Monthly Archives: Luty 2014

my, on & strawberry caipirinha

W knajpie coraz tłoczniej. Ludzie wchodzą, wchodzą, i idą do baru, do baru ciągną parami, trójkami. Jest coraz głośniej, coraz. Chłopak od muzyki tylko na to czekał, czujny jest. Podniósł głowę, pociągnął łyk prosto z butelki, poczekał, aż hałas podniesie się o ton, dotknął konsoli, muzyka przyśpieszyła. Powoli, jak żółw ociężale impreza rozkręca się, ale jak już się rozkręci…

Mam dobre miejsce. W wiklinowym fotelu, przy oknie. Przy oknie bez szyb. To właściwie jest taki otwór, za którym jest wielka woda. Mój drink ma dwa kolory: kolor lodu i kolor miażdżonej truskawki. Podchodzą do mnie moi znajomi, zdejmuję bose stopy z fotela, żeby ustąpić im miejsca.

Znajdujemy się w bliżej nieokreślonym, internacjonalnym, interdyscyplinarnym miejscu. Ale raczej bliżej równika, i tak się składa, że przy samym oceanie. Jest ciepło, ale na szczęście chłodniej niż w dzień. Da się oddychać, nawet lekko wieje. Mam na sobie cienką sukienkę, akurat żeby coś przykrywało opaloną skórę. Jest wtorek po pracy, żadne tam weekendy. Ale dziś wypada pełnia księżyca, którą, odkąd pamiętam, spędzam w tej knajpie, tu, na kamiennym cyplu, na plaży. Nie znają tej knajpy turyści. Turyści wybierają plaże piaszczyste.

Moich dwoje ślicznych dzieci zostało w domu z nianią albo z mężem, nie mogę się jeszcze zdecydować. Dzisiejszego wieczoru jeden z moich znajomych z dowolnie wybranego kraju świata będzie miał koncert, przyszliśmy posłuchać jak gra. My, czyli kto? No, kto, kto. Ludzie, znajomi, tacy popaprańcy z czterech stron i dwóch półkul. Trochę pływamy, trochę turlamy się z dziećmi po piasku, ale każdy ma pracę, tu i ówdzie, i bardzo piszemy, śpiewamy i gramy, bardzo rozmawiamy o problemach społecznych, nie żremy byle czego, a przede wszystkim we wtorek siedzimy tu, pijąc caipirinhę i czując, jak ona przyśpiesza nam puls i chęć do działania nam wzrasta, chociaż nikomu jej nie brakuje. Mamy dużo wspólnych projektów. Jakich? No różnych, bardzo pożytecznych. I w ogóle jest jakieś „my” inne niż „moja rodzina”. Inne my, wspaniałe my.

Ten dj jest niezły, za chwilę będzie słychać tylko ten rytm trum bum, więc jeszcze szybko wymieniam z jedną taką szybko kilka zdań, że wydrukowali jej tomik wierszy, że leci na wieczór autorski, mówię jej, że jej gratuluję, śmiejemy się, a co?!

Nie dam rady już siedzieć, więc wstaję i ruszam, i przejdę się jeszcze do baru, wtedy on łapie mnie za rękę. Za trzy palce prawej dłoni i ściska. Jest taki wysoki, przystojny, no, to musi być mój mąż chyba, skoro nie został z dziećmi.  Trochę ma minę niewyraźną w tym moim marzeniu na jawie. Mówię mu, zobacz jak super. Mówi, że nie lubi upałów. No, już, już, przecież się ochłodziło. Idę z moim wysokim, przystojnym, opalonym, romantycznym mężem na chwilę na plażę i patrzymy, jak fale święcą się okrągłym księżycem.  Jasna cholera, jak cudownie, nie wytrzymam. Chodź już, zaraz będzie grał. Kto? A no tak, no tak. Koncert. Idziemy z powrotem. Nasz ręce splecione na pamięć. Pisałam już, że mam na przegubie dłoni bransoletkę z białych muszelek albo kółeczko na rzemyku z imionami dzieci?
To będzie wspaniała noc. Chyba mogę jeszcze jedną caipirinhę?
Żebyś tylko miała siłę jeszcze ze mną zatańczyć, mówi on.

No i czemu, ja się pytam,
czemu tak nie może być?


nie jest

Nie jest płyn do szyb. Nie jest? No, jak wy mówicie, skończył się. I ręczniki papierowe nie są. Może herbaty? A nie, dziękuję, może wody się napiję. Ile lat pani tu już przyjeżdża? Prawie osiem, bo zaczęłam zaraz po studiach. A co pani studiowała? A prawo w Kijowie studiowałam, a moja siostra pedagogikę. Zawsze chciała psychologię, ale jakoś wyszło, że pedagogikę. Siostra jest taka cicha, a pani to cały czas mówi, pani Oksano. Tak, ja, jak sprzątam, to gadam, a ona sprząta tak po cichu. A dlaczego przyjeżdżacie do Polski na zmianę? Bo wiza trzy miesiące ważna i trzeba wracać. I jeszcze w domu został ojciec. Matka nie jest. Ojciec pije, trzeba go pilnować. Rachunki trzeba opłacać. Koło domu robić. Żeby się to wszystko nie zapadło w błoto.

Nie ma u was pracy? U nas? Praca? U nas jest korupcja taka, że pani sobie tego nie wyobraża. Trochę sobie wyobrażam. Nie, tego sobie nie wyobraża. U nas wszystko jest za łapówkę. Jak w Rosji? Nie. W Rosji jak się da łapówkę, to przynajmniej jest jakaś pewność, że załatwione. U nas łapówkę wezmą, ale nie sprawy nie załatwią.

A dlaczego głosujecie na takich ludzi? Bo przyjechali i dali pieniądze, żeby głosować. Nie mnie, innym.

A co inne dziewczyny? Pani koleżanki na Ukrainie. Co robią? Mają pracę? Jedna. Co jedna? No, jedna ma pracę. Ma bogatych rodziców i oni zapłacili, żeby miała pracę. Trzy tysiące dolarów. I teraz ją jeszcze utrzymują, bo za mało zarabia. Ale prace ma dobrą, bo w urzędzie. Dużo koleżanek jest w Polsce, w Warszawie. Jedna nawet wyszła za mąż za Polaka. On ma firmę budowlaną. Poznali się tak, że ona u niego sprzątała. A teraz, jak się pobrali, to ona dalej sprząta, ale już za darmo. On mówi, żeby jeszcze gotowała, a rachunki podzielił na pół. No, ale lepszy Polak niż Ukrainiec. Czemu lepszy? Jacy są ci wasi, niedobrzy? Oni są inni niż Polacy. Jak inni? Każą kobietom w domu siedzieć? Nie, oni bardzo chcą, żeby kobiety pracowały. Najlepsza żona to jest taka, co ma pracę. I dom. Czy ładna czy porządna nie jest takie ważne. Do mnie taki jeden przychodził i w końcu zapytał, czy, jakbyśmy się pobrali to może się wprowadzić, bo u niego już siostra z mężem mieszka. Pogoniłam. Oni wszyscy tacy sami. Tylko patrzą, jak się ustawić. Praca u nas nic nie warta. No i co teraz pani zamierza? Co zamierzam? Nic. Teraz jeszcze trochę popracować. A potem byleby tylko dziecko. Chce pani? Bardzo, a już mam trzydzieści lat. U was mężczyźni, co mają dzieci, są inni. Odpowiedzialni. U nas nie. U nas w ogóle ludzie są inni. Śmieci pod lasem wyrzucają. Lasy mamy piękne i góry śmieci pod lasem. W Polsce też wyrzucają, pani Oksano. Nie, nie, pani nie rozumie. Ukraina to jest dziki kraj.

A rewolucja? Nic to nie da. Może coś da, musi dać, pani Oksano. Nie zrozumie pani. Czego nie zrozumiem? Pani mąż o panią dba. Macie mieszkanie, macie chłopca. Macie państwo, macie metro i macie miasto pełne ludzi. Nie zrozumie pani. Ściereczki z mikrofibry jakby pani kupiła, to byśmy nie używały tych ręczników papierowych. Będzie ekologicznie? Będzie taniej.


przyjechała, jest

Przyjechała. Stoi w drzwiach. Energicznie trze butami o wycieraczkę. Prostuje się w ciasnym przedpokoju. Chciałaby go poszerzyć. Rozepchnąć ściany ramionami. Muszę stanąć przy niej na palcach, chociaż jesteśmy tego samego wzrostu. Całuję zimny policzek. Pachnie selerem i elizabeth arden. Czekaj, ja rozpakuję. Przywiozłam zupę.

Przywiozła zupę. Ciepłą. Przywiozła paczki, paczuszki, pozawijane w papier śniadaniowy, w folię, w torebkę. Zawiązane gumką. Przywiozła babkę cytrynową. Lukier będę skubać palcem. Trzymać na języku.  Stawia przede mną talerz z obiadem.  Ryż, gdzie każde ziarenko jest osobno. Sałatę, która chrupie i nie zamienia się w mokrą ćtapę. Mięso z zalewie cały dzień leżało. Spróbuj. Czy dobre.  Czy dobre?!!

Witamy w naszym spa. W naszym centrum relaksacyjnym. Proszę się rozluźnić, teraz pani może. Może się pani wyluzować. Jezus, jaka pani tu spięta przy karku. Złe to doprawdy. Smakuje ci? Czy mi smakuje?! Supełki stresu rozwiązują się jeden po drugim. Leżą jak gąsienice po deszczu. Tak mi smakuje.

Nie śpiesz się, córciu. My tu sobie posiedzimy, a ty idź, idź i się nie śpiesz. Nie śpieszę się. Jako jedyna na tej ulicy się nie śpieszę. Na wystawie manekin w obcisłych sweterku. Pokażcie no ten sweterek. Nie za obcisły?  Nie spieszę się. Ona jest w domu, wszystkim się zajmie. Zajmie się domem, dzieckiem. Mam pustą głowę. W głowie hula wiar.

Wieczorem do późna czyta młodemu książkę. Którą mu kupiła. W antykwariacie. Czarnoksiężnik Oz nie może znaleźć swojej magicznej torby. Ja w obcisłym sweterku siedzę daleko od kuchni. Słyszę jak szepczą. Mama jest zmęczona. Musimy dąć jej odpocząć. Mama musi mieć teraz odpocząć. Chóry anielskie grają do organów i wyśpiewują pod niebiosa refren. Mama jest zmęczona, mama musi odpocząć.

Jeśli zjem jeszcze jedną kanapkę z pomidorem, to zamienię się w dziewczynkę wiszącą głową w dół na trzepaku. Jem i czytam powieść, którą przestałam. Z kuchni pachnie detergentem. Ty jesteś taka mądra, mówi  z uśmiechem. Ale wydaje mi się, że mówi – jesteś na to za słaba. Musisz być silniejsza. Jemy pestki dyni i popijamy winem.

PS.

Z pokoju nadchodzi mały zombie. Mamusiu, czy mogę napisać esemesa do taty? Ma wykąpaną, uczesaną jak nigdy, grzywkę. Czystą piżamę. Przez cały dzień. Jadł warzywa i owoce, śpiewał piosenki, pisał literki, kolorował, wycinał i przyklejał.  Napisz sobie esemesa, mówię, a napisz sobie. Pomóc ci? Nie.

TATO PSZIJEĆ
Z TIMI KOBITAMI TO PIEKEKŁO


testy psychologiczne

Test na lampki choinkowe (last minute)

Prawie w każdym mieście znajduje się teraz jakiś miejsce, oświetlone lampkami. Im więcej lampek, tym lepiej. Najlepiej przetestować się na ulicy z lampkami, ale może to być jedno świecące drzewko, czy chociaż mały neonowy zawijasek. Idziesz tam wieczorem w ciepłych rękawiczkach, koniecznie kiedy pada śnieg (ale nikt w Ciebie nie rzuca śnieżkami) i gapisz się na światełka około pięciu minut. Możliwe reakcje:

A.
Obraz zaczyna się po chwili rozmazywać, bródka ci się trzęsie i czujesz, że ojej jakoś tak samotnie, tak smutno, a tak powinno być pięknie, no to klops. Twój stan nie wymaga komentarza.
(To samo zresztą, jeśli nagle stwierdzisz, że nienawidzisz tego świecącego gówna, że światełka są dla debili, oraz że masz to wszystko w dupie.)

B.
W świetle lampek zwracasz uwagę na cokolwiek innego niż Ty sama, na przykład na małą dziewczynkę, taką ze dwa latka najwyżej, w kombinezonku z różowym kapturkiem, która małą rączką próbują dosięgnąć światełek albo
na zmarzniętego pieska, tulącego się do nogi właściciela albo
na kształt płatków śniegu i tak dalej
– jesteś w dobrym momencie życia. Masz empatyczną, wrażliwą duszę, ktoś prawdopodobnie czeka w domu z gorącą zupą (lub nie potrzebujesz, żeby ktoś na ciebie czekał z gorącą zupą; też dobrze). Jesteś w stanie bardzo dobrym.

C.
Nic specjalnego się z Tobą nie dzieje, zaczynasz się zastanawiać, ile urząd miasta wydał na te świecidełka, chcesz po prostu iść do domu, żeby obejrzeć nowy odcinek amerykańskiego serialu, który jest naprawdę bardzo śmieszny.
Jesteś w ogóle całkiem zdrowa, trafiłaś na ten blog przypadkiem. 

Test na listę przebojów (wersja dla osób z prawem jazdy)

Słuchasz dowolnej smutnej piosenki. Wskazane jest prowadzenie samochodu i obserwowanie swojej reakcji w lusterku. Możesz słuchać U2, jest na drugim miejscu w trójce. Musi być głośno. Nie głośno się nie liczy. Możliwe reakcje:

A.
Zaczyna się muzyka. Przez puchową kurtkę, sweter, koszulkę z napisem fuck off oraz stanik push up, który nosisz, odkąd przestałaś karmić sześć lat temu, widzisz czerwone światło. To musi być twoje serce. Na powierzchni ma ryskę, widoczne pęknięcie, które pogłębia się z każdym dźwiękiem. Ten numer jest o Tobie, słowa są o Tobie, muzyka jest o Tobie. Doznajesz zespolenia z muzyką i jednocześnie wiesz z absolutną pewnością, że nie wiesz dokąd i po co jedziesz. Tam, dokąd jedziesz, nie śpieszy ci się, a tam gdzie ci się śpieszy, w ogóle nie jedziesz. Albo jakoś tak.

No cóż…

B.
Zaczyna się muzyka. Główka lekko chodzi w przód i w tył. Albo na boki. Paluszki stukają o kierownicę, bo nawet smutne piosenki mają rytm. Nie ma takiego dramatu, do którego nie da się stukać obrączką o drążek biegów. Pod koniec pierwszej zwrotki zdejmujesz czapkę, nie po to masz włosy, żeby były pod czapką. Tuż przed refrenem naciskasz na gaz, czujesz jak koła lekko ślizgają się na ulicy, yesss! Nie wytrzymujesz napięcia, zaczynasz śpiewać. Nie umiesz śpiewać, nic nie szkodzi. Nie znasz słów, więc trochę dajesz oł je ju ordinary low ricz any hajer. Odkrywasz, że ta piosenka wcale nie jest smutna.

O to chodzi.
Napisz do mnie na priv.

C.
Nic się z tobą nie dzieje.
Musisz zrobić głośniej.

Test alkoholowy

Kurde, wiadomo. Prosty i wiarygodny. Odczyt stanu powinien nastąpić w ciągu kilku godzin od spożycia. Reakcje chemiczne zachodzące w organizmie mogą zamienić wynik pozytywny w fałszywie negatywny.


%d bloggers like this: