów. Gadałyśmy coraz głośniej. Bo dookoła było coraz ciszej. Ponieważ E zaczęła trochę dyszeć, to się zamieniłyśmy na rowery. Jak wsiadłam na rometa, to zrozumiałam, czemu E dyszy.

 E pojechała szybciej, a ja na tym kurna, żelaznym bydlaku pedałowałam przez las. Było już szaro. Po drodze przebiegło coś średnio dużego, jakby lis, i wskoczyło do lasu. Konkretnie to do puszczy białowieskiej. Będącej rezerwatem i siedliskiem wielu zwierząt, również tych dużych i dzikich. Jakoś dogoniłam E. Była przejęta, bo zobaczyła jelenia, a raczej rogacza, czyli samca sarny, jak nam tłumaczyła pani w muzeum. Podobno wybiegł na drogę, popatrzył jej w oczy i poszedł. E zapaliła światła w rowerze (romet świateł nie miał, sterczały tylko kabelki). Czy światło nie przyciąga drapieżników, zapytałam inteligentnie? E powiedziała, że może przyciągać. Ale lepiej coś widzieć niż nie. Nareszcie wyjechałyśmy z lasu. Na drodze na łące stała mgła. Za mgłą w nagrodę była wieś. Taka jakby trochę wymarła, mruknęła E. Chałupy z ciemnymi oknami. Ale buty przed drzwiami stoją. Naprawdę bardzo tu pięknie i czy możemy już wracać.

Mgła leżała na łące jak koc z waty. A przed nami leżał powrót. Przez las.

Do którego, jak dojechałyśmy, to znowu się zamieniłyśmy i E wylądowała na romecie. Jedziemy. Drogi widać kawałeczek. Nieba kawałeczek. Reszty nie widać. Wilki w puszczy białowieskiej polują stadami. Jako ofiarę wybierają osobnika słabszego, czyli w tym przypadku E, bo ma rometa. Rysie natomiast rozszarpują ofiarę na chybił trafił. Ty, co to za piski – pytam między jednym oddechem a drugim. To nietoperze, mówi E.
Acha.
Jedziemy.
Ta cholerna puszcza się nie kończy!

Jezu – wyszeptała nagle E, wzywając imię nadaremnie, ale wydawało nam się wtedy, że nie nadaremnie – Musimy się zatrzymać! Oszalałaś chyba! Syczę. Jedziemy dalej. A ona: kierownica mi się rusza! Zaraz odpadnie. A ja: mam to gdzieś. Jedziemy. Jak ci odpadnie, to się zatrzymamy.

Jak wypadłyśmy z lasu, a konkretnie to z puszczy, to się okazało, że E jechała w takiej pozycji, że kierownicę miała skręconą, ale przednie koło prosto. Fajnie to wyglądało.

 Ostatnie kilka kilometrów na romecie jechałam ja. Cały czas czekając, aż mi ta kierownica, co już niczym nie kierowała, zostanie w rękach i będę musiała zeskakiwać w pędzie na ciemnej wiejskiej drodze. Stracę wszystkie zęby, a może nawet oko, jeśli upadnę niefortunnie na jedna z tych pięknych żerdzi od płota. Mgła oszalała i ledwo znalazłyśmy drogę do leśniczówki. Przejechałyśmy jeszcze obok paśnika, przy którym coś łaziło, już nawet tego nie komentowałyśmy. Kiedy dojechałam do bazy, miałam ochotę wyrwać rometowi tę kierownicę i zjeść ją, a resztę spalić w ognisku. Przy którym hasały dzieci.

Na uginających się nogach przytuliłyśmy nasze kochane pociechy, nieświadome niczego biedactwa. Nakarmiłybyśmy je piersią, gdybyśmy mogły, ale nie mogłyśmy, więc dałyśmy im kiełbasy. Potem śpiewałyśmy im kołysanki o małym misiach, aż słodko zasnęły.

 Na liczniku miałyśmy 23 kilometry i 320 metrów.


17 responses to “Romet

  • Ania-OkiemAni

    Już nie mogłam się doczekać kolejnego posta… a właściwie następnej opowieści niesamowitej, bo każdy Twój wpis jest taką właśnie niepowtarzalną historią… Czyta się świetnie. Podziwiam absolutnie Twój styl… A i kondycja też niczego sobie:) Tylko pozazdrościć wyprawy i wrażeń:) Pozdrawiam.
    http://okiem-ani.blogspot.co.uk/

  • naosei38

    Przepiekne! zaplulam sie ze smiechu pod koniec…🙂

  • maszynagocha

    Świetna przygoda. Szkoda, że tej wsi nie mogłyście przyjrzeć się dokładniej.😉

  • ada

    „Jak wypadłyśmy z lasu, a konkretnie to z puszczy, to się okazało, że E jechała w takiej pozycji, że kierownicę miała skręconą, ale przednie koło prosto.” Czytając ten fragment widziałam to oczami wyobraźni i nabawiłam się dodatkowych zmarszczek mimicznych🙂😦

  • Ania

    Tak bardzo jechałam z Tobą :))))

  • pojechana

    Też lubię wieś- mlaskanie kóz i skrzeczący głos koguta. Ale po jakimś czasie zaczynam tęsknić za miejską dżunglą. Wychodzi na to, że miasto też lubię🙂

  • Just me

    „Reszta miała zostać i dać paszę tym małym potworom” :-)))) a potem tylko lepiej. No i ta ludowa maniera językowa dodatkowo podkreślała rustykalny charakter wyprawy… Super!

  • Kolecja

    Super opisane. Od razu przypomina mi się opowieść męża o spanikowanej babci podczas burzy w puszczy.

  • epiforyczna

    Dobra wyprawa nie jest zła! Romety nadal w modzie.🙂

  • Izabelka

    Trochę techniki i się gubimy😉
    piękne piękne

  • M.

    Na samym wstępie mojego wpisu pragnę Cię pozdrowić ze wsi samej. Z wsi. Wiejsko pozdrawiam.
    Siedzę wśród kóz, które ani trochę nie mlaszczą, natomiast kury fantastycznie mruczą, jak się wzajemnie uspokajają.
    Twoje wpisy powodują, że jakoś mi łatwiej. Cudne są!

  • Mamma Mia

    Dawno się tak nie uśmiałam!!!!
    istna komedia🙂

  • Ela

    I kolejny raz nie mogę się oderwać. Uzależniasz kobietomatko🙂 Jak nikt nigdy. Niech moc będzie z Tobą!😉

  • Anonim

    Jejku to był cudowny opis, tak ryczałam ze śmiechu czytają to w pracy że cały makijaż spłynął mi z twarzy i wszyscy mnie uciszali a ja tak się zapowietrzyłam że nie umiałam im powiedzieć z czego tak rżę zza tego komputera. Oni z samego patrzenia na mnie też się chichotaIi, cały dzień jak sobie to przypominałam to znowu to samo łzy śmiechu mi napływały mi do oczu już i tak rozmazanych. Nie wspomnę że musiałam to zaraz mężowi przeczytać który nic nie rozumiał bo apiać od nowa chichitałam do słuchawki. Oj co za szaleństwo. Dziękuje ci kobieto żeś taka uzdolniona. Pozdrawiam. Daga :)))))

  • tylkospokojnie

    Śmiejecie się z dramatu człowieka!😉

  • chuda25

    Piękne!! Przy zdaniu ” Jako ofiarę wybierają osobnika słabszego, czyli w tym przypadku E, bo ma rometa. ” pękłam ze śmiechu. Idę się pozszywać😉

  • Aniaha

    a ja wielbię końcówkę o karmieniu piersią i kiełbasą🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: