Category Archives: Nie jest tak źle

the end

Wczoraj wydarzyły się trzy niesamowite rzeczy.

Pierwsza

U lekarza mój niebieskooki syn (niebiesko – szaro – oki syn) zapytał, czy lekarstwo, które ma brać będzie się mieszać z jego DNA.
A co to jest DNA?, spytał lekarz, patrząc w klawiaturę.
To  P A N  nie wie?? – zdziwił się syn.
Coś słyszałem, powiedział, ale chciałbym to uściślić.
Wtedy młody napluł w piąstkę i podetknął mu ją pod twarz: to jest DNA.

Druga

Odwiedziłam rodziców. Czekałam pod furtką. Na mojego ojca, który akurat nadchodził ulicą. Był zadowolony, jak zawsze, kiedy robi się trochę ciepło i wraca z wystawy. Miał nowe buty.  Poznałam, bo nie oderwał łańcuszka z kawałkiem skóry.  Wydało mi się niemożliwe nie uwielbiać go w takim momencie przed furtką. Jak się zbliża, w tych butach, z kurtką na przedramieniu i łańcuszkiem przy butach. Najlepszy na świecie.

Trzecia

Słyszałam „Kocham cię”

a może tylko mi się

 

Tu już nie ma o czym pisać. Już wszystko wiadomo, że kręcę się, kręcę, żyję we własnej głowie, gotuję, pracuję, wyrzucam śmieci, czytam, miotam się, płaczę. Konkretnie to zawsze w dwudziestym dniu cyklu.  W kółko to samo. Same niesamowite rzeczy.

 

 

Reklamy

miejsce przy oknie

W autobusie sto dziewięćdziesiąt siedem ciasno. To znaczy ścisk przy drzwiach, ale na środku, jak zawsze, jest całkiem okej. Siedzę, ale rozglądam się nerwowo, żeby nie przegapić jakiejś staruszki.  Moją uwagę przyciągają dwie nastolatki.

Cięcie:

Miejsce przy oknie.  Numer jeden to królewna Śnieżka. Ciemne włosy, jasna cera.  Wielkie oczy i takie usta, że – jak można mieć takie usta?! Idealnie wykrojone. Kasztanowe loki płyną po ramionach, rzęsami prawie szybę rysuje.

Tu kozaczek, tam płaszczyk. Na kolanach trzyma torbę, z futerkiem, które udaje sierść krowy. Telefon w brokatowej obudowie błyska. Przez białe rzemyki słuchawek niewyraźnie sączy się do nas, pasażerów, polski hip hop. Wczesna Scarlett Johansson co jakiś czas  odpisuje na komplementy tych chłopaków ze szkoły, którzy mają to szczęście, że są jej znajomymi na fejsbuku.

Cięcie:

Autobus. Miejsce przy przejściu. Nastolatka numer dwa siedzi obok i zajmuje nieco więcej miejsca. Pulchniutka, w okularach. Dała sobie spokój z rozpuszczaniem włosów, związała w kitkę, ukryła pod czapką. Jest ubrana w puchową kurtkę (ubierz się, bo zimno), wygląda jak Pi lub Sigma z Matplanety. Króciutką szyję okutała w wełniany szal zupełnie nie pasujący do kurtki. Torbę ma, ale teraz nie mogę odtworzyć jaką. Nie patrzy w okno, z nikim nie nawiązuje kontaktu. W ogóle nie jest online, zresztą na fejsbuku zaprosiła ją tylko siostra cioteczna. Gapi się w podręcznik otwarty na rozdziale z rozkrojoną rybą. Jest krótkowidzem, aktualnie wyłączonym ze świata. Jest tylko ona i ryba.

Cięcie:

Autobus. Rok dwa tysiące trzydziesty pierwszy. Miejsce przy oknie. Królewna Śnieżka patrzy w szybę. Ma już dwójkę dzieci i męża. Jest wciąż bardzo piękna, o czym zapewnia ją kolega z pracy. Smutno jej jakoś. W ecco kids na wyprzedaży nie było pomarańczowych sandałków. Wakacje w tym roku znowu nad polskim morzem. W pracy liczyła na więcej. Coś jest nie tak. Coś jest cholernie nie tak.

Numeru dwa nie ma w autobusie. Jest w Pekinie, gdzie dostała pracę po obronie doktoratu z genetyki. Czuje podniecające mrowienie za każdym razem, kiedy wchodzi do laboratorium. Co do życia rodzinnego nie mam pewności, ale wydaje mi się, że mąż jest lapońskim pisarzem.

Cięcie:

Mój przystanek.


testy psychologiczne

Test na lampki choinkowe (last minute)

Prawie w każdym mieście znajduje się teraz jakiś miejsce, oświetlone lampkami. Im więcej lampek, tym lepiej. Najlepiej przetestować się na ulicy z lampkami, ale może to być jedno świecące drzewko, czy chociaż mały neonowy zawijasek. Idziesz tam wieczorem w ciepłych rękawiczkach, koniecznie kiedy pada śnieg (ale nikt w Ciebie nie rzuca śnieżkami) i gapisz się na światełka około pięciu minut. Możliwe reakcje:

A.
Obraz zaczyna się po chwili rozmazywać, bródka ci się trzęsie i czujesz, że ojej jakoś tak samotnie, tak smutno, a tak powinno być pięknie, no to klops. Twój stan nie wymaga komentarza.
(To samo zresztą, jeśli nagle stwierdzisz, że nienawidzisz tego świecącego gówna, że światełka są dla debili, oraz że masz to wszystko w dupie.)

B.
W świetle lampek zwracasz uwagę na cokolwiek innego niż Ty sama, na przykład na małą dziewczynkę, taką ze dwa latka najwyżej, w kombinezonku z różowym kapturkiem, która małą rączką próbują dosięgnąć światełek albo
na zmarzniętego pieska, tulącego się do nogi właściciela albo
na kształt płatków śniegu i tak dalej
– jesteś w dobrym momencie życia. Masz empatyczną, wrażliwą duszę, ktoś prawdopodobnie czeka w domu z gorącą zupą (lub nie potrzebujesz, żeby ktoś na ciebie czekał z gorącą zupą; też dobrze). Jesteś w stanie bardzo dobrym.

C.
Nic specjalnego się z Tobą nie dzieje, zaczynasz się zastanawiać, ile urząd miasta wydał na te świecidełka, chcesz po prostu iść do domu, żeby obejrzeć nowy odcinek amerykańskiego serialu, który jest naprawdę bardzo śmieszny.
Jesteś w ogóle całkiem zdrowa, trafiłaś na ten blog przypadkiem. 

Test na listę przebojów (wersja dla osób z prawem jazdy)

Słuchasz dowolnej smutnej piosenki. Wskazane jest prowadzenie samochodu i obserwowanie swojej reakcji w lusterku. Możesz słuchać U2, jest na drugim miejscu w trójce. Musi być głośno. Nie głośno się nie liczy. Możliwe reakcje:

A.
Zaczyna się muzyka. Przez puchową kurtkę, sweter, koszulkę z napisem fuck off oraz stanik push up, który nosisz, odkąd przestałaś karmić sześć lat temu, widzisz czerwone światło. To musi być twoje serce. Na powierzchni ma ryskę, widoczne pęknięcie, które pogłębia się z każdym dźwiękiem. Ten numer jest o Tobie, słowa są o Tobie, muzyka jest o Tobie. Doznajesz zespolenia z muzyką i jednocześnie wiesz z absolutną pewnością, że nie wiesz dokąd i po co jedziesz. Tam, dokąd jedziesz, nie śpieszy ci się, a tam gdzie ci się śpieszy, w ogóle nie jedziesz. Albo jakoś tak.

No cóż…

B.
Zaczyna się muzyka. Główka lekko chodzi w przód i w tył. Albo na boki. Paluszki stukają o kierownicę, bo nawet smutne piosenki mają rytm. Nie ma takiego dramatu, do którego nie da się stukać obrączką o drążek biegów. Pod koniec pierwszej zwrotki zdejmujesz czapkę, nie po to masz włosy, żeby były pod czapką. Tuż przed refrenem naciskasz na gaz, czujesz jak koła lekko ślizgają się na ulicy, yesss! Nie wytrzymujesz napięcia, zaczynasz śpiewać. Nie umiesz śpiewać, nic nie szkodzi. Nie znasz słów, więc trochę dajesz oł je ju ordinary low ricz any hajer. Odkrywasz, że ta piosenka wcale nie jest smutna.

O to chodzi.
Napisz do mnie na priv.

C.
Nic się z tobą nie dzieje.
Musisz zrobić głośniej.

Test alkoholowy

Kurde, wiadomo. Prosty i wiarygodny. Odczyt stanu powinien nastąpić w ciągu kilku godzin od spożycia. Reakcje chemiczne zachodzące w organizmie mogą zamienić wynik pozytywny w fałszywie negatywny.


wstyd

Popchnął mnie, a ja  poleciałam w dół.
Po gładkim, czarnym lodzie, którym obrosła tego dnia osiedlowa górka. Nad nami Alpy – bloki dziesięciopiętrowe. Pod nami wąwozy parkingów. A wszystko zamarznięte na kamień, taki mróz. Zgraja dzieci z kluczami na szyi, z kluczami ogrzanymi pod kurtką, pod bluzką, rzuciła się na mróz jak na wroga.

Podszedł do mnie i mnie popchnął.
Jeszcze próbowałam utrzymać się na nogach. Ale to była jedna z tych górek, z których zjeżdża się tylko, ale tylko i wyłącznie, w kucki. To znaczy ja, wy może nie.

Upadłam na głowę. Przejechałam czołem po wyślizganym torze. Sturlałam się na dół. Hahaha. Wstałam. Pozbierałam rękawiczki i czapkę, przygładziłam śnieżny kołtun na głowie i, nie oglądając się za siebie, zaczęłam iść do domu. Krok krok. Krok krok.

Jedną stronę twarzy opanował ból, drugą wstyd. Widziałam na jedno oko. Coś pulsującego rosło na drugim. Szłam. Łzy szczypały. Sąsiadki cmokały. Aniemówiłam, itaktosiękończy, nadrugirazsięzastanowi.

Całe szczęście, że to nie łuk brwiowy, powiedziała mama. A nie mówiłam, powiedziała. I tak to się kończy – ojciec. Na drugi raz się zastanowisz – babcia.
Przez miesiąc twarz była w ruinie. Miałam dwanaście lat. Twarz była dosyć istotnym elementem życia szkolnego. Jego unikałam, jak tylko się dało, zwłaszcza w szatni, zwłaszcza na korytarzu, zwłaszcza na podwórku.  Nie to, że się go bałam. Było mi wstyd.

Tę historię opowiadam, rozcierając śniegiem czerwonego guza na czole młodego. Spotkanie ze ślizgawką zakończono małym dachowaniem. Płaczą i rozpaczą. Więc odwracam uwagę, bo mi się przypomniało. Młody zapomina o guzie, płonie. Musisz się zemścić, mamo. Musisz do niego iść i walnąć go w jaja (!). On już jest dorosły, mówię. Nieważne, nie powinien tak zrobić, musisz się zemścić. To już było dawno, mówię. Guz jest czerwony, skóra lekko rozcięta. Ja już mu wybaczyłam, macham kłamliwie rękawiczką. Takich rzeczy nie wolno wybaczać, tupie. Chodźmy do domu. Musisz się zemścić, mamo.

I tak sobie wyobrażam, jak teraz jadę do niego do domu. Bardzo możliwe, że wciąż mieszka tam, gdzie mieszkał. W tym samym mieście, w tym samym bloku. Na drzwiach jest jego imię i nazwisko. Czcionką z zawijaskami. On mi otwiera. Utył i trochę łysieje. Albo jest silniejszy niż był, bo dużo ćwiczy. Albo został świadkiem Jehowy i ma sweterek w jelonki. Stoimy, nie wiem, czy mnie poznaje. Pewnie nie, bo żarówka na klatce ledwo ledwo. Z mieszkania dobiega zapach smażonych kotletów, gra telewizor. A ja mówię. Panie Pawel P. ja pierdolę, tak się nie robi!

I nie walę go w jaja, tylko mu mówię. Jak jest, jak było. On tylko wytrzeszcza oczy, nic nie rozumie. Ziemniaki mu stygną. Mecz się kończy. Piwo mu się rozgazuje. Ale ja czuję się bardzo fajnie. Pod klatką czeka młody, więc szybko zbiegam schodami w dół. Załatwione, mówię, biorę za sznurek i ciągnę sanki z powrotem, na pociąg do Warszawy.


lekcja pływania

Na brzegu wanny siedzi plastikowy jelonek, co patrzy jak baranek. Czeka aż ktoś się nim łaskawie pobawi.  Nie ja.
Ja zrobiłam pierniki. Sztuk dwieście. Ozdobiliśmy ładnie. W każdym razie ładniej niż w zeszłym roku.
Zrobiłam też z młodym dwadzieścia cztery zagadki. Po jednej na każdy dzień przed Wigilią.
Zapisałam się na lekcje pływania. Płynę, tonę, płynę. Obok, na torze trenuje sekcja paraolimpijska. Młócą zdrowymi kończynami, ciągnąć za sobą te mniej zdrowe, łapią powietrze i mówią „fak!”. Pływanie w tym towarzystwie jest ostatnio moim ulubionym zajęciem.
Napisałam opowiadanie, wysłałam na konkurs.
Wydaje mi się, że tylko to, co przyjdzie, ma jakiekolwiek znaczenie.
Odwożę młodego na zajęcia i czekam i czytam. Na korytarzach, w szatniach, czytam. I  jem pierogi ruskie. Za oknem choinka jak ze snu. W barku pierogi jak domowe. Wszystko się ułożyło. Jestem gdzie jestem.  Płynę z prądem.

Wrrróć!

Na brzegu wanny siedzi plastikowy jelonek i gapi się w wodę o zapachu lawendy (w samobójczym stuporze).
Jaja z tymi piernikami. Jeszcze nic nie zrobiłam. Ale zrobię, jasne, że zrobię. Dwieście pieprzonych gwiazdek, koników i żyraf. Żyrafom zawsze łamią się szyje.
Zrobiłam te dwadzieścia cztery zagadki na każdy dzień przed Wigilią. Zrobiłam to z poczucia winy, że młody ogląda za dużo telewizji.
Zapisałam się na lekcje pływania. Tonę, tonę, tonę! Obok na torze trenuje sekcja paraolimpijska. Wszyscy mnie wyprzedzają.
Napisałam opowiadanie, wysłałam na konkurs. Po ch***!
Wydaje mi się, że nic co zdarzyło się do tej pory, nie miało większego znaczenia. Że życie jest pozbawione dobrej metafizyki.
Odwożę młodego na zajęcia i czekam. Czytam na korytarzach, w szatniach, czytam. I jem pierogi ruskie. Za oknem… wszystko ogólnie jest za oknem.  Samotność jest jak zima. Pierogi z barku są jak domowe. Na fejsbuku widzę, że wszyscy mają lepiej. Gdzie ja jestem? Tonę.

Są dwie historie. Ja się tylko przełączam.

Wróć.

Historia jest jedna.


Miłość

Może za bardzo się nad nim rozczulasz, mówi mój mąż. Łagodnie mówi, nie powiem, nie można się przyczepić. Naprawdę tak myśli. Że za dobrze ma. Za dobrze. Myślę, obracam te słowa w głowie. Próbuję je jakoś przyłożyć do własnego dzieciństwa. Czy było mi za dobrze ,czy niewystarczająco dobrze, a może w sam raz dobrze, nie wiem.

Jeśli będziemy twardzi, konsekwentni, mówi mój mąż. Mówi z troską, nie powiem, szuka rozwiązania albo jakiejś procedury na stres dziecka. A może trzeba go zapisać na judo, mówię niepewnie mieszając cukier w herbacie. Wakacje trwały za długo. Były za dobre. Za słodkie.

Wyjeżdżam na dwa dni. Zostają. Ojciec i syn. I nowa forma życia – dyscyplina, chłodny chów. Kiedy dzwonię wieczorem, słyszę że poszedł spać jak w zegarku. To dobrze, mówię. Dobranoc, wyśpijcie się, mówię.

Potem przez cały dzień nie myślę o nich tak mocno, bo przecież co z oczu. Długo jadę pociągiem. Zamawiam żurek w Warsie. Za oknami jest szare popołudnie, w żurku pływa jajko. Jadę i jadę i czuję, jakby mnie długo nie było.

Klucz wkładam do zamka bez światła, na pamięć. Boli mnie ramię od uwieszonej na mnie torby. W pokoju dziecka nie ma dziecka. Leżą we dwóch na kanapie wśród walających się zabawek. O mamo, mamo, czekamy na ciebie. Tata mi opowiada bajki. Ciekawe, jak opowiada, jak śpi. Nie ma ślady dyscypliny. Jest patyczek po lizaku. W jednym chłopcu musi się zmieścić tyle miłości.

Rano prawie, że moglibyśmy się nie spóźnić. Wyjedźmy gdzieś jeszcze, jeszcze na trochę, przedłużmy wakacje, mówi mój mąż zaciskając sobie uprząż z krawata. Tak, jedźmy, jedźmy, krzyczy młody.


Zawsze chciałam

Zawsze chciałam mieć jakiś post ze zdjęciami.

To są orzeszki na talerzu.

IMG_20130827_234542

A to już nie.

IMG_20130828_000137

Po co ci kreda? Tu nie ma gdzie rysować.

IMG_20130827_235159

To jest domek na drzewach.

IMG_20130827_235102

To jest leniwiec.

IMG_20130828_155530

To jest koniec wakacji. IMG_20130828_155839IMG_20130828_154653IMG_20130828_155318IMG_20130827_235829IMG_20130827_234913IMG_20130828_155739

To był post ze zdjęciami.


No może

A może? Kupimy starą szkołę, remizę albo dom.

Co rano będę się gapić na niebo, przepowiadając prognozę krótkoterminową, czyli taką do  obiadu. Młody będzie biegał bez butów. Wiesz, jak on lubi. Podeszwy stóp, jak dotkniesz, ma takie twarde i mocne. Jeśli mu nogi zmarzną, będę go przeganiać, jak kozę na ciepłe plamy słońca.

Nauczę się nazw ptaków, których nie znam. Resztki ze śniadania zostawię w metalowej misce. Będzie trzeba ogarnąć sprawę ogrzewania. Do tej pory nie rozumiem, skąd ludzie na wsi mają ciepłą wodę. Obierki i skorupki od jajek będę wrzucać do dołka z kompostem, papiery spalę, plastiki mi tylko zostaną. Pod płotem posadzę pomidory. Poczytam w internecie jak to się robi i posadzę.

Poproszę cię, żebyś zamontował siatkę w wejściu, żeby muchy nie wlatywały. Powiem, że przecież nie chce mi się drzwi ciągle zamykać i otwierać, tak powiem.

Rowerem pojadę do sklepu. Mruknę dzień dobry pijącym przed sklepem panom, którzy na chwilę uprzejmie przestaną rzucać kurwami, bo to będzie prawdziwa wieś, nie Ranczo. Kobiety będą krzyczeć za dziećmi różne rzeczy. Takie rzeczy, które krzyczały ich matki.

W sobotę będzie wiadomo, kogo bawi disco polo, a w niedzielę, kto żałuje za grzechy. Jak się ksiądz jednak uprze, żeby do nas przyjść, to pozna Młodego, który ma wielu bogów. Mam nadzieję, że nie będzie problemu, a ksiądz będzie taki bardziej jak ksiądz Mateusz.

Wszyscy znajomi będą nam zazdrościć latem. Współczuć zimą, kiedy utkniemy w domu, bo nam gmina drogi nie odśnieży, a fejsbuk będzie się aktualizował czterdzieści minut.

Jeden pokój będzie gościnny, z pierwszeństwem dla E, która boi się tylko psów i niczego więcej. Może wilków jeszcze. Ale wilki to takie inne psy.

Schylę się i wyciągnę maleńką drzazgę z palca. Zaplanuję podróż do miasta na manicure.


Na dzień matki

Kiedy decydujesz się założyć rodzinę, z całą pewnością nie wiesz, co robisz. Nie możesz wiedzieć. To prawie niemożliwe. Rodzą się dzieci. Ty musisz panować nad teraźniejszością. Musisz. Dla dobra. No dobra.
Jesz chleb z miodem, żeby sobie trochę osłodzić. Widzisz siebie jako dziecko z kanapką. Widzisz swoich rodziców przy stole. Zmarłe babki i prababki przysiadają się też i zaczynają opowiadać ci historie. Do tej pory milczały jak grób. Czasem wydaje się, że mówią wiele rzeczy za ciebie. Kroisz im pomidora, ale tak naprawdę kroisz czas. Na plastry śniadań i kolacji.

Mój syn podnosi głowę i mruży piękne oczy. Grzywkę ma za długą, już czas na fryzjera. „A moja mama to…” Zadrżał widelec. Co powie? Że mama czasem płacze w wannie? Że brzydko pachnie. Że ma dziurawy podkoszulek. Że dała parówki na obiad. Najbardziej na świecie boję się, że powie – „a moja mama to udaje, że wszystko jest ok.”
To jest tajemnica. Ukryty skarb do bani. Zaklinanie rzeczywistości należy do obowiązków i trwałych związków. Om kurwa ommm. Żesz ommm.

Jedzie przez miasto mama i pada. Wycieraczki ścierają to mokre, wiesz co. Rozpacz jest bez przyczyny. Nie ma powodu do paniki. Jest jak jest. Dzwonisz do mnie. Chciałbym się z tobą przejść spacerem wokół boiska. Mógłbyś powiedzieć. No, nie mów, że nie mógłbyś.
Zależy ci na mnie, pytam. A ty pytasz, czy coś mi jest. A ja mówię, że rozważam jednak samobójstwo. A ty milczysz trochę i mówisz, że jestem już na to za stara. Śmieję się, choć jest mi smutno. Choć jest mi źle, rozśmieszyłeś mnie. Czasami mam wrażenie, że nie wytrzymam już dłużej.
A czasami myślę, że tak to jednak będę ciągnąć aż do śmierci. Spokojnie jak na wojnie. Jak moje wszystkie prababki.


Za mundurem…

A pamiętacie? Szary mundurek. Guziki z lilijkami. Spocznij. Zbiórka. Te dziwaczne pomieszczenia w piwnicach, suszarniach. Które komuś się chciało przystroić pięknie siatką wojskową do maskowania czołgów czy co oni tam tym maskują. Menażka, finka, kanadyjka. I plecak ze stelażem, co wyglądał jak stelaż z plecakiem. Kilometry po piaszczystej drodze, które kończyły się noclegiem w jakiejś wiejskiej szkole. Zakurzone dzieci na zakurzonych materacach. Bez alergii i bez komórki w heja. W ulu wielkiej sali. Aj, zasypiało się super. Ten szum i ledwie okruch przestrzeni własnego śpiwora. Honor i ojczyzna. Grochówka i gitarra.

Mama, ale co ty! Przecież będzie nas pilnował DO RO SŁY. On jest Druh. Czuj duch. Ma już osiemnaście lat! Mama tylko blednie i do ojca „powiedz coś”. Nerwy i szepty po nocy, po cichu. Ale ja uważam. Nie do pomyślenia. Ja i pluszowy miś pod drzwiami w bezsennej niepewności. Czy puszczą tym razem? Na przygodę?

A tu wszystko już przygotowane. Lilijki poprasowane. Getry w kancik. Spódniczka w rancik. Mapa, lornetka i bidon. Czterej pancerki i pies.

Yes.

Puścili.

Aż tu pewnego razu. Zabawa była świetna jak zwykle. W starej strzelnicy. W bliskiej okolicy. Zasada prosta. Jedna grupa broni, druga atakuje. Trzeba zdobyć kawałek szmatki proporczykiem zwany. Trzeba się skradać i kryć. Liściem się obrzucać dla niepoznaki. Do tego proporczyka się podkraść. Jak do spódnicy matki, u sąsiadki.

I ja, ten sportowy niewypał, ja, cudem trafem, byłam już blisko. Już się witałam… A ten, jak nie wyskoczy, cały w siatce wojennej. Mój druh. Czuj duch. W ostatniej chwili, w najostatniejszej, capnął mnie i o ziemię bach. Proporczyk nie zdobyty. My się w tych liściach potoczyliśmy. Okulary jego pamiętam wirujące. I słońce.

Wróciłam do domu.
Kolacji nie. Herbaty nie. Policzki gorące, Czoło zimne. Mama zatroskana. Z wyrzutem do taty. A nie mówiłam? No mówiłam. Żeby nie jechała. Zaraz się rozchoruje. A ja nic. Trochę się trzęsę. Tak się w tych liściach potoczyliśmy. Tak on wyskoczył. Tak mnie złapał. Tak się w tych liściach. Mnie złapał. W tych liściach. Myślałam w kółko. Duszno mi duszno.

Może coś zjadła i jej zaszkodziło. Może nic nie zjadła i jest głodna. Zrobić ci kanapkę, dziecko? A dziecko właśnie jakby dzieckiem być przestało.

Tak było. Tak jest i basta. Rosną dzieci, czas leci.

Teraz drogie sąsiadki matki, jak se pogadałam, to wstaję z ławeczki. Idę robić kluseczki.


%d blogerów lubi to: