my, on & strawberry caipirinha

W knajpie coraz tłoczniej. Ludzie wchodzą, wchodzą, i idą do baru, do baru ciągną parami, trójkami. Jest coraz głośniej, coraz. Chłopak od muzyki tylko na to czekał, czujny jest. Podniósł głowę, pociągnął łyk prosto z butelki, poczekał, aż hałas podniesie się o ton, dotknął konsoli, muzyka przyśpieszyła. Powoli, jak żółw ociężale impreza rozkręca się, ale jak już się rozkręci…

Mam dobre miejsce. W wiklinowym fotelu, przy oknie. Przy oknie bez szyb. To właściwie jest taki otwór, za którym jest wielka woda. Mój drink ma dwa kolory: kolor lodu i kolor miażdżonej truskawki. Podchodzą do mnie moi znajomi, zdejmuję bose stopy z fotela, żeby ustąpić im miejsca.

Znajdujemy się w bliżej nieokreślonym, internacjonalnym, interdyscyplinarnym miejscu. Ale raczej bliżej równika, i tak się składa, że przy samym oceanie. Jest ciepło, ale na szczęście chłodniej niż w dzień. Da się oddychać, nawet lekko wieje. Mam na sobie cienką sukienkę, akurat żeby coś przykrywało opaloną skórę. Jest wtorek po pracy, żadne tam weekendy. Ale dziś wypada pełnia księżyca, którą, odkąd pamiętam, spędzam w tej knajpie, tu, na kamiennym cyplu, na plaży. Nie znają tej knajpy turyści. Turyści wybierają plaże piaszczyste.

Moich dwoje ślicznych dzieci zostało w domu z nianią albo z mężem, nie mogę się jeszcze zdecydować. Dzisiejszego wieczoru jeden z moich znajomych z dowolnie wybranego kraju świata będzie miał koncert, przyszliśmy posłuchać jak gra. My, czyli kto? No, kto, kto. Ludzie, znajomi, tacy popaprańcy z czterech stron i dwóch półkul. Trochę pływamy, trochę turlamy się z dziećmi po piasku, ale każdy ma pracę, tu i ówdzie, i bardzo piszemy, śpiewamy i gramy, bardzo rozmawiamy o problemach społecznych, nie żremy byle czego, a przede wszystkim we wtorek siedzimy tu, pijąc caipirinhę i czując, jak ona przyśpiesza nam puls i chęć do działania nam wzrasta, chociaż nikomu jej nie brakuje. Mamy dużo wspólnych projektów. Jakich? No różnych, bardzo pożytecznych. I w ogóle jest jakieś „my” inne niż „moja rodzina”. Inne my, wspaniałe my.

Ten dj jest niezły, za chwilę będzie słychać tylko ten rytm trum bum, więc jeszcze szybko wymieniam z jedną taką szybko kilka zdań, że wydrukowali jej tomik wierszy, że leci na wieczór autorski, mówię jej, że jej gratuluję, śmiejemy się, a co?!

Nie dam rady już siedzieć, więc wstaję i ruszam, i przejdę się jeszcze do baru, wtedy on łapie mnie za rękę. Za trzy palce prawej dłoni i ściska. Jest taki wysoki, przystojny, no, to musi być mój mąż chyba, skoro nie został z dziećmi.  Trochę ma minę niewyraźną w tym moim marzeniu na jawie. Mówię mu, zobacz jak super. Mówi, że nie lubi upałów. No, już, już, przecież się ochłodziło. Idę z moim wysokim, przystojnym, opalonym, romantycznym mężem na chwilę na plażę i patrzymy, jak fale święcą się okrągłym księżycem.  Jasna cholera, jak cudownie, nie wytrzymam. Chodź już, zaraz będzie grał. Kto? A no tak, no tak. Koncert. Idziemy z powrotem. Nasz ręce splecione na pamięć. Pisałam już, że mam na przegubie dłoni bransoletkę z białych muszelek albo kółeczko na rzemyku z imionami dzieci?
To będzie wspaniała noc. Chyba mogę jeszcze jedną caipirinhę?
Żebyś tylko miała siłę jeszcze ze mną zatańczyć, mówi on.

No i czemu, ja się pytam,
czemu tak nie może być?


5 responses to “my, on & strawberry caipirinha

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: