Category Archives: Jest dziwnie

miejsce przy oknie

W autobusie sto dziewięćdziesiąt siedem ciasno. To znaczy ścisk przy drzwiach, ale na środku, jak zawsze, jest całkiem okej. Siedzę, ale rozglądam się nerwowo, żeby nie przegapić jakiejś staruszki.  Moją uwagę przyciągają dwie nastolatki.

Cięcie:

Miejsce przy oknie.  Numer jeden to królewna Śnieżka. Ciemne włosy, jasna cera.  Wielkie oczy i takie usta, że – jak można mieć takie usta?! Idealnie wykrojone. Kasztanowe loki płyną po ramionach, rzęsami prawie szybę rysuje.

Tu kozaczek, tam płaszczyk. Na kolanach trzyma torbę, z futerkiem, które udaje sierść krowy. Telefon w brokatowej obudowie błyska. Przez białe rzemyki słuchawek niewyraźnie sączy się do nas, pasażerów, polski hip hop. Wczesna Scarlett Johansson co jakiś czas  odpisuje na komplementy tych chłopaków ze szkoły, którzy mają to szczęście, że są jej znajomymi na fejsbuku.

Cięcie:

Autobus. Miejsce przy przejściu. Nastolatka numer dwa siedzi obok i zajmuje nieco więcej miejsca. Pulchniutka, w okularach. Dała sobie spokój z rozpuszczaniem włosów, związała w kitkę, ukryła pod czapką. Jest ubrana w puchową kurtkę (ubierz się, bo zimno), wygląda jak Pi lub Sigma z Matplanety. Króciutką szyję okutała w wełniany szal zupełnie nie pasujący do kurtki. Torbę ma, ale teraz nie mogę odtworzyć jaką. Nie patrzy w okno, z nikim nie nawiązuje kontaktu. W ogóle nie jest online, zresztą na fejsbuku zaprosiła ją tylko siostra cioteczna. Gapi się w podręcznik otwarty na rozdziale z rozkrojoną rybą. Jest krótkowidzem, aktualnie wyłączonym ze świata. Jest tylko ona i ryba.

Cięcie:

Autobus. Rok dwa tysiące trzydziesty pierwszy. Miejsce przy oknie. Królewna Śnieżka patrzy w szybę. Ma już dwójkę dzieci i męża. Jest wciąż bardzo piękna, o czym zapewnia ją kolega z pracy. Smutno jej jakoś. W ecco kids na wyprzedaży nie było pomarańczowych sandałków. Wakacje w tym roku znowu nad polskim morzem. W pracy liczyła na więcej. Coś jest nie tak. Coś jest cholernie nie tak.

Numeru dwa nie ma w autobusie. Jest w Pekinie, gdzie dostała pracę po obronie doktoratu z genetyki. Czuje podniecające mrowienie za każdym razem, kiedy wchodzi do laboratorium. Co do życia rodzinnego nie mam pewności, ale wydaje mi się, że mąż jest lapońskim pisarzem.

Cięcie:

Mój przystanek.

Reklamy

nie obraź się, ale nie chce mi się

Kobiecość wydaje się dziś tematem kuszącym do opisania, ale nie, nie chce mi się. No ale… Nie, naprawdę mi się nie chce. Nie zbliżaj się do mnie z kwiatkiem ani ty ani nikt. Nie obraź się. Nie chodzi o ciebie ani o to, że ja się obrażam na to święto w imię feminizmu ani komunizmu. Tylko, że niby jak wyobrażasz sobie takie święto? Że, niby czego mi gratulujesz, że niby jaka w tym moja zasługa? Dzień Matki czy Górnika, to ja rozumiem, ciężka orka na przodku, ale dzień kobiet? Weź mnie nie rozśmieszaj. Nie, nie będę o tym pisać.

O jaskrawej plamie na majtkach, kiedy zaczął się ten cały cyrk. Od „teraz jesteś kobietą, dzwonię do cioci”. Łot de fak? Te uśmiechy, że niby łał, że teraz to naprawdę. Ja podejrzewam, że społeczeństwa bardziej pierwotne niż Polska – lata – dziewięćdziesiąte jakoś lepiej sobie z tym radziły. Że takie Indianki w tym jednym namiocie się zbierały i kobiecość była dla nich nie tylko tym jednym między nogami.

No, w każdym razie zaczęło się. Boże, żeby teraz tylko nie było seksu. Żeby tylko nie została gdzie na noc, bo skoro już jest kobietą, to i wiadomo. Ach tak, więc jestem kobietą i chodzi o to, żeby się nie z kimś nie przespać. Acha. A już dziewczyny ze starszych klas coś szepczą, że coś jedna, o boże, podobno. Potem Michał K mi przysłał kartkę pod ławką, że mnie kocha. Ale mnie wkurzył ten Michał. Ania z Zielonego wzgórza też akurat nienawidziła Gilberta, wiec się zgrałyśmy. Pierwsze czytanie książki aż do świtu. Dlaczego jakoś nie kojarzyło mi się to z kobiecością? Bo kobiecością było tamto. Tamto bardziej realne i groźne. Rozumiesz? Stanik!

Paranoja narastała, żeby osiągnąć kulminację w okolicach liceum, kiedy to już Aneta głośno zastanawiała się, czy na osiemnastce Mariusza powinna już iść na całość. No, chyba już najwyższy czas, doradzała jej Kaśka, która się malowała codziennie, nie tylko na dysko. Paprotki na parapetach usychały. Chmury za oknem płynęły. Kamienie na szaniec. Wilk stepowy. Listy Stachury do Gałązki. Ale nic z tego nie kojarzyło się kobiecością.  Aneta poszła na całość i cały poniedziałek przeryczała w łazience.

Potem nastąpiła jakaś dekada luzu: studiujesz, uczysz się, żyjesz. Kształcisz się, kimś będziesz, coś zrobisz, czytasz, pływasz w tym czytaniu, w tych nocnych rozmowach. Twoje ciało jest, jakie jest i wydaje ci się, że cały świat cię akceptuje. Jest tak dlatego, że świat ogólnie akceptuje młode kobiety. Społecznie młode kobiety są postrzegane jako spoko okej, właściwie super fajne twory. Wiele im wolno, mogą się uczyć, imprezować, wojować. Byleby w pewno momencie się opamiętały.

Aż tu nagle… następuje zwrot akcji jak w porządnym filmie. W okolicach trzydziestki najczęściej. Twoja kobiecość znowu jest „an issue”. No, bo skoro przez ten wszystkie lata udało ci się nie zaliczyć wpadki, no to teraz ekhm ekhm kamooon…

O tym, że jak już zostaniesz matką, chyba wiesz, co robić, to już nie będę nawet pisać. I nie zapomnij o codziennej porcji ćwiczeń mięśni brzucha i mięśni Kegla, bo się rozciągniesz i, nie daj Boże, nie będziesz odczuwać przyjemności. Zamaluj cień pod oczami, zafarbuj siwe włosy, wydepiluj się najlepiej wszędzie. Nie chodź w dresach, bo to nie wygląda kobieco. A pocałujcie mnie wszyscy w dupę.

Także ja to chrzanię, nie chcę tulipanów. Nie poczuwam się, dziękuję, idę na wino. Jest jakiś błąd w rozumowaniu, coś z tym dniem jest nie tak. Weź zrób lepiej zakupy, możesz mi kupić po drodze płytę, a tulipana daj babci.

Do posłuchania: 


testy psychologiczne

Test na lampki choinkowe (last minute)

Prawie w każdym mieście znajduje się teraz jakiś miejsce, oświetlone lampkami. Im więcej lampek, tym lepiej. Najlepiej przetestować się na ulicy z lampkami, ale może to być jedno świecące drzewko, czy chociaż mały neonowy zawijasek. Idziesz tam wieczorem w ciepłych rękawiczkach, koniecznie kiedy pada śnieg (ale nikt w Ciebie nie rzuca śnieżkami) i gapisz się na światełka około pięciu minut. Możliwe reakcje:

A.
Obraz zaczyna się po chwili rozmazywać, bródka ci się trzęsie i czujesz, że ojej jakoś tak samotnie, tak smutno, a tak powinno być pięknie, no to klops. Twój stan nie wymaga komentarza.
(To samo zresztą, jeśli nagle stwierdzisz, że nienawidzisz tego świecącego gówna, że światełka są dla debili, oraz że masz to wszystko w dupie.)

B.
W świetle lampek zwracasz uwagę na cokolwiek innego niż Ty sama, na przykład na małą dziewczynkę, taką ze dwa latka najwyżej, w kombinezonku z różowym kapturkiem, która małą rączką próbują dosięgnąć światełek albo
na zmarzniętego pieska, tulącego się do nogi właściciela albo
na kształt płatków śniegu i tak dalej
– jesteś w dobrym momencie życia. Masz empatyczną, wrażliwą duszę, ktoś prawdopodobnie czeka w domu z gorącą zupą (lub nie potrzebujesz, żeby ktoś na ciebie czekał z gorącą zupą; też dobrze). Jesteś w stanie bardzo dobrym.

C.
Nic specjalnego się z Tobą nie dzieje, zaczynasz się zastanawiać, ile urząd miasta wydał na te świecidełka, chcesz po prostu iść do domu, żeby obejrzeć nowy odcinek amerykańskiego serialu, który jest naprawdę bardzo śmieszny.
Jesteś w ogóle całkiem zdrowa, trafiłaś na ten blog przypadkiem. 

Test na listę przebojów (wersja dla osób z prawem jazdy)

Słuchasz dowolnej smutnej piosenki. Wskazane jest prowadzenie samochodu i obserwowanie swojej reakcji w lusterku. Możesz słuchać U2, jest na drugim miejscu w trójce. Musi być głośno. Nie głośno się nie liczy. Możliwe reakcje:

A.
Zaczyna się muzyka. Przez puchową kurtkę, sweter, koszulkę z napisem fuck off oraz stanik push up, który nosisz, odkąd przestałaś karmić sześć lat temu, widzisz czerwone światło. To musi być twoje serce. Na powierzchni ma ryskę, widoczne pęknięcie, które pogłębia się z każdym dźwiękiem. Ten numer jest o Tobie, słowa są o Tobie, muzyka jest o Tobie. Doznajesz zespolenia z muzyką i jednocześnie wiesz z absolutną pewnością, że nie wiesz dokąd i po co jedziesz. Tam, dokąd jedziesz, nie śpieszy ci się, a tam gdzie ci się śpieszy, w ogóle nie jedziesz. Albo jakoś tak.

No cóż…

B.
Zaczyna się muzyka. Główka lekko chodzi w przód i w tył. Albo na boki. Paluszki stukają o kierownicę, bo nawet smutne piosenki mają rytm. Nie ma takiego dramatu, do którego nie da się stukać obrączką o drążek biegów. Pod koniec pierwszej zwrotki zdejmujesz czapkę, nie po to masz włosy, żeby były pod czapką. Tuż przed refrenem naciskasz na gaz, czujesz jak koła lekko ślizgają się na ulicy, yesss! Nie wytrzymujesz napięcia, zaczynasz śpiewać. Nie umiesz śpiewać, nic nie szkodzi. Nie znasz słów, więc trochę dajesz oł je ju ordinary low ricz any hajer. Odkrywasz, że ta piosenka wcale nie jest smutna.

O to chodzi.
Napisz do mnie na priv.

C.
Nic się z tobą nie dzieje.
Musisz zrobić głośniej.

Test alkoholowy

Kurde, wiadomo. Prosty i wiarygodny. Odczyt stanu powinien nastąpić w ciągu kilku godzin od spożycia. Reakcje chemiczne zachodzące w organizmie mogą zamienić wynik pozytywny w fałszywie negatywny.


wstyd

Popchnął mnie, a ja  poleciałam w dół.
Po gładkim, czarnym lodzie, którym obrosła tego dnia osiedlowa górka. Nad nami Alpy – bloki dziesięciopiętrowe. Pod nami wąwozy parkingów. A wszystko zamarznięte na kamień, taki mróz. Zgraja dzieci z kluczami na szyi, z kluczami ogrzanymi pod kurtką, pod bluzką, rzuciła się na mróz jak na wroga.

Podszedł do mnie i mnie popchnął.
Jeszcze próbowałam utrzymać się na nogach. Ale to była jedna z tych górek, z których zjeżdża się tylko, ale tylko i wyłącznie, w kucki. To znaczy ja, wy może nie.

Upadłam na głowę. Przejechałam czołem po wyślizganym torze. Sturlałam się na dół. Hahaha. Wstałam. Pozbierałam rękawiczki i czapkę, przygładziłam śnieżny kołtun na głowie i, nie oglądając się za siebie, zaczęłam iść do domu. Krok krok. Krok krok.

Jedną stronę twarzy opanował ból, drugą wstyd. Widziałam na jedno oko. Coś pulsującego rosło na drugim. Szłam. Łzy szczypały. Sąsiadki cmokały. Aniemówiłam, itaktosiękończy, nadrugirazsięzastanowi.

Całe szczęście, że to nie łuk brwiowy, powiedziała mama. A nie mówiłam, powiedziała. I tak to się kończy – ojciec. Na drugi raz się zastanowisz – babcia.
Przez miesiąc twarz była w ruinie. Miałam dwanaście lat. Twarz była dosyć istotnym elementem życia szkolnego. Jego unikałam, jak tylko się dało, zwłaszcza w szatni, zwłaszcza na korytarzu, zwłaszcza na podwórku.  Nie to, że się go bałam. Było mi wstyd.

Tę historię opowiadam, rozcierając śniegiem czerwonego guza na czole młodego. Spotkanie ze ślizgawką zakończono małym dachowaniem. Płaczą i rozpaczą. Więc odwracam uwagę, bo mi się przypomniało. Młody zapomina o guzie, płonie. Musisz się zemścić, mamo. Musisz do niego iść i walnąć go w jaja (!). On już jest dorosły, mówię. Nieważne, nie powinien tak zrobić, musisz się zemścić. To już było dawno, mówię. Guz jest czerwony, skóra lekko rozcięta. Ja już mu wybaczyłam, macham kłamliwie rękawiczką. Takich rzeczy nie wolno wybaczać, tupie. Chodźmy do domu. Musisz się zemścić, mamo.

I tak sobie wyobrażam, jak teraz jadę do niego do domu. Bardzo możliwe, że wciąż mieszka tam, gdzie mieszkał. W tym samym mieście, w tym samym bloku. Na drzwiach jest jego imię i nazwisko. Czcionką z zawijaskami. On mi otwiera. Utył i trochę łysieje. Albo jest silniejszy niż był, bo dużo ćwiczy. Albo został świadkiem Jehowy i ma sweterek w jelonki. Stoimy, nie wiem, czy mnie poznaje. Pewnie nie, bo żarówka na klatce ledwo ledwo. Z mieszkania dobiega zapach smażonych kotletów, gra telewizor. A ja mówię. Panie Pawel P. ja pierdolę, tak się nie robi!

I nie walę go w jaja, tylko mu mówię. Jak jest, jak było. On tylko wytrzeszcza oczy, nic nie rozumie. Ziemniaki mu stygną. Mecz się kończy. Piwo mu się rozgazuje. Ale ja czuję się bardzo fajnie. Pod klatką czeka młody, więc szybko zbiegam schodami w dół. Załatwione, mówię, biorę za sznurek i ciągnę sanki z powrotem, na pociąg do Warszawy.


życzenie

W tym nowym roku, czyli tak jakby teraz.

W nadchodzącym, czyli właśnie mijającym.  Jeśli się zatrzymasz na kilka dni w dziwnym hotelu, w mieście, którego nie znasz, możesz to poczuć.  Spróbuj przynajmniej. No?  I jak?

Kiedy, jak nie teraz. Tu, gdzie nawet nie masz zasięgu. Więc? No? Weź i żyj. Ktoś się wyprowadza z pokoju obok. Nie wiesz, kto; słyszysz tylko kroki, słyszysz jak kółeczka walizki truk truk. Wychodzisz, idziesz na spacer, mijasz dom z kolorową elewacją, patrzysz na niego i nie wiesz, co myśleć. Robisz zdjęcie.

Dzięki Bogu, o piątej jest obiad, do piątej jakoś dasz radę. Dlaczego chcesz być szczęśliwa? Dlaczego po prostu nie jesteś? Nabierasz w płuca górskiego powietrza i chcesz, bardzo chcesz to poczuć. Chcesz poczuć fajerwerki życia. Aż się prawie nie udusisz. Zamiast tego zbiera ci się na płacz. Pogięło cię?

Do wyboru masz nóżkę z kury, kotleta lub makaron na styl wegetariański, także nie można narzekać. Jesteś na wakacjach. Chyba to nie jest powód do zmartwień. To jest powód do relaksacji. W tym roku możesz poczuć się lepiej. Przecież chcesz. Nie brakuje ci motywacji. To wszystko jest do wypracowania. Idziesz na basen, żeby twoje ciało podpowiedziało ci kierunek. Patrzysz na całującą się parę i myślisz, że może potrzebujesz romansu. Romans z całą pewnością by cię zmasakrował. Nie, nie nadajesz się na romans w nadchodzącym. Nie wydaje mi się.

Czas mija szybko, mówi twoja mama. Jak miałam tyle, co ty, mówi, to wciąż mi się wydawało. A to przecież było jakby wczoraj. Dokładnie rozumiesz, co ona mówi. To akurat czujesz. I trochę ogarnia cię panika. A to już jest jakieś konkretne uczucie. Więc nakładasz na talerz nóżkę i sałatkę. Jednak.  Patrzysz w lustro, wciągasz brzuch, wchodzisz na wagę. Idziesz na basen, na spacer. Pijesz szampana o północy. Chcesz nadać znaczenie. Będziesz walczyć. Nie przestaniesz.

Robisz jeszcze kilka zdjęć. Układasz listę życzeń. Raz dwa trzy cztery. W nocy wymykasz się, chodzisz po korytarzu. Chcesz to poczuć. Chcesz żyć tu i teraz. Jest czysto, jest ślisko. Bar jeszcze otwarty. Wypijesz trochę, po wypiciu jest łatwiej, choć rano jest trudniej. W kieszeni masz jeszcze voucher na welcome drink. Pijesz duszkiem. Potem pijesz na voucher męża z drugiej kieszeni.  Rozglądasz się. Jesteś sama na świecie. W noworoczną noc. Jesteś postacią z Remarque’a. Scenografia jest zajebista. Serce ci pęka. Z pękniętym idziesz z powrotem.  Na korytarzu mijasz się z damą i z jej łasiczką.  Dama nie patrzy na ciebie. Łasiczka się nieco rozjeżdża. Masz jedno postanowienie noworoczne. Poczuć to. Złapać to.

 

 


żółty baner

Bo ty nic nie wiesz.  Bo to w zeszłym roku było. Widzisz ten żółty baner? To się stało tam właśnie, w tym mieszkaniu, a raczej w naszej podstawówce rejonowej, na tych korytarzach, po których chodzą nasze dzieci.  Głośna historia to była.  Nie wiadomo do końca, co jest prawdą, a co plotką, ale że fakt taki był, to jestem pewna na dwieście procent.

Mama Kacperka zakochała się w tacie Patryka! To musiało się stać zaraz na początku drugiej klasy, bo w pierwszej Patryk chodził do innej klasy, to oni się nie znali albo bardzo słabo. Ale potem, jak Patryka przenieśli, to zaczęli się widywać na wywiadówkach. Czasem zagadali ze sobą w szatni, a w końcu zgłosili się, żeby chodzić razem z dziećmi jako pomoc na basen. I chodzili. I na tym basenie rozmawiali, aż im było mało tego wuefu. Aż ich trener Paweł musiał upomnieć, że dzieciaki już w szatni i nie ma kto im mokrych majtek ściągnąć. I tak to zaczęło wtedy, w oparach chloru i w świetle jarzeniówek. Rozmawiali ze sobą godzinami albo nie rozmawiali, tylko siedzieli i patrzyli. Potem ona mówiła, że nic akurat w domu nie ugotowała i szli z dziećmi na pizzę. I wyobraź sobie, ich dzieci, ich własne dzieci, Kacperek i Patryk, koledzy z klasy, w tym wszystkim nieświadomie uczestniczyli.

Ale na tym nie koniec. W październiku była wycieczka do gospodarstwa agroturystycznego, już taka całodzienna, ze zwiedzaniem i obiadem. I zgadnij, kto pojechał? No?

Po tej wycieczce mama Kacperka zaczęła chudnąć, schudła chyba z dziesięć kilo, wszystkie koleżanki pytały, co to za dieta cudowna i potem się obraziły, że ona udaje, że to nie żadna dieta. A tata Patryka zrobił się trochę dziwny, raz wesoły, a raz znowu strasznie wkurwiony chodził, że Patryk nie mógł zrozumieć, o co chodzi. Raz nawet za uwagę w dzienniczku tata nic nie powiedział, a innym razem nakrzyczał, że Patryk ma w kieszeni kamień. Wielkie mi halo, taki kamień.

Mama Kacperka najpierw strasznie wypiękniała. Odmłodniała, jakby jej ktoś piętnaście lat zabrał. A potem się strasznie rozchorowała. I w końcu nie przyszła na wywiadówkę, tylko przyszedł tata Kacperka, który nie wiedział, w której sali jest zebranie, trochę się zgubił, ale w końcu trafił, choć spóźniony. I było tylko jedno wolne miejsce na sali, koło taty Patryka, który trzymał tam kurtkę umyślnie, bo wiadomo dla kogo.

Przesiedzieli tak obok siebie całą wywiadówkę.

Dopiero potem w szatni zaczęła się awantura. Kaperek zobaczył, jak jego tata wali tatę Patryka z całej siły pięścią w twarz, aż się tamten przewrócił. A Patryk patrzył, jak jego tata, który jest bardzo silny i w ogóle trenuje taekwondo, nawet nie oddał tacie Kacperka, tylko wstał z ziemi i stał i krew mu leciała. I chyba płakał, choć może tylko mu się wydawało. Dorośli ludzie, wyobrażasz sobie.

Następnego dnia po tym wydarzeniu chłopcy nie przyszli do szkoły. Podobno tata Patryka przyszedł pod blok mamy Kacperka i stał na trawniku, tu, za tym blokiem, tam, gdzie nie wolno wyprowadzać psów, cały dzień do nocy. Podobno, że on chciał uciec z mamą Kacperka i z Kacperkiem. Patryk nie dowiedział się, czy z nim też, bo mama Kacperka jednak zdecydowała, że tak nie może być.  Nie wyszła do niego na ten trawnik, tylko napisała mu esemesa, że Kacperek potrzebuje ojca. I Patryk potrzebuje ojca. Ona potrzebuje tylko trochę czasu, lekarza i mocnych leków.

Kacperek z rodzicami wyprowadzili się chyba w lutym, mieszkanie poszło na sprzedaż, to właśnie tam gdzie ten żółty baner, co tam wisi tak długo. Tata Patryka mieszka dalej w tym samym bloku, tam gdzie jest sklepik. Z żoną i synem. Także wszystko dobrze się skończyło.


Miłość

Może za bardzo się nad nim rozczulasz, mówi mój mąż. Łagodnie mówi, nie powiem, nie można się przyczepić. Naprawdę tak myśli. Że za dobrze ma. Za dobrze. Myślę, obracam te słowa w głowie. Próbuję je jakoś przyłożyć do własnego dzieciństwa. Czy było mi za dobrze ,czy niewystarczająco dobrze, a może w sam raz dobrze, nie wiem.

Jeśli będziemy twardzi, konsekwentni, mówi mój mąż. Mówi z troską, nie powiem, szuka rozwiązania albo jakiejś procedury na stres dziecka. A może trzeba go zapisać na judo, mówię niepewnie mieszając cukier w herbacie. Wakacje trwały za długo. Były za dobre. Za słodkie.

Wyjeżdżam na dwa dni. Zostają. Ojciec i syn. I nowa forma życia – dyscyplina, chłodny chów. Kiedy dzwonię wieczorem, słyszę że poszedł spać jak w zegarku. To dobrze, mówię. Dobranoc, wyśpijcie się, mówię.

Potem przez cały dzień nie myślę o nich tak mocno, bo przecież co z oczu. Długo jadę pociągiem. Zamawiam żurek w Warsie. Za oknami jest szare popołudnie, w żurku pływa jajko. Jadę i jadę i czuję, jakby mnie długo nie było.

Klucz wkładam do zamka bez światła, na pamięć. Boli mnie ramię od uwieszonej na mnie torby. W pokoju dziecka nie ma dziecka. Leżą we dwóch na kanapie wśród walających się zabawek. O mamo, mamo, czekamy na ciebie. Tata mi opowiada bajki. Ciekawe, jak opowiada, jak śpi. Nie ma ślady dyscypliny. Jest patyczek po lizaku. W jednym chłopcu musi się zmieścić tyle miłości.

Rano prawie, że moglibyśmy się nie spóźnić. Wyjedźmy gdzieś jeszcze, jeszcze na trochę, przedłużmy wakacje, mówi mój mąż zaciskając sobie uprząż z krawata. Tak, jedźmy, jedźmy, krzyczy młody.


Za parawanem

Nad parawanem szaleństwo. Strasznie wieje. Ale dobrze, że nie pada, cieszy się sprzedawca orzeszków karmelowych, popcornu oraz zimnych napojów. Pochylił się jak byk w natarciu i brnie dalej, pod wiatr, w przeciwnym kierunku niż nasze dmuchane koło. Które ucieka przez plażę na wolność. Za dmuchanym kołem leci na wolność jedno nasze dziecko. Znaczy, dziecko zza naszego z parawanu. Dzieci i parawany mamy na tym wyjeździe wspólne. Trochę pozwolimy dziecku uciec. Ale nie bardzo. Ktoś go w końcu weźmie za opiaszczoną mini dłoń i przyprowadzi. Ja. Leżę. Na dnie. Tu jest ciepło. Nie chcę, żeby we mnie wiało. Żeby mi napakowało piachu i żeby mi zrobiło gęsią skórkę. Ja nie gęś. Już nie gęś głupia, tylko, schowana za parawanem, ciepła foka.

Nad parawanem furczy i dmucha powietrze zimne, ostre i niewidzialne. Nad parawanem igiełki piachu i chłód. Niżej jest cisza i nic nie szarpie. Już nas wyszarpało. Już dzięki. Chcemy tylko leżeć tak i odpoczywać, choć niczym się nie zmęczyliśmy. Chcemy spać. Chcemy się ogrzać. Wyssać z tego lata coś na zapas.

Nasze myśli są niewesołe, dalekie od miejsca, w którym wbiliśmy pale parawanu, używając ciężkiego, gładkiego kamienia. Telefony milczą, choć chcemy, żeby ktoś zadzwonił. Albo dzwonią, choć chcemy, żeby milczały. Kruszą się ciastka i rozćtapują się banany. Ręczniki nigdy nie są do końca suche, jak to możliwe. Krzyki i piski dzieci. Tylko one nie dają się pochłonąć hałasowi wiatru. Ja mam usta zamknięte, bo nie ma sensu. Za parawanem wszystko jest przytłumione. Leżymy tam ze swoimi sprawami, które nam się w głowach kotłują. Mnie się na przykład kotłuje moje dzieciństwo, tylko tak się już strasznie kruszy i rozćtapuje.

A mówili, żeby jechać na Chorwację czy inną Maltę. Nie. Ja pierdolę, znowu Bałtyk, bursztyn, Irena Santor i wiatr. I parawan. Za parawanem masz Grecję i Balaton. Tylko łeb wystawisz i Bałtyk z powrotem.

Podniosłam się jak wielki latawiec. Piski dzieci kroją szum na nierówne kawałki. Jak ja mam dość tego kulenia się już. Chowania się za parawanem, życia za parawanem i ogólnie udawania nieżywej.  Dość.


Taka ładna

Pan się musi mylić, to nie ja. To nie moja twarz, to nie ja. Taka blada jakaś tu jestem, w kontraście do rumianej koleżanki z prawej, wyglądam jak niesymetryczna plama rozlanych potrójnych podbródków. Rozpacz nie gęba. Pod oczami dwa głębokie cienie mi pan tu uchwyciłeś i wyglądam jakbym miała wąsy. Pan się naucz zdjęcia robić najpierw, dopiero potem pan strzelaj tym fleszem. Ja tak na pewno nie wyglądam.

Pan sobie wybrałeś moment jak się garbię i gapię się tępo. Jakimś programem komputerowym mnie pan tak pofałdował i pomarszczył?! To naprawdę nie jest śmieszne.

Teraz, kiedy jest lato i kiedy kupiłam sobie kieckę na ramiączkach, cieniutkich jak nóżki pająka, nie mogę wyglądać jak byle co. Jest lato, kręcę małą gałką radia. Głośniej jeszcze. Dzieci pod blokiem piszczą, z moich okien leci piosenka o miłości. Yalla habibi, cośtam cośtam.

Zamykam oczy i nie widzę już tego zdjęcia. Nie widzę swojej skóry ze skłonnościami, co jest ofiarą utraty elastyczności na skutek czynników. Nie widzę rezygnacji zapisanej w linii pleców. Widzę monsunowe wesele, na którym jestem jednocześnie panną młodą i matką panny młodej. Piszczą dzieci pod blokiem. Jestem też dziewczynką na weselu. Kręcę się w kółko. Wszystko przede mną. Lato przede mną. Będę chodzić promenadą wśród budek z goframi i automatów z gumowymi kościotrupami i będę habibi. Będę mieć dwa jasne paski narysowane na czerwonych ramionach. Będę wciągać brzuch i odgarniać włosy, jak mi wiatr je włoży do ust. W zachodzącym słońcu będę kroić pomidory na kolację. Jestem taka ładna, jak mnie nie widzą żadne aparaty. Najładniejsza, jak nikt nie patrzy.


Jaszczurka

Łąka jest mokra. Nareszcie można założyć kalosze. Kalosze są z dajchmana, choć nie wyglądają. W mieście nigdy tak naprawdę nie ma powodu do założenia kaloszy. Nie wychodzą na spacery. Teraz idą. Między pastwiskami.
Wchodzę nimi specjalnie w błoto. Chcę poczuć radość błotną. Nie czuję nic. Krowy rasy mlecznej gapią się na mnie, ale jakby mnie nie widziały. Kozy skubią trawę. Obojętne.
Skręcam na łąkę, idę pod górę. Rosną tu rośliny, których nie znam. Żółte i fioletowe. A tam dalej jest sześć krzyży. Nazwiska brzmią obco, rok tysiąc dziewięćset piętnasty. Stoję i patrzę tym samym wzrokiem, co krowy. Na krzyże, na trawę na grobach, na niebo na chmurach. Mam kalosze, które prowadzą mnie wzdłuż strumienia. Strumień bawi się ze mną w chowanego. Jak dziecko – dobrze się chowa, ale nie przestaje się śmiać. I po tym śmiechu zawsze go znajduję. Idę łąkami aż do drogi. Obojętnie jak ta krowa. Miastowa. Serce mi nie topnieje nad niczym i nie ma powodu, żeby zapamiętać, że tak idę. Że wracam czarną drogą, po której nic nie jeździ.

I tylko ta zielona jaszczurka, która leży na ciepłym asfalcie. Ładna jaszczurka, tylko trochę nieżywa. Wybrała się na drugą stronę, nie w porę, o czym świadczy trochę czerwonego wokół zielonego. Pobiegła drogą, którą nic prawie nie jeździ. Prawie nic. Stoją kalosze nad małą śmiercią. Nieważną, niepotrzebną, głupią. Stoją i chciałyby iść dalej. To tylko jaszczurka.


%d blogerów lubi to: