Category Archives: Jest kulturalnie

nie ma nie ma jest

Nie wiem, gdzie mieszka Błażej Król, ale chcę myśleć, że w domu z ogrodem. Wśród krzaków dzikiego wina (i samosiejki) ma okrągły stolik, bardzo chwiejny i kilka krzeseł, nie wiem ile, ale najmniej dwa.

pora na dobranoc bo już księżyc świeci
dzieci
my nie chcemy mieć dzieci

Kuchenkę na sto procent ma gazową, łóżko w sypialni szerokie, nigdy niepościelone. Razem z żoną obserwuje pająki, które łażą tam, gdzie upadł kawałek arbuza na trawę. Wszystko to robią we wtorek o trzynastej.

a to co było a nie jest
wraca po trzykroć

Jak tak stoję na koncercie nowego Króla, to czekam. Czy zaśpiewa takie zdanie, jak tamto, wiesz które.  Zdania takie, jakie czasem jeszcze znajduję w akapitach książek, których nie ma w empikach (ale Ł. mi polecił, bo zdobył i słyszał, że warto). Autor bałkański, rumuński albo turecki. Postacie, które prawie da się powąchać, piją caykur w szklankach lepkich od cukru. Ktoś zrywa cytrynę prosto z drzewa, a ono nie chce puścić.

…zaraz, zaraz, bo mnie chyba poniosło. Skąd caykur w Gorzowie? Pewnie Król herbatę słodzi na maksa.

Więc jestem na koncercie. Czekam.

Ogólnie polskiej muzyki słucham beznamiętnie. Czasem, jak tekst jest cyniczny, ma to jeszcze językową świeżość. Kiedy jednak zamarzę o tym, żeby posłuchać czegoś o uczuciach, to dostaję zaraz „bezkresny horyzont” lub „skradzione niebo” lub jakąś inną głębię jak mówienie sobie dość, to nie tak miało tak być, łzy jak krople deszczu i inne rozterki na oceanie uczuć. Nie mogę tego słuchać. Dostaję choroby morskiej. Nie ma tekstów, na które czekam, nie ma, nie ma.

Dlatego jestem na tym koncercie i to jest trzeci raz w ciągu roku.  Jest to bardzo mały koncert, gdzie scena bar i ja to właściwie jeden kij i dwa końce. Piłam umiarkowanie, ale jednak. Teraz czekam.

powoli wypuszczać powietrze
czy przebić balon szybkim ukłuciem

męczyć się w gryzącym swetrze
połknąć czy zająć się żuciem
?

No i masz.

Może mogłabym wczoraj mniej pić i wydać mniej. Nie byłabym taka zadowolona. No i nie miałabym na biurku trzech płyt Króla, które lecą jedna po drugiej, druga po jednej, w miarę jak ten, bardzo dobry, weekend dobiega końca.

Reklamy

I’m a mess, czyli o wiośnie

Fakt, że przyszła wiosna. Przebrana za lato. Że jest słonecznie i zajebiście. Wcale nie znaczy, że trzeba się od razu tak cieszyć. Sama siebie nie rozpoznaję w okularach przeciwsłonecznych, a co dopiero własnych myśli. Nieco przytyłam, twarz mi się pomarszczyła i tak mi jakoś zwisa na zawiasach. Tylko jedno pozostaje takie samo
To wciąż za mało, moje serce. Nawet jeśli w piątek widzieliście mnie tam, a w sobotę to nawet i tam i tu. Im lepiej, tym gorzej. Im więcej, tym mniej. I nie ma siły, nie ma siły, żeby to zmienić.
A ile trzeba siły, żeby to znieść!
Już na ulicach szał i szok. Kolory wypuszczone z szaf. Twarze sprzed ekranów. Pierwsze piwo na ulicy. Pierwsze siku na trawie. Niepierwsza alergia na pyłki. Brązowe buty na obcasie. Sztruksowa kurtka. I to dziwne uczucie, że jest się szczęśliwym w szczególe, ale w ogóle to jakoś nie bardzo. Bełkot w głowie. Kołatanie w sercu. Zachłanność na to, co sobie tak spokojnie przemija. Ale czego ty chcesz? Nie wiem. Nie wiem, ale chcę!
Chcę.
Żeby wszystko było przede mną znowu. Bezkarnie się mościć chcę w rzeczywistości i mylić się. Na okrągło się mylić.
Tylko w ten sposób mogę się dowiedzieć o co chodzi. Ja nie wiem, o co chodzi! Boję się, że się nie dowiem.
To prawda, masz rację. O tej porze roku jestem skoncetrowana na sobie. Jeszcze bardziej niż zwykle. Nie można się ze mną dogadać.

Nocami oglądam seriale.  Codziennie, o godzinie czwartej siadam pod szafką z rakietą. I gapię się na kwiatki poprzypinane szpilkami do tablicy korkowej. Identyfikuję się z tymi kwiatkami. Sprawia mi to ulgę.

Trzymam młodego za rękę na przejściu, ale tak naprawdę to on trzyma mnie.
Daję radę. Ale ledwo. Wiosna.


Kreacje, dekoracje i narkotyki.

No więc wybrałyśmy się tam we dwie. W cztery obcasy. W dwie fryzury. Ona sobie wyprostowała, a ja sobie zakręciłam. Jennifer Lawrence i Anne Hathaway normalnie na miarę.

Dostałam przywieszkę na pierś z nazwą bloga, którą wcisnęłam do torebki. Poproszę panią nominowaną na ściankę. Och ja. Naprawdę. Ależ ależ. Pod ścianką ja. No nie mogę.
Chwieję się w tych butach, jako ten łan na wietrze. Ale widzę, że wszyscy się trochę chwieją. Tylko Anna Mucha się nie chwieje.
A panowie kamerzyści, panowie operatorzy są w jeansach, w bluzach z kapturem, żują gumy i są ewidentnie na robocie.
Jak ona się nie chwieje.
Ben Affleck z całą pewnością o tej porze był już po solidnej kresce.

Sadzam tyłek na krzesełku z napisem „nominowani”.  Pokazuję E. jak to mi się zupełnie ręce nie trzęsą, a nerw na jakiej mam wodzy. Rozglądam się za innymi dziewczynami, co to je znam przecież, ale nie ma pojęcia, jak wyglądają. Jak wyglądają te one. Chce się wiedzieć.

Impreza jest równie spontaniczna co orędzie prezydenta. Dowiadujemy się, co po czym nastąpi i kto jest sponsorem.
Pełen luz. Czas szybko leci.
Już się zaczyna, już się kręci. Już czytają nazwy nominowanych blogów. I z trzech, jeden wstaje. Tylko jeden idzie. Idzie i  jest zaskoczony. Naomi Watts w łazience pudruje nosek.

Literackie i kulturalne. Pełen luz. Agata Passent. Luz jak cholera.
E. wstrzymuje oddech. Czas zwalnia nie wiem po co.
Co tak wali? Co tak wali? Ja nic nie słyszę co ona mówi! Co tak wali?

W końcu to tylko gala. Czy ktoś kiedyś dostał zawału na gali? Czy są znane takie przypadki?

Tylko spokojnie! Jezu.

O tak.
Idę, jestem zaskoczona.
Agata Passent pokazuje kciuk do góry i mam ochotę ten kciuk zabrać ze sobą.

Christopf Waltz ma rozszerzone źrenice.
Tędy, tędy i owędy. Do wywiadu. Jak to się zaczęło? O czym ten pani blog? Pani opowiada, a ty, Marek, kręć tu na panią z boku. Mówi pani? I co jeszcze? Może wyżej nagrodę. To bardzo interesujące. Marek, masz to?

Marek to ma.

Co tak wali?
E. ściska mnie i ściska. Jak się czuję?
Ogólnie to strasznie głodna. Czy się napiję? Nie, nie napiję się. Czy ja już coś piłam czy coś w tym soku może było.

Staram się skupić na odnalezieniu tych osób, które tu chciałam poznać, ale czas jakoś znowu przyśpiesza i do drugiej udaje mi się pogadać może z czterema osobami.

O.
Pisaniu.
Frustracjach i Frustratce.
O tym, o której godzinie jest najsmutniej.
O tym, dlaczego nie jestem brunetką w skórzanych spodniach.
Dlaczego się uśmiecham.
Dlaczego na blogach które afirmują macierzyństwo, autorka nie pisze, kiedy się wkurwi.
O tym, ile kto ma dzieci.
O tym, czym nie jest miłość.
O tym, że w Stanach wszyscy mają suszarki do prania.
Z opcją prasowania.
Z opcją nawilżania dla alergików.

Normalne rozmowy.
Taka tam imprezka.
O tej porze Ang Lee pali wielkiego jointa, żeby się trochę uspokoić.

Latam w tym outficie z kosmosu. Jakim cudem jest druga w nocy. Gdzie są wszyscy. Nie znalazłam autorki Miasta Książek, Zwierza ani Rudomi. Zgubiłam się. Normalnie się zgubiłam, potykałam o kable, aż mnie E. w końcu zabrała do domu.

Dodam dla jasności, że nie przyjęłam żadnych środków ani alkoholu ani nawet syropu na kaszel.

W piątek się trzęsłam najprawdziwszym normalnym kacem.
Statystyki bloga obserwowałam spod koca. Wyłączyłam telefon i bałam się fejsbuka. Nie wiem dlaczego. Może jednak tylko spokojnie nie powinno mieć twarzy. Utrata anonimowości to jest poważny koszt. Który oczywiście był brany pod uwagę. Pod koc.

Chciałabym mieć taką amerykańską suszarkę.
Z opcją prasowania.
I nawilżania.
I może zawracania wody kijem.

Dziękuję Wam jeszcze raz. Dziękuję jurorce. Dziękuję swoim bliskim, że znoszą różne konsekwencje tego pisania. Teraz chodźmy dalej. Zobaczymy jak to będzie.


Bam. Bam.

Taki film dla facetów i pewnie się na nim wynudzę. Angielski humor, dużo, dużo krwi, poprzedzonej strzałem bez tłumika. I na pewno nie zrozumiem intrygi kryminalnej. Już bez przesady, że ten Colin eF to takie cudo. Albo gra marynarzy albo bandytów i bałamuci polskie aktorki.
Gdzieś na sali kinowej ktoś kwiczy ze śmiechu przy każdym dialogu. Ma widocznie ogromną empatię na humor. Jest też nie do końca trzeźwy. Jak ja przetrwam ten seans bez butelki rumu?!

„7 psychopatów” to najbardziej inteligentna komedia, jaką ostatnio widziałam.  Inteligencja jest sexi, więc jestem pobudzona jak po wykładzie profesora Zimbardo zmutowanego ze Woody Allenem. Film ze specjalną dedykacją dla ludzi, którzy piszą. Dla tych, którzy „wymyślają” historie, a może raczej je pożyczają od innych („pożyczają” to takie ładne słowo… jakby mieli oddać).  Szczególnie dla tych, którzy lubią o historiach rozmawiać, machać rękami, krzycząc „a ja to widzę tak”, „i on wtedy…”, „a ona wtedy…”. To są najfajniejsze momenty pracy scenarzystów i -stek.

Film nie jest o strzelaniu, lecz o pisaniu scenariusza filmowego, który staje się niebezpieczną rzeczywistością. Niebezpieczną, ale potrzebną bohaterowi, żeby czegoś ważnego  doświadczyć. Film ma warstwy. Sam się komentuje i sam się obserwuje.

Marzyłbym – mówi główny bohater – żeby od tej pory do końca nie było już żadnej strzelaniny. Tylko rozmowy, rozmowy prawdziwych ludzi…

Tak się nie robi, myśli widz – jak to? Umówiliśmy się na strzelanie, strzelaliście co pięć minut w pierwszej część! Gonią was bandyci!

W szkołach uczą, że widz bardzo  lubi wiedzieć, co się wydarzy. Zadaniem opowiadającego jest ten komfort zaburzać. Im częściej tym lepiej. Wtedy ciekawość rośnie (sprawdza się dobrze przy opowiadaniu bajek). Naprawdę nie jest łatwo zaskoczyć mnie tyle razy. To jest inne, świeże uczucie, jakby w gorący dzień wskoczyć do fontanny.

Bandyta: Ręce do góry.

Hans: Nie.

B: Mam broń.

H: I co z tego?

B: To bez sensu!

Film nie jest o strzelaniu ani o psie, ale o przyjaźni, dziwnej i w sumie wzruszającej. Główny bohater pobiera od życia naukę, dokładnie tak jak być powinno.  Bo nie wszystkie zasady można łamać, to jasne.

Puenta jest taka, że czasem warto dać się zaskoczyć. Iść tam, gdzie normalnie byśmy nie poszli, bo normalnie chodzimy na inne filmy, jak już znajdziemy czas, żeby w ogóle. Bam. Bam. Dajcie się zaskoczyć.

Uwaga. W filmie nie ginie żadne zwierzę. Poza tym ginie wiele osób.

I jeszcze jedno. Colin eF nie jest już tylko marynarzem. Jest w moim dzisiejszym rankingu najlepszych aktorów świata, najlepszym aktorem świata. Wybaczam mu Bachledę, alkoholizm i Los Angeles, wybaczam mu wszystko. Colin – jak to się zdrabnia?


Kino

W centrum handlowym jest bardzo kolorowo. Błyszczą się podłogi. Złuszcza się niebo za wielkim oknem. Za przezroczystą ścianą, tam gdzie noc, jest coś, przed czym uciekam.
Z poziomu na wyższy poziom. Ze schodów widzę, jak ci ludzie dzielnie chodzą. Z poważnymi minami przemieszczają się od Bershki do Coffe Heaven. Od HM do Zary, od street faszyn i dalej do interior design. I do slow fast food.
Uwierz w siebie. Life’s good. Psychologiczne dramaty pozostawiamy na parkingu niestrzeżonym płatnym. Zaparkowałam więc na minus dwa. Na cztery de. Mam papierowy kubek, nikt nie rozpozna, że coś nie tak. Kamery mnie zarejestrują, ale mnie nie zidentyfikują. Że na zewnątrz jest coś, czego nie chcę.
Pojadę na górę. Na samą. Do kina. Na azyl. Tam sobie zapomnę. Jeśli wcześniej sobie nie przypomnę.
Przy butiku z rajtuzami robi mi się tak smutno, że zastanawiam się chwilę, czy nie wrócić i nie pobiec z powrotem tam?
Ale nie. Tam jest świat, w którym nikt już w nikim nie jest zakochany.

 


Kryterium

Każdą twórczość oceniam według tego, czy coś ze mną zrobi, czy nie. Takie, subiektywne kryterium dobre jest i się sprawdza. Albo to jest, albo tego nie ma. Więc idę i czekam, czy będzie coś, czy nie będzie. Pozornie łatwe ze mnie audytorium, takie emocjonalnie mało stabilne, wystarczy pstryknąć palcem, żeby się pobeczało. Pozornie. Bo przez pół koncertu Tori Amos myślałam na przykład o tym, że zgnije mi dynia w lodówce. Zgnije, a przecież miała być zupa. Tu – skrzypce, puzony, fortepiany, artystka klasy światowej, a ja i tak w głowie mam gnijącą dynię, plamy na stole i „tematy tematy”. Tu – bębny, flety i dzwonki, dyrygent faluje włosem świeżym, a ja mam wstać jutro rano. Tak, jak wstałam dziś rano i wczoraj rano też.

Sala kongresowa nie sprzyja. Ja to tak bardziej z pokolenia pod sceną, z pokolenia dopchaj się i drzyj mordę. Kurde, co z tą dynią. Może jak wrócę, to zrobię zupę. A artystka w świetle specjalnym i ustawionym, śpiewa pięknie o tym, jak to jest mieć 25 dolarów w kieszeni i tyle. Ciekawe, że bilety na koncert kosztowały dwa razy więcej. Myślę o tym bez złośliwości. Po prostu myślę. Ze mną nie dzieje się nic.

I kiedy wydaje mi się, że to już. Że stracone. Że nieadekwatne. Że nic.

To wtedy ta kobieta w drugim rzędzie zaczyna jakoś tak z tymi skrzypcami. I tamta za nią. I zaczyna cała orkiestra tak grać. Tak jeden po drugim. Piłują te skrzypce z bólem jakimś. Pochylone z oczami wbitymi w nuty. W brzuch. Fala uderzeniowa kontrabasów. W kolana wiolonczele. W paznokciach mam przeszkadzajki. Walą we mnie bębny. Łaskoczą flety poprzeczne. Nie ma nic. Muzyka mi wpadła do środka. Nie ma nic. Zaczyna śpiewać. Ruda przy fortepianie. Tamtym palą się struny. Zapieprza stroboskop. Tylko ruda śpiewa spokojnie, jakby wokół niej nie działo się nic. Nic. Nie ma oddychania. Nie ma nic. Ruda wali pięścią w fortepian, rozczochrany dyrygent półprzytomny łapie w pięści ostatnie dźwięki i dusi je. Raz. I już. Cisza. Cisza na całej sali. Dopiero biorę oddech. Nie mogę się ruszyć. Ruda ma włosy jak dynia.


Martini z lodem

Chłodne wieczory, no popatrz, jak szybko się zimno zrobiło. Zmarzły mi palce w siedem sekund. Myślę, że jest to jeden z tych głupich momentów, że, jeśli mnie nie zapytasz o coś, o cokolwiek, to… No co? No nic. No weź. Stoję przed tobą z pustym kieliszkiem. Nie wzięłam swetra, a mogłam pomyśleć, że się ochłodzi. Boli mnie brzuch. Proszę mnie natychmiast uratować. Raz na jakiś czas życzę sobie być. Dzieciom uciekł zielony balonik. Piszczą. Dzwoni twój telefon ajfon. Piję kolejny, autodestrukcyjny już raczej, łyk Martini. Można to chyba nazwać chwilą słabości.
Klub niewidzialnych dam. Taa dam. Masz to? Ja to mam.

Wspaniały koczek loczek i breloczek. Nikt tu nikogo pod pistoletem nie trzyma.  Siedzimy sobie w kółeczku. Uśmiechamy się, ha, ha, ha.  Obcasy i po cichu trzy ibupromy na tajemnicze migreny. Jedno, dwoje, troje dzieci i milion sześćset tysięcy ugotowanych obiadów. Noji on. Bo jesteś tego warta, phi. Padnę ze śmiechu zaraz.

Czy coś mówiłam, ktoś pyta. Chyba nie powinnam już pić. Martini z lodem mnie nie ogrzewa. Powtarzamy te rytuały, kij wie po co. Kiedy całuję, pachnące perfumami, policzki dam, wydaje mi się, że przez chwilę się rozumiemy. Po co ten żal. Wina jest niczyja. Każdy jest panem swego losu. Miłość to jest słodki kwiat. Sensem życia jest samo życie. Taksówka.


Sikam przy kasłaniu, pierdzę przy kichaniu…

„Nie jestem pisarką.” No, nie jest. Jill Smoker, amerykańska blogerka napisała książkę czy też wydała teksty z bloga w formie książki.  To nie jest żadne „Piąte dziecko” ani „Czarne mleko”, co więcej – nie podoba mi się ani tytuł ani okładka. Nie czytam bloga scarymom.com ani nie robię tam zakupów w zakładce „shop”.  Co ja i ona możemy mieć w ogóle wspólnego?
Ale jednak przeczytałam szybko i bez zgrzytów. Dobra – z przyjemnością ją przeczytałam. Dwa razy się wzruszyłam i kilkanaście razy śmiałam się głośno, co na pewno było uwzględnione w biznes planie tego projektu. Może mnie trochę zamroczyło, bo czytając, siedziałam sobie na tarasie drewnianego domku i machałam palcem bez buta i bez pedicure. A może Jill Smoker mnie uwiodła, bo jestem fanką matek wielodzietnych (gdzie wielodzietność oznacza każdą liczbę dzieci powyżej jednego)?

Pisze o ciąży, kupach, glutach. O tym, że nie karmiła piersią i jak ją za to oceniano w sklepie. Pisze o tym, że nie daje dzieciom organicznego jedzenia, tylko tosty z serem: „użeranie się z gotowaniem tylko ze składników nieprzetworzonych, mogłoby mi zaszkodzić całkiem serio”. Pisze, że ma samochód z wbudowanym odtwarzaczem bajek (zgroza!) i że jej dzieci chodzą spać, kiedy chcą, bo ona ich już nie ma siły usypiać. Pisze,  że choć obiecywała sobie, że w jej domu nigdy nie będzie plastikowych karabinów i koszulek z wizerunkami bajkowych postaci, to złamała większość obietnic. O tym, że coś takiego jak wypoczynek rodzinny nie istnieje. O tym, że nie bardzo lubi inne dzieci…

Ona po prostu pisze, że jest gorszą matką niż ja!

Wszystkie chcemy, jak my bardzo chcemy być dobre w te klocki. I bokiem nam wychodzi, to, że tak bardzo chcemy. Jedyne co nam czasem zostaje, to trochę się do tego zdystansować. Nie zwariować. Naprawdę bardzo wiele mnie dzieli od amerykańskiej scarymommy. Ale, kurcze, tak samo, zawsze zapominam swojej pasty do zębów, kiedy jedziemy na wakacje. I potem myję zęby tą dziecięcą o smaku arbuza (której oczywiście nie zapominam nigdy).

***

Po jakimś czasie prowadzenia bloga, Jill Smoker umożliwiła dodawanie anonimowych komentarzy w sekcji zatytułowanej później: konfesjonał. Te komentarze stanowią znaczną część książki.  Spis grzechów macierzyństwa.

„Udaję, że jestem szczęśliwa w roli siedzącej w domu mamusi, ale czasem mam wrażenie, że powoli umieram.”

„Zapisałam się na fitness, żeby korzystać z darmowej opieki dla dzieci. Zostawiam je, a sama siedzę w szatni.”

„Codziennie rano całuję na pożegnanie swoją wychodzącą do szkoły naburmuszoną nastolatkę. Zamykam za nią drzwi i pokazuję jej środkowy palec.”

„Mam trojaczki. Dlaczego jestem samotna?”

„Szykuję dla dzieci zdrowe drugie śniadanie do szkoły, wyłącznie dlatego żeby mnie rodzice źle nie oceniali”*

* Obszerniejsze fragmenty książki tutaj

A tu – Fsiążki.

 


Niepicie

Najpierw nie pijesz, bo jesteś w ciąży. Potem nie pijesz, bo karmisz (wtedy zresztą nie-picie nie jest twoim największym problemem).  Potem nie pijesz, bo każda, nawet śladowa ilość alkoholu, doprowadza cię do tańca na stole, podczas gdy reszta towarzystwa jeszcze nie dostała rumieńców. Potem nie pijesz, bo jak wchłoniesz kilka kieliszków, to kac w towarzystwie dziecka jest nie do zniesienia.

Ale

Im więcej nie pijesz, tym gorzej znosisz.  Na zdrowie.  Na drugą nóżkę.  Karniaczka i rozchodniaczka.  Język  taki bogaty, taki opisowy. Twarze takie szczęśliwe. I takie nieszczęśliwe twarze. Oczy, które widzą, co chcą.  Coś tam widzą, czegoś nie. Ta pewność siebie. Testosteron we krwi. Promil i czosnek w wydychanym powietrzu hej.

I jeszcze jeden i jeszcze raz. W imię mitów i filmów na których. Prawdziwy mężczyzna pije. Picie prawdziwego mężczyznę upoważnia. Zarówno w kwestii wypuszczenia bestii.  Oraz w kwestii rzewnych wyznań gówno wartych. A także w kwestii zachowywania się jak idiota. Ja mam serce jak piekarnik. Ale ty mnie nie dotykaj. Kontaktu ze mną cielesnego nie szukaj. Nie brataj się ze mnę, bo ja się nie bratam.

W imię tradycji polskiej, ruskiej i bałkańskiej. Dusza słowiańska. Nikt nie wie, co to znaczy. Nikt. Ale kto nie pije, ten kabluje.  Póki my żyjemy.

A trafi się jakaś rodzinna impreza, to dopiero emocje się ujawniają. Wyszedł ochłonąć, na powietrze wyszedł. Za nim ona cicho. Spokojnie tłumaczy. Bo on już jest taki odważny, taki chojrak do niej, że lepiej na spokojnie. Na grzecznie. Mieciu, Waldziu, ty zbastuj trochę.  Wystarczy ci już. Masz tu, usiądź, ochłoń. A on taki bardziej wiking jest teraz. On ma sprawy. Kurrr… ja pierrr…. chuj. Sprawy mam, siadał nie będę.

Wychodzi nie w porę ośmioletnie dziewczę o sarnich oczach. Na mamusię sarnimi patrzy. Na tatusia. Ale tatuś się trzyma. Jest w porzo. Curuś ty moja kochana. W porzo jest. Dzieci z alkoholem nie mieszać. Nie mieszać ich w to. Sami się pobawmy.

Gotuje się we mnie krew jak na wyprawie krzyżowej.  To nie moja sprawa. Nie moja. Ja nie kabluję. Ja potrafię. A jak ja wcześniej potrafiłam. Ale już nie mogę. Nie mogę.

 


Kino drogi

W kinie drogi bohater zawsze szuka sam siebie – powiedział mi w szkole ktoś, nie pamiętam kto. Ale pamiętam że.
W prawdziwej podróży bohater też szuka sam siebie. (Chyba, że jest z dziećmi i akurat szuka toj toja, picia lub pizzy.)

Jest rok ąty ąty. Koniec sierpnia. Mam dwadzieścia jeden lat. W moim życiu właśnie jest  Sylwester. Fajerwerki i więcej fajerwerków. Wybuchają jeden po drugim, jeden nad drugim. Pociąg jedzie przez Pensylwanię i Illinois. Przez Missouri, Kansas do Colorado i dalej. Pociąg jedzie w dzień i w nocy. I w nocy nie mogę spać. On śpi. Ja nie śpię. Mam dwadzieścia jeden lat. W kieszeni mam papierosy. Newporty w miękkiej paczce. Mam zapaliczkę zippo, co się otwiera i zamyka z miękkim dźwiękiem. I pachnie benzyną.

Idę przez pociąg amerykańskich linii Amtrak. Jest noc w Colorado. Wagon dla palących ma tylko dwie długie ławki. Nocą światła są przygaszone. Tyle tylko, żeby się nie potknąć o wysokie popielniczki na chudych nóżkach. Tyle, że widać żarzące się końce. I zawsze ktoś tu jest. I nigdy nie panuje tu cisza. W tym kraju nie ma ciszy między ludźmi. Jest noc w Colorado, palę newporta z filtrem. On śpi. Ja nie śpię.

W prawdziwej podróży bohater szuka siebie. Zawsze coś znajduje. Nie zawsze to, co by chciał.

Myślę o tym wszystkim wychodząc z kina w centrum handlowym. Myślę o tym, jadąc schodami ruchomymi. Jest noc w Warszawie. Od dawna nie palę. Nie ma zippo. Jego też już nie ma. Jakim cudem wciąż słyszę ten pociąg.

Jestem zmęczona. Ile żyć da się żyć jednym życiem.

Zainspirowane tym filmem.

I schodami ruchomymi w Arkadii.


%d blogerów lubi to: