Category Archives: Nie jest dobrze

my, on & strawberry caipirinha

W knajpie coraz tłoczniej. Ludzie wchodzą, wchodzą, i idą do baru, do baru ciągną parami, trójkami. Jest coraz głośniej, coraz. Chłopak od muzyki tylko na to czekał, czujny jest. Podniósł głowę, pociągnął łyk prosto z butelki, poczekał, aż hałas podniesie się o ton, dotknął konsoli, muzyka przyśpieszyła. Powoli, jak żółw ociężale impreza rozkręca się, ale jak już się rozkręci…

Mam dobre miejsce. W wiklinowym fotelu, przy oknie. Przy oknie bez szyb. To właściwie jest taki otwór, za którym jest wielka woda. Mój drink ma dwa kolory: kolor lodu i kolor miażdżonej truskawki. Podchodzą do mnie moi znajomi, zdejmuję bose stopy z fotela, żeby ustąpić im miejsca.

Znajdujemy się w bliżej nieokreślonym, internacjonalnym, interdyscyplinarnym miejscu. Ale raczej bliżej równika, i tak się składa, że przy samym oceanie. Jest ciepło, ale na szczęście chłodniej niż w dzień. Da się oddychać, nawet lekko wieje. Mam na sobie cienką sukienkę, akurat żeby coś przykrywało opaloną skórę. Jest wtorek po pracy, żadne tam weekendy. Ale dziś wypada pełnia księżyca, którą, odkąd pamiętam, spędzam w tej knajpie, tu, na kamiennym cyplu, na plaży. Nie znają tej knajpy turyści. Turyści wybierają plaże piaszczyste.

Moich dwoje ślicznych dzieci zostało w domu z nianią albo z mężem, nie mogę się jeszcze zdecydować. Dzisiejszego wieczoru jeden z moich znajomych z dowolnie wybranego kraju świata będzie miał koncert, przyszliśmy posłuchać jak gra. My, czyli kto? No, kto, kto. Ludzie, znajomi, tacy popaprańcy z czterech stron i dwóch półkul. Trochę pływamy, trochę turlamy się z dziećmi po piasku, ale każdy ma pracę, tu i ówdzie, i bardzo piszemy, śpiewamy i gramy, bardzo rozmawiamy o problemach społecznych, nie żremy byle czego, a przede wszystkim we wtorek siedzimy tu, pijąc caipirinhę i czując, jak ona przyśpiesza nam puls i chęć do działania nam wzrasta, chociaż nikomu jej nie brakuje. Mamy dużo wspólnych projektów. Jakich? No różnych, bardzo pożytecznych. I w ogóle jest jakieś „my” inne niż „moja rodzina”. Inne my, wspaniałe my.

Ten dj jest niezły, za chwilę będzie słychać tylko ten rytm trum bum, więc jeszcze szybko wymieniam z jedną taką szybko kilka zdań, że wydrukowali jej tomik wierszy, że leci na wieczór autorski, mówię jej, że jej gratuluję, śmiejemy się, a co?!

Nie dam rady już siedzieć, więc wstaję i ruszam, i przejdę się jeszcze do baru, wtedy on łapie mnie za rękę. Za trzy palce prawej dłoni i ściska. Jest taki wysoki, przystojny, no, to musi być mój mąż chyba, skoro nie został z dziećmi.  Trochę ma minę niewyraźną w tym moim marzeniu na jawie. Mówię mu, zobacz jak super. Mówi, że nie lubi upałów. No, już, już, przecież się ochłodziło. Idę z moim wysokim, przystojnym, opalonym, romantycznym mężem na chwilę na plażę i patrzymy, jak fale święcą się okrągłym księżycem.  Jasna cholera, jak cudownie, nie wytrzymam. Chodź już, zaraz będzie grał. Kto? A no tak, no tak. Koncert. Idziemy z powrotem. Nasz ręce splecione na pamięć. Pisałam już, że mam na przegubie dłoni bransoletkę z białych muszelek albo kółeczko na rzemyku z imionami dzieci?
To będzie wspaniała noc. Chyba mogę jeszcze jedną caipirinhę?
Żebyś tylko miała siłę jeszcze ze mną zatańczyć, mówi on.

No i czemu, ja się pytam,
czemu tak nie może być?


nie jest

Nie jest płyn do szyb. Nie jest? No, jak wy mówicie, skończył się. I ręczniki papierowe nie są. Może herbaty? A nie, dziękuję, może wody się napiję. Ile lat pani tu już przyjeżdża? Prawie osiem, bo zaczęłam zaraz po studiach. A co pani studiowała? A prawo w Kijowie studiowałam, a moja siostra pedagogikę. Zawsze chciała psychologię, ale jakoś wyszło, że pedagogikę. Siostra jest taka cicha, a pani to cały czas mówi, pani Oksano. Tak, ja, jak sprzątam, to gadam, a ona sprząta tak po cichu. A dlaczego przyjeżdżacie do Polski na zmianę? Bo wiza trzy miesiące ważna i trzeba wracać. I jeszcze w domu został ojciec. Matka nie jest. Ojciec pije, trzeba go pilnować. Rachunki trzeba opłacać. Koło domu robić. Żeby się to wszystko nie zapadło w błoto.

Nie ma u was pracy? U nas? Praca? U nas jest korupcja taka, że pani sobie tego nie wyobraża. Trochę sobie wyobrażam. Nie, tego sobie nie wyobraża. U nas wszystko jest za łapówkę. Jak w Rosji? Nie. W Rosji jak się da łapówkę, to przynajmniej jest jakaś pewność, że załatwione. U nas łapówkę wezmą, ale nie sprawy nie załatwią.

A dlaczego głosujecie na takich ludzi? Bo przyjechali i dali pieniądze, żeby głosować. Nie mnie, innym.

A co inne dziewczyny? Pani koleżanki na Ukrainie. Co robią? Mają pracę? Jedna. Co jedna? No, jedna ma pracę. Ma bogatych rodziców i oni zapłacili, żeby miała pracę. Trzy tysiące dolarów. I teraz ją jeszcze utrzymują, bo za mało zarabia. Ale prace ma dobrą, bo w urzędzie. Dużo koleżanek jest w Polsce, w Warszawie. Jedna nawet wyszła za mąż za Polaka. On ma firmę budowlaną. Poznali się tak, że ona u niego sprzątała. A teraz, jak się pobrali, to ona dalej sprząta, ale już za darmo. On mówi, żeby jeszcze gotowała, a rachunki podzielił na pół. No, ale lepszy Polak niż Ukrainiec. Czemu lepszy? Jacy są ci wasi, niedobrzy? Oni są inni niż Polacy. Jak inni? Każą kobietom w domu siedzieć? Nie, oni bardzo chcą, żeby kobiety pracowały. Najlepsza żona to jest taka, co ma pracę. I dom. Czy ładna czy porządna nie jest takie ważne. Do mnie taki jeden przychodził i w końcu zapytał, czy, jakbyśmy się pobrali to może się wprowadzić, bo u niego już siostra z mężem mieszka. Pogoniłam. Oni wszyscy tacy sami. Tylko patrzą, jak się ustawić. Praca u nas nic nie warta. No i co teraz pani zamierza? Co zamierzam? Nic. Teraz jeszcze trochę popracować. A potem byleby tylko dziecko. Chce pani? Bardzo, a już mam trzydzieści lat. U was mężczyźni, co mają dzieci, są inni. Odpowiedzialni. U nas nie. U nas w ogóle ludzie są inni. Śmieci pod lasem wyrzucają. Lasy mamy piękne i góry śmieci pod lasem. W Polsce też wyrzucają, pani Oksano. Nie, nie, pani nie rozumie. Ukraina to jest dziki kraj.

A rewolucja? Nic to nie da. Może coś da, musi dać, pani Oksano. Nie zrozumie pani. Czego nie zrozumiem? Pani mąż o panią dba. Macie mieszkanie, macie chłopca. Macie państwo, macie metro i macie miasto pełne ludzi. Nie zrozumie pani. Ściereczki z mikrofibry jakby pani kupiła, to byśmy nie używały tych ręczników papierowych. Będzie ekologicznie? Będzie taniej.


przyjechała, jest

Przyjechała. Stoi w drzwiach. Energicznie trze butami o wycieraczkę. Prostuje się w ciasnym przedpokoju. Chciałaby go poszerzyć. Rozepchnąć ściany ramionami. Muszę stanąć przy niej na palcach, chociaż jesteśmy tego samego wzrostu. Całuję zimny policzek. Pachnie selerem i elizabeth arden. Czekaj, ja rozpakuję. Przywiozłam zupę.

Przywiozła zupę. Ciepłą. Przywiozła paczki, paczuszki, pozawijane w papier śniadaniowy, w folię, w torebkę. Zawiązane gumką. Przywiozła babkę cytrynową. Lukier będę skubać palcem. Trzymać na języku.  Stawia przede mną talerz z obiadem.  Ryż, gdzie każde ziarenko jest osobno. Sałatę, która chrupie i nie zamienia się w mokrą ćtapę. Mięso z zalewie cały dzień leżało. Spróbuj. Czy dobre.  Czy dobre?!!

Witamy w naszym spa. W naszym centrum relaksacyjnym. Proszę się rozluźnić, teraz pani może. Może się pani wyluzować. Jezus, jaka pani tu spięta przy karku. Złe to doprawdy. Smakuje ci? Czy mi smakuje?! Supełki stresu rozwiązują się jeden po drugim. Leżą jak gąsienice po deszczu. Tak mi smakuje.

Nie śpiesz się, córciu. My tu sobie posiedzimy, a ty idź, idź i się nie śpiesz. Nie śpieszę się. Jako jedyna na tej ulicy się nie śpieszę. Na wystawie manekin w obcisłych sweterku. Pokażcie no ten sweterek. Nie za obcisły?  Nie spieszę się. Ona jest w domu, wszystkim się zajmie. Zajmie się domem, dzieckiem. Mam pustą głowę. W głowie hula wiar.

Wieczorem do późna czyta młodemu książkę. Którą mu kupiła. W antykwariacie. Czarnoksiężnik Oz nie może znaleźć swojej magicznej torby. Ja w obcisłym sweterku siedzę daleko od kuchni. Słyszę jak szepczą. Mama jest zmęczona. Musimy dąć jej odpocząć. Mama musi mieć teraz odpocząć. Chóry anielskie grają do organów i wyśpiewują pod niebiosa refren. Mama jest zmęczona, mama musi odpocząć.

Jeśli zjem jeszcze jedną kanapkę z pomidorem, to zamienię się w dziewczynkę wiszącą głową w dół na trzepaku. Jem i czytam powieść, którą przestałam. Z kuchni pachnie detergentem. Ty jesteś taka mądra, mówi  z uśmiechem. Ale wydaje mi się, że mówi – jesteś na to za słaba. Musisz być silniejsza. Jemy pestki dyni i popijamy winem.

PS.

Z pokoju nadchodzi mały zombie. Mamusiu, czy mogę napisać esemesa do taty? Ma wykąpaną, uczesaną jak nigdy, grzywkę. Czystą piżamę. Przez cały dzień. Jadł warzywa i owoce, śpiewał piosenki, pisał literki, kolorował, wycinał i przyklejał.  Napisz sobie esemesa, mówię, a napisz sobie. Pomóc ci? Nie.

TATO PSZIJEĆ
Z TIMI KOBITAMI TO PIEKEKŁO


życzenie

W tym nowym roku, czyli tak jakby teraz.

W nadchodzącym, czyli właśnie mijającym.  Jeśli się zatrzymasz na kilka dni w dziwnym hotelu, w mieście, którego nie znasz, możesz to poczuć.  Spróbuj przynajmniej. No?  I jak?

Kiedy, jak nie teraz. Tu, gdzie nawet nie masz zasięgu. Więc? No? Weź i żyj. Ktoś się wyprowadza z pokoju obok. Nie wiesz, kto; słyszysz tylko kroki, słyszysz jak kółeczka walizki truk truk. Wychodzisz, idziesz na spacer, mijasz dom z kolorową elewacją, patrzysz na niego i nie wiesz, co myśleć. Robisz zdjęcie.

Dzięki Bogu, o piątej jest obiad, do piątej jakoś dasz radę. Dlaczego chcesz być szczęśliwa? Dlaczego po prostu nie jesteś? Nabierasz w płuca górskiego powietrza i chcesz, bardzo chcesz to poczuć. Chcesz poczuć fajerwerki życia. Aż się prawie nie udusisz. Zamiast tego zbiera ci się na płacz. Pogięło cię?

Do wyboru masz nóżkę z kury, kotleta lub makaron na styl wegetariański, także nie można narzekać. Jesteś na wakacjach. Chyba to nie jest powód do zmartwień. To jest powód do relaksacji. W tym roku możesz poczuć się lepiej. Przecież chcesz. Nie brakuje ci motywacji. To wszystko jest do wypracowania. Idziesz na basen, żeby twoje ciało podpowiedziało ci kierunek. Patrzysz na całującą się parę i myślisz, że może potrzebujesz romansu. Romans z całą pewnością by cię zmasakrował. Nie, nie nadajesz się na romans w nadchodzącym. Nie wydaje mi się.

Czas mija szybko, mówi twoja mama. Jak miałam tyle, co ty, mówi, to wciąż mi się wydawało. A to przecież było jakby wczoraj. Dokładnie rozumiesz, co ona mówi. To akurat czujesz. I trochę ogarnia cię panika. A to już jest jakieś konkretne uczucie. Więc nakładasz na talerz nóżkę i sałatkę. Jednak.  Patrzysz w lustro, wciągasz brzuch, wchodzisz na wagę. Idziesz na basen, na spacer. Pijesz szampana o północy. Chcesz nadać znaczenie. Będziesz walczyć. Nie przestaniesz.

Robisz jeszcze kilka zdjęć. Układasz listę życzeń. Raz dwa trzy cztery. W nocy wymykasz się, chodzisz po korytarzu. Chcesz to poczuć. Chcesz żyć tu i teraz. Jest czysto, jest ślisko. Bar jeszcze otwarty. Wypijesz trochę, po wypiciu jest łatwiej, choć rano jest trudniej. W kieszeni masz jeszcze voucher na welcome drink. Pijesz duszkiem. Potem pijesz na voucher męża z drugiej kieszeni.  Rozglądasz się. Jesteś sama na świecie. W noworoczną noc. Jesteś postacią z Remarque’a. Scenografia jest zajebista. Serce ci pęka. Z pękniętym idziesz z powrotem.  Na korytarzu mijasz się z damą i z jej łasiczką.  Dama nie patrzy na ciebie. Łasiczka się nieco rozjeżdża. Masz jedno postanowienie noworoczne. Poczuć to. Złapać to.

 

 


podglądanie

Pachnący europejski chodnik. Rząd kamienic pięknych jak baletnice. Ciężki plecak wrzyna mi się w ramiona. W wystający obojczyk. Chodnik naciska mnie od dołu, a plecak od góry.

To są moje trzebatoprzeżyć wakacje autostopem.

Dotarłam aż tu. Przysypiałam, mijając granice. Jechałam pachnącymi samochodami, z klimatyzacją, ze skórzaną tapicerką. Niektórzy kierowcy, mówili, że mi zazdroszczą takich wakacji. Dziwne. Oni mieli nawet taką wysuwającą się szufladę na sidi.

Najlepiej, jakbym poszła tędy. Na końcu w prawo, potem długo, długo prosto, aż do kempingu. Najlepiej, jakbym wzięła taksówkę.

Kamienice przy tej ulicy mają duże okna. W oknach na parapetach stoją kwiaty w doniczkach. Leżą koty. Dziecięce zabawki. W oknach są stoły, mężowie i żony. Jest herbata, i lodówka, są książki, telewizor i dywan. Jest łazienka z wanną, i mydło. I perfumy. Im bardziej się ściemnia, tym jaśniej świecą okna. Idę wolno. Udaję, że nie zaglądam. Udaję, że odpoczywam. Widzę, jak oni tam przy tym stole, jak się śmieją. W innym oknie mężczyzna w szarej bluzie. Z kieliszkiem wina. Po drewnianym schodach schodzi kobieta w sukience. Zatrzymuje się, rękę trzyma się poręczy, patrzy prosto na mnie. Nie może mnie widzieć, jest ciemno, ale i tak szybko odchodzę.

Na kempingu nie ma ciepłej wody. Nie umyję głowy.

Teraz, kiedy siedzę przy stole, po tej stronie okna. W szarej sukience z paskiem. I mam rozpuszczone, pachnące włosy. I wino w kieliszku. I palą się świece. I obrus jest biały. I czysty. I jedzenie jest własnej roboty. I są tu ludzie, za których dałabym się pokroić. Zerkam za okno. Nic nie widzę, bo ciemno. Czuję się tak samo niepewnie. Krucho.


żółty baner

Bo ty nic nie wiesz.  Bo to w zeszłym roku było. Widzisz ten żółty baner? To się stało tam właśnie, w tym mieszkaniu, a raczej w naszej podstawówce rejonowej, na tych korytarzach, po których chodzą nasze dzieci.  Głośna historia to była.  Nie wiadomo do końca, co jest prawdą, a co plotką, ale że fakt taki był, to jestem pewna na dwieście procent.

Mama Kacperka zakochała się w tacie Patryka! To musiało się stać zaraz na początku drugiej klasy, bo w pierwszej Patryk chodził do innej klasy, to oni się nie znali albo bardzo słabo. Ale potem, jak Patryka przenieśli, to zaczęli się widywać na wywiadówkach. Czasem zagadali ze sobą w szatni, a w końcu zgłosili się, żeby chodzić razem z dziećmi jako pomoc na basen. I chodzili. I na tym basenie rozmawiali, aż im było mało tego wuefu. Aż ich trener Paweł musiał upomnieć, że dzieciaki już w szatni i nie ma kto im mokrych majtek ściągnąć. I tak to zaczęło wtedy, w oparach chloru i w świetle jarzeniówek. Rozmawiali ze sobą godzinami albo nie rozmawiali, tylko siedzieli i patrzyli. Potem ona mówiła, że nic akurat w domu nie ugotowała i szli z dziećmi na pizzę. I wyobraź sobie, ich dzieci, ich własne dzieci, Kacperek i Patryk, koledzy z klasy, w tym wszystkim nieświadomie uczestniczyli.

Ale na tym nie koniec. W październiku była wycieczka do gospodarstwa agroturystycznego, już taka całodzienna, ze zwiedzaniem i obiadem. I zgadnij, kto pojechał? No?

Po tej wycieczce mama Kacperka zaczęła chudnąć, schudła chyba z dziesięć kilo, wszystkie koleżanki pytały, co to za dieta cudowna i potem się obraziły, że ona udaje, że to nie żadna dieta. A tata Patryka zrobił się trochę dziwny, raz wesoły, a raz znowu strasznie wkurwiony chodził, że Patryk nie mógł zrozumieć, o co chodzi. Raz nawet za uwagę w dzienniczku tata nic nie powiedział, a innym razem nakrzyczał, że Patryk ma w kieszeni kamień. Wielkie mi halo, taki kamień.

Mama Kacperka najpierw strasznie wypiękniała. Odmłodniała, jakby jej ktoś piętnaście lat zabrał. A potem się strasznie rozchorowała. I w końcu nie przyszła na wywiadówkę, tylko przyszedł tata Kacperka, który nie wiedział, w której sali jest zebranie, trochę się zgubił, ale w końcu trafił, choć spóźniony. I było tylko jedno wolne miejsce na sali, koło taty Patryka, który trzymał tam kurtkę umyślnie, bo wiadomo dla kogo.

Przesiedzieli tak obok siebie całą wywiadówkę.

Dopiero potem w szatni zaczęła się awantura. Kaperek zobaczył, jak jego tata wali tatę Patryka z całej siły pięścią w twarz, aż się tamten przewrócił. A Patryk patrzył, jak jego tata, który jest bardzo silny i w ogóle trenuje taekwondo, nawet nie oddał tacie Kacperka, tylko wstał z ziemi i stał i krew mu leciała. I chyba płakał, choć może tylko mu się wydawało. Dorośli ludzie, wyobrażasz sobie.

Następnego dnia po tym wydarzeniu chłopcy nie przyszli do szkoły. Podobno tata Patryka przyszedł pod blok mamy Kacperka i stał na trawniku, tu, za tym blokiem, tam, gdzie nie wolno wyprowadzać psów, cały dzień do nocy. Podobno, że on chciał uciec z mamą Kacperka i z Kacperkiem. Patryk nie dowiedział się, czy z nim też, bo mama Kacperka jednak zdecydowała, że tak nie może być.  Nie wyszła do niego na ten trawnik, tylko napisała mu esemesa, że Kacperek potrzebuje ojca. I Patryk potrzebuje ojca. Ona potrzebuje tylko trochę czasu, lekarza i mocnych leków.

Kacperek z rodzicami wyprowadzili się chyba w lutym, mieszkanie poszło na sprzedaż, to właśnie tam gdzie ten żółty baner, co tam wisi tak długo. Tata Patryka mieszka dalej w tym samym bloku, tam gdzie jest sklepik. Z żoną i synem. Także wszystko dobrze się skończyło.


lekcja pływania

Na brzegu wanny siedzi plastikowy jelonek, co patrzy jak baranek. Czeka aż ktoś się nim łaskawie pobawi.  Nie ja.
Ja zrobiłam pierniki. Sztuk dwieście. Ozdobiliśmy ładnie. W każdym razie ładniej niż w zeszłym roku.
Zrobiłam też z młodym dwadzieścia cztery zagadki. Po jednej na każdy dzień przed Wigilią.
Zapisałam się na lekcje pływania. Płynę, tonę, płynę. Obok, na torze trenuje sekcja paraolimpijska. Młócą zdrowymi kończynami, ciągnąć za sobą te mniej zdrowe, łapią powietrze i mówią „fak!”. Pływanie w tym towarzystwie jest ostatnio moim ulubionym zajęciem.
Napisałam opowiadanie, wysłałam na konkurs.
Wydaje mi się, że tylko to, co przyjdzie, ma jakiekolwiek znaczenie.
Odwożę młodego na zajęcia i czekam i czytam. Na korytarzach, w szatniach, czytam. I  jem pierogi ruskie. Za oknem choinka jak ze snu. W barku pierogi jak domowe. Wszystko się ułożyło. Jestem gdzie jestem.  Płynę z prądem.

Wrrróć!

Na brzegu wanny siedzi plastikowy jelonek i gapi się w wodę o zapachu lawendy (w samobójczym stuporze).
Jaja z tymi piernikami. Jeszcze nic nie zrobiłam. Ale zrobię, jasne, że zrobię. Dwieście pieprzonych gwiazdek, koników i żyraf. Żyrafom zawsze łamią się szyje.
Zrobiłam te dwadzieścia cztery zagadki na każdy dzień przed Wigilią. Zrobiłam to z poczucia winy, że młody ogląda za dużo telewizji.
Zapisałam się na lekcje pływania. Tonę, tonę, tonę! Obok na torze trenuje sekcja paraolimpijska. Wszyscy mnie wyprzedzają.
Napisałam opowiadanie, wysłałam na konkurs. Po ch***!
Wydaje mi się, że nic co zdarzyło się do tej pory, nie miało większego znaczenia. Że życie jest pozbawione dobrej metafizyki.
Odwożę młodego na zajęcia i czekam. Czytam na korytarzach, w szatniach, czytam. I jem pierogi ruskie. Za oknem… wszystko ogólnie jest za oknem.  Samotność jest jak zima. Pierogi z barku są jak domowe. Na fejsbuku widzę, że wszyscy mają lepiej. Gdzie ja jestem? Tonę.

Są dwie historie. Ja się tylko przełączam.

Wróć.

Historia jest jedna.


plamki

Każdemu się może zdarzyć.  Może coś zjadłam. Może coś mi zaszkodziło.

Szaro buro buro szaro. Tramwaj się wstydzi, że taki czerwony. A każdy wagon pełen hejterów. Pani się nie pcha z tą torbą. Oko wykole albo coś gorzej.

Place ulice. Konstytucji, maja, czerwca i września. Mosty nad rzeką i butelki w rzece. Pani w przedszkolu. Biała bluzka mojego syna. Z czerwoną plamką. Od barszczu.

Idę i chce mi się iść.  Tak mi się chce. Musiało mi coś zaszkodzić. Czytałam w tramwaju. Chyba zatrułam się czytaniem.

Nagotowałyśmy z dziewczynami gar zupy, ale po walce nie było komu jeść. Nie było komu jeść. Wylałyśmy zupę.*

Błoto, zgniłe liście, budki z hotdogami. Dzieci, co nie mają pojęcia. Rodzice też dzieci. Same naburmuszone dzieci. Biegnę, skaczę. Nie mam dziś siły na nonszalancki chód.

Szukać radości w najsmutniejszych miejscach. Ścigać piękno w jego kryjówce.**

Pojechać na weekend. Gapić się przez okno samochodu w milczeniu, kiedy naprawdę mnie wkurzysz. Trzeć czerwony ślad na paznokciu. Od lakieru. Wyjąć z szeleszczącego papieru kanapkę dla młodego.

Umyć zęby przed snem. Napisać bajkę. Umrzeć we śnie. Sprawdzić wcześniej, czy soda faktycznie usuwa plamy. Nauczyć się pływać.

Nikt nie myśli o wojnie w moim tramwaju. Wysiadam. Idę biegnę. Chce mi się chce. Szaro buro. Bardzo ładnie. Bardzo.

Zaraz wybuchnę tak ładnie.

 

 

* Swietłana Aleksijewicz „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”
** Arundhati Roy „Algebra bezgranicznej sprawiedliwości”

Taniec ludowy

Moja prawa ręka otwiera lodówkę. Moja lewa ręka wyciąga masło. Papier brudzi palce.  Prawa ręka otwiera. Lewa ręka wyciąga. Tłusty odcisk palca. Jedyny w swoim rodzaju. Prawa kubek łyżeczka. Lewa cukier herbata. Ram pam pam. Prawa czajnik wrzątek. Lewa unik hop. Prawa chleb. Lewa ser. A głowa pośrodku. Nie bierze udziału. Tututu. Głowa nie. Ocalić głowę. Prawa noga robi krok. Lewa dostaw. Lewa krok. Prawa dostaw. Uginamy kolanka. Tańczymy po raz tysiąc pięćset sto dziewięćset. Odcinek dwa tysiące dwieście osiemnasty.

Dobrze opanowany układ, wielokrotnie powtarzany, do przysłowiowego, tak, do wiesz czego. To nie jest taniec na rurze, to taniec ludowy, polska salsa solo. Samo się tańczy. Wystarczy wcisnąć play, wystarczy otworzyć oczy na dzień dobry i już się pląsa. Samo się stało, samo się opanowało, poprzez sumienne powtarzanie kroków. Lewa dostaw. Prawa dostaw. Z życiem.

Nie myśleć nie myśleć. Że kończy się mleko. Myśleć o słowach. Pisać o przypalonym serze. I bioderkiem zamykamy szafkę, bo jak ręce są zajęte, to jest taka figura bioderkowa do wykorzystania.

Tylko nie myśleć nie myśleć, co na obiad.
Co na obiad?  I do tańca obiadowego już bum bum, lalala.

Mówię, że nie chcę. Nikt tego nie bierze na poważnie. Że mogłabym przestać. Nawet ja sama nie biorę tego na poważnie.

Czyż nie dobija się koni.  To jest taniec którego się nie zapomina. Jak jazdy na rowerze. Ring, ring. Lewa na mokro. Prawa na sucho. I obrót.

Zatańcz ze mną. Nauczę cię kroków. Mówisz, że nie ma potrzeby, tak wspaniale opanowałam figury, deptałbyś mi po palcach. Ram pam pam. Nawet smaczne, mówisz.  To moja nagroda.

Lewa ręka chowa. Prawa ręka zamyka.  Tyle mojego, że złapałam do głowy ten wpis.  Tram pram.


Naprawdę zaskakujące jak niewiele czasem trzeba.

Całe to narzekanie nie rozumiem. Normalnie się żyje, luksusowo, na skrawku, na jednym boku, ciągnie się na jednym spojrzeniu, na uścisku z zeszłego lata, na imprezie z czerwca się jedzie jeszcze spokojnie. Niewiele potrzeba, trochę jedzenia picia, trochę wina. Książka czytana na przystanku, o której nie ma z kim. Wystarczy, że książka dobra.

Wystarczy poczekać Włócząc się po korytarzu szkoły i oglądając rysunki pinezkami do tablicy. I już do muzeum iść nie trzeba. Wystarczy, że zjedzą, nie muszą mówić dziękuję.

Wystarczy poczekać jeszcze jakiś czas. Nie wiem ile. Może kilka godzin a może dłużej. Coś się zdarzy. Tymczasem wystarczy czasem się z kimś spotkać. W zasadzie wystarczy zadzwonić.

Doskonale można się odnaleźć w tym rytmie dnia, wystarczy, że nie chorujemy, że autobus się nie spóźnił. Wystarczy nam te kilka nerwowych kwadransów przed snem. Więcej byśmy nie zdzierżyli. Wystarczy kilka godzin snu i radio, telewizja i czasem kino, żeby żyć wystarczy. Wystarczy zobaczyć, nie trzeba dotykać.

Wystarczy obejrzeć zdjęcia z czyjejś podróży, a jakby się tam było. Wystarczy jak się trochę siebie lubi. Nawet wystarczy, że ktoś obcy lubi. A do tego wystarczą nowe buty. Niewiele wystarczy, że szok. Wystarczy nie myśleć gdzie chciało się być.


%d blogerów lubi to: