Monthly Archives: Grudzień 2013

podglądanie

Pachnący europejski chodnik. Rząd kamienic pięknych jak baletnice. Ciężki plecak wrzyna mi się w ramiona. W wystający obojczyk. Chodnik naciska mnie od dołu, a plecak od góry.

To są moje trzebatoprzeżyć wakacje autostopem.

Dotarłam aż tu. Przysypiałam, mijając granice. Jechałam pachnącymi samochodami, z klimatyzacją, ze skórzaną tapicerką. Niektórzy kierowcy, mówili, że mi zazdroszczą takich wakacji. Dziwne. Oni mieli nawet taką wysuwającą się szufladę na sidi.

Najlepiej, jakbym poszła tędy. Na końcu w prawo, potem długo, długo prosto, aż do kempingu. Najlepiej, jakbym wzięła taksówkę.

Kamienice przy tej ulicy mają duże okna. W oknach na parapetach stoją kwiaty w doniczkach. Leżą koty. Dziecięce zabawki. W oknach są stoły, mężowie i żony. Jest herbata, i lodówka, są książki, telewizor i dywan. Jest łazienka z wanną, i mydło. I perfumy. Im bardziej się ściemnia, tym jaśniej świecą okna. Idę wolno. Udaję, że nie zaglądam. Udaję, że odpoczywam. Widzę, jak oni tam przy tym stole, jak się śmieją. W innym oknie mężczyzna w szarej bluzie. Z kieliszkiem wina. Po drewnianym schodach schodzi kobieta w sukience. Zatrzymuje się, rękę trzyma się poręczy, patrzy prosto na mnie. Nie może mnie widzieć, jest ciemno, ale i tak szybko odchodzę.

Na kempingu nie ma ciepłej wody. Nie umyję głowy.

Teraz, kiedy siedzę przy stole, po tej stronie okna. W szarej sukience z paskiem. I mam rozpuszczone, pachnące włosy. I wino w kieliszku. I palą się świece. I obrus jest biały. I czysty. I jedzenie jest własnej roboty. I są tu ludzie, za których dałabym się pokroić. Zerkam za okno. Nic nie widzę, bo ciemno. Czuję się tak samo niepewnie. Krucho.

Reklamy

żółty baner

Bo ty nic nie wiesz.  Bo to w zeszłym roku było. Widzisz ten żółty baner? To się stało tam właśnie, w tym mieszkaniu, a raczej w naszej podstawówce rejonowej, na tych korytarzach, po których chodzą nasze dzieci.  Głośna historia to była.  Nie wiadomo do końca, co jest prawdą, a co plotką, ale że fakt taki był, to jestem pewna na dwieście procent.

Mama Kacperka zakochała się w tacie Patryka! To musiało się stać zaraz na początku drugiej klasy, bo w pierwszej Patryk chodził do innej klasy, to oni się nie znali albo bardzo słabo. Ale potem, jak Patryka przenieśli, to zaczęli się widywać na wywiadówkach. Czasem zagadali ze sobą w szatni, a w końcu zgłosili się, żeby chodzić razem z dziećmi jako pomoc na basen. I chodzili. I na tym basenie rozmawiali, aż im było mało tego wuefu. Aż ich trener Paweł musiał upomnieć, że dzieciaki już w szatni i nie ma kto im mokrych majtek ściągnąć. I tak to zaczęło wtedy, w oparach chloru i w świetle jarzeniówek. Rozmawiali ze sobą godzinami albo nie rozmawiali, tylko siedzieli i patrzyli. Potem ona mówiła, że nic akurat w domu nie ugotowała i szli z dziećmi na pizzę. I wyobraź sobie, ich dzieci, ich własne dzieci, Kacperek i Patryk, koledzy z klasy, w tym wszystkim nieświadomie uczestniczyli.

Ale na tym nie koniec. W październiku była wycieczka do gospodarstwa agroturystycznego, już taka całodzienna, ze zwiedzaniem i obiadem. I zgadnij, kto pojechał? No?

Po tej wycieczce mama Kacperka zaczęła chudnąć, schudła chyba z dziesięć kilo, wszystkie koleżanki pytały, co to za dieta cudowna i potem się obraziły, że ona udaje, że to nie żadna dieta. A tata Patryka zrobił się trochę dziwny, raz wesoły, a raz znowu strasznie wkurwiony chodził, że Patryk nie mógł zrozumieć, o co chodzi. Raz nawet za uwagę w dzienniczku tata nic nie powiedział, a innym razem nakrzyczał, że Patryk ma w kieszeni kamień. Wielkie mi halo, taki kamień.

Mama Kacperka najpierw strasznie wypiękniała. Odmłodniała, jakby jej ktoś piętnaście lat zabrał. A potem się strasznie rozchorowała. I w końcu nie przyszła na wywiadówkę, tylko przyszedł tata Kacperka, który nie wiedział, w której sali jest zebranie, trochę się zgubił, ale w końcu trafił, choć spóźniony. I było tylko jedno wolne miejsce na sali, koło taty Patryka, który trzymał tam kurtkę umyślnie, bo wiadomo dla kogo.

Przesiedzieli tak obok siebie całą wywiadówkę.

Dopiero potem w szatni zaczęła się awantura. Kaperek zobaczył, jak jego tata wali tatę Patryka z całej siły pięścią w twarz, aż się tamten przewrócił. A Patryk patrzył, jak jego tata, który jest bardzo silny i w ogóle trenuje taekwondo, nawet nie oddał tacie Kacperka, tylko wstał z ziemi i stał i krew mu leciała. I chyba płakał, choć może tylko mu się wydawało. Dorośli ludzie, wyobrażasz sobie.

Następnego dnia po tym wydarzeniu chłopcy nie przyszli do szkoły. Podobno tata Patryka przyszedł pod blok mamy Kacperka i stał na trawniku, tu, za tym blokiem, tam, gdzie nie wolno wyprowadzać psów, cały dzień do nocy. Podobno, że on chciał uciec z mamą Kacperka i z Kacperkiem. Patryk nie dowiedział się, czy z nim też, bo mama Kacperka jednak zdecydowała, że tak nie może być.  Nie wyszła do niego na ten trawnik, tylko napisała mu esemesa, że Kacperek potrzebuje ojca. I Patryk potrzebuje ojca. Ona potrzebuje tylko trochę czasu, lekarza i mocnych leków.

Kacperek z rodzicami wyprowadzili się chyba w lutym, mieszkanie poszło na sprzedaż, to właśnie tam gdzie ten żółty baner, co tam wisi tak długo. Tata Patryka mieszka dalej w tym samym bloku, tam gdzie jest sklepik. Z żoną i synem. Także wszystko dobrze się skończyło.


lekcja pływania

Na brzegu wanny siedzi plastikowy jelonek, co patrzy jak baranek. Czeka aż ktoś się nim łaskawie pobawi.  Nie ja.
Ja zrobiłam pierniki. Sztuk dwieście. Ozdobiliśmy ładnie. W każdym razie ładniej niż w zeszłym roku.
Zrobiłam też z młodym dwadzieścia cztery zagadki. Po jednej na każdy dzień przed Wigilią.
Zapisałam się na lekcje pływania. Płynę, tonę, płynę. Obok, na torze trenuje sekcja paraolimpijska. Młócą zdrowymi kończynami, ciągnąć za sobą te mniej zdrowe, łapią powietrze i mówią „fak!”. Pływanie w tym towarzystwie jest ostatnio moim ulubionym zajęciem.
Napisałam opowiadanie, wysłałam na konkurs.
Wydaje mi się, że tylko to, co przyjdzie, ma jakiekolwiek znaczenie.
Odwożę młodego na zajęcia i czekam i czytam. Na korytarzach, w szatniach, czytam. I  jem pierogi ruskie. Za oknem choinka jak ze snu. W barku pierogi jak domowe. Wszystko się ułożyło. Jestem gdzie jestem.  Płynę z prądem.

Wrrróć!

Na brzegu wanny siedzi plastikowy jelonek i gapi się w wodę o zapachu lawendy (w samobójczym stuporze).
Jaja z tymi piernikami. Jeszcze nic nie zrobiłam. Ale zrobię, jasne, że zrobię. Dwieście pieprzonych gwiazdek, koników i żyraf. Żyrafom zawsze łamią się szyje.
Zrobiłam te dwadzieścia cztery zagadki na każdy dzień przed Wigilią. Zrobiłam to z poczucia winy, że młody ogląda za dużo telewizji.
Zapisałam się na lekcje pływania. Tonę, tonę, tonę! Obok na torze trenuje sekcja paraolimpijska. Wszyscy mnie wyprzedzają.
Napisałam opowiadanie, wysłałam na konkurs. Po ch***!
Wydaje mi się, że nic co zdarzyło się do tej pory, nie miało większego znaczenia. Że życie jest pozbawione dobrej metafizyki.
Odwożę młodego na zajęcia i czekam. Czytam na korytarzach, w szatniach, czytam. I jem pierogi ruskie. Za oknem… wszystko ogólnie jest za oknem.  Samotność jest jak zima. Pierogi z barku są jak domowe. Na fejsbuku widzę, że wszyscy mają lepiej. Gdzie ja jestem? Tonę.

Są dwie historie. Ja się tylko przełączam.

Wróć.

Historia jest jedna.


%d blogerów lubi to: