podglądanie

Pachnący europejski chodnik. Rząd kamienic pięknych jak baletnice. Ciężki plecak wrzyna mi się w ramiona. W wystający obojczyk. Chodnik naciska mnie od dołu, a plecak od góry.

To są moje trzebatoprzeżyć wakacje autostopem.

Dotarłam aż tu. Przysypiałam, mijając granice. Jechałam pachnącymi samochodami, z klimatyzacją, ze skórzaną tapicerką. Niektórzy kierowcy, mówili, że mi zazdroszczą takich wakacji. Dziwne. Oni mieli nawet taką wysuwającą się szufladę na sidi.

Najlepiej, jakbym poszła tędy. Na końcu w prawo, potem długo, długo prosto, aż do kempingu. Najlepiej, jakbym wzięła taksówkę.

Kamienice przy tej ulicy mają duże okna. W oknach na parapetach stoją kwiaty w doniczkach. Leżą koty. Dziecięce zabawki. W oknach są stoły, mężowie i żony. Jest herbata, i lodówka, są książki, telewizor i dywan. Jest łazienka z wanną, i mydło. I perfumy. Im bardziej się ściemnia, tym jaśniej świecą okna. Idę wolno. Udaję, że nie zaglądam. Udaję, że odpoczywam. Widzę, jak oni tam przy tym stole, jak się śmieją. W innym oknie mężczyzna w szarej bluzie. Z kieliszkiem wina. Po drewnianym schodach schodzi kobieta w sukience. Zatrzymuje się, rękę trzyma się poręczy, patrzy prosto na mnie. Nie może mnie widzieć, jest ciemno, ale i tak szybko odchodzę.

Na kempingu nie ma ciepłej wody. Nie umyję głowy.

Teraz, kiedy siedzę przy stole, po tej stronie okna. W szarej sukience z paskiem. I mam rozpuszczone, pachnące włosy. I wino w kieliszku. I palą się świece. I obrus jest biały. I czysty. I jedzenie jest własnej roboty. I są tu ludzie, za których dałabym się pokroić. Zerkam za okno. Nic nie widzę, bo ciemno. Czuję się tak samo niepewnie. Krucho.


żółty baner

Bo ty nic nie wiesz.  Bo to w zeszłym roku było. Widzisz ten żółty baner? To się stało tam właśnie, w tym mieszkaniu, a raczej w naszej podstawówce rejonowej, na tych korytarzach, po których chodzą nasze dzieci.  Głośna historia to była.  Nie wiadomo do końca, co jest prawdą, a co plotką, ale że fakt taki był, to jestem pewna na dwieście procent.

Mama Kacperka zakochała się w tacie Patryka! To musiało się stać zaraz na początku drugiej klasy, bo w pierwszej Patryk chodził do innej klasy, to oni się nie znali albo bardzo słabo. Ale potem, jak Patryka przenieśli, to zaczęli się widywać na wywiadówkach. Czasem zagadali ze sobą w szatni, a w końcu zgłosili się, żeby chodzić razem z dziećmi jako pomoc na basen. I chodzili. I na tym basenie rozmawiali, aż im było mało tego wuefu. Aż ich trener Paweł musiał upomnieć, że dzieciaki już w szatni i nie ma kto im mokrych majtek ściągnąć. I tak to zaczęło wtedy, w oparach chloru i w świetle jarzeniówek. Rozmawiali ze sobą godzinami albo nie rozmawiali, tylko siedzieli i patrzyli. Potem ona mówiła, że nic akurat w domu nie ugotowała i szli z dziećmi na pizzę. I wyobraź sobie, ich dzieci, ich własne dzieci, Kacperek i Patryk, koledzy z klasy, w tym wszystkim nieświadomie uczestniczyli.

Ale na tym nie koniec. W październiku była wycieczka do gospodarstwa agroturystycznego, już taka całodzienna, ze zwiedzaniem i obiadem. I zgadnij, kto pojechał? No?

Po tej wycieczce mama Kacperka zaczęła chudnąć, schudła chyba z dziesięć kilo, wszystkie koleżanki pytały, co to za dieta cudowna i potem się obraziły, że ona udaje, że to nie żadna dieta. A tata Patryka zrobił się trochę dziwny, raz wesoły, a raz znowu strasznie wkurwiony chodził, że Patryk nie mógł zrozumieć, o co chodzi. Raz nawet za uwagę w dzienniczku tata nic nie powiedział, a innym razem nakrzyczał, że Patryk ma w kieszeni kamień. Wielkie mi halo, taki kamień.

Mama Kacperka najpierw strasznie wypiękniała. Odmłodniała, jakby jej ktoś piętnaście lat zabrał. A potem się strasznie rozchorowała. I w końcu nie przyszła na wywiadówkę, tylko przyszedł tata Kacperka, który nie wiedział, w której sali jest zebranie, trochę się zgubił, ale w końcu trafił, choć spóźniony. I było tylko jedno wolne miejsce na sali, koło taty Patryka, który trzymał tam kurtkę umyślnie, bo wiadomo dla kogo.

Przesiedzieli tak obok siebie całą wywiadówkę.

Dopiero potem w szatni zaczęła się awantura. Kaperek zobaczył, jak jego tata wali tatę Patryka z całej siły pięścią w twarz, aż się tamten przewrócił. A Patryk patrzył, jak jego tata, który jest bardzo silny i w ogóle trenuje taekwondo, nawet nie oddał tacie Kacperka, tylko wstał z ziemi i stał i krew mu leciała. I chyba płakał, choć może tylko mu się wydawało. Dorośli ludzie, wyobrażasz sobie.

Następnego dnia po tym wydarzeniu chłopcy nie przyszli do szkoły. Podobno tata Patryka przyszedł pod blok mamy Kacperka i stał na trawniku, tu, za tym blokiem, tam, gdzie nie wolno wyprowadzać psów, cały dzień do nocy. Podobno, że on chciał uciec z mamą Kacperka i z Kacperkiem. Patryk nie dowiedział się, czy z nim też, bo mama Kacperka jednak zdecydowała, że tak nie może być.  Nie wyszła do niego na ten trawnik, tylko napisała mu esemesa, że Kacperek potrzebuje ojca. I Patryk potrzebuje ojca. Ona potrzebuje tylko trochę czasu, lekarza i mocnych leków.

Kacperek z rodzicami wyprowadzili się chyba w lutym, mieszkanie poszło na sprzedaż, to właśnie tam gdzie ten żółty baner, co tam wisi tak długo. Tata Patryka mieszka dalej w tym samym bloku, tam gdzie jest sklepik. Z żoną i synem. Także wszystko dobrze się skończyło.


lekcja pływania

Na brzegu wanny siedzi plastikowy jelonek, co patrzy jak baranek. Czeka aż ktoś się nim łaskawie pobawi.  Nie ja.
Ja zrobiłam pierniki. Sztuk dwieście. Ozdobiliśmy ładnie. W każdym razie ładniej niż w zeszłym roku.
Zrobiłam też z młodym dwadzieścia cztery zagadki. Po jednej na każdy dzień przed Wigilią.
Zapisałam się na lekcje pływania. Płynę, tonę, płynę. Obok, na torze trenuje sekcja paraolimpijska. Młócą zdrowymi kończynami, ciągnąć za sobą te mniej zdrowe, łapią powietrze i mówią „fak!”. Pływanie w tym towarzystwie jest ostatnio moim ulubionym zajęciem.
Napisałam opowiadanie, wysłałam na konkurs.
Wydaje mi się, że tylko to, co przyjdzie, ma jakiekolwiek znaczenie.
Odwożę młodego na zajęcia i czekam i czytam. Na korytarzach, w szatniach, czytam. I  jem pierogi ruskie. Za oknem choinka jak ze snu. W barku pierogi jak domowe. Wszystko się ułożyło. Jestem gdzie jestem.  Płynę z prądem.

Wrrróć!

Na brzegu wanny siedzi plastikowy jelonek i gapi się w wodę o zapachu lawendy (w samobójczym stuporze).
Jaja z tymi piernikami. Jeszcze nic nie zrobiłam. Ale zrobię, jasne, że zrobię. Dwieście pieprzonych gwiazdek, koników i żyraf. Żyrafom zawsze łamią się szyje.
Zrobiłam te dwadzieścia cztery zagadki na każdy dzień przed Wigilią. Zrobiłam to z poczucia winy, że młody ogląda za dużo telewizji.
Zapisałam się na lekcje pływania. Tonę, tonę, tonę! Obok na torze trenuje sekcja paraolimpijska. Wszyscy mnie wyprzedzają.
Napisałam opowiadanie, wysłałam na konkurs. Po ch***!
Wydaje mi się, że nic co zdarzyło się do tej pory, nie miało większego znaczenia. Że życie jest pozbawione dobrej metafizyki.
Odwożę młodego na zajęcia i czekam. Czytam na korytarzach, w szatniach, czytam. I jem pierogi ruskie. Za oknem… wszystko ogólnie jest za oknem.  Samotność jest jak zima. Pierogi z barku są jak domowe. Na fejsbuku widzę, że wszyscy mają lepiej. Gdzie ja jestem? Tonę.

Są dwie historie. Ja się tylko przełączam.

Wróć.

Historia jest jedna.


plamki

Każdemu się może zdarzyć.  Może coś zjadłam. Może coś mi zaszkodziło.

Szaro buro buro szaro. Tramwaj się wstydzi, że taki czerwony. A każdy wagon pełen hejterów. Pani się nie pcha z tą torbą. Oko wykole albo coś gorzej.

Place ulice. Konstytucji, maja, czerwca i września. Mosty nad rzeką i butelki w rzece. Pani w przedszkolu. Biała bluzka mojego syna. Z czerwoną plamką. Od barszczu.

Idę i chce mi się iść.  Tak mi się chce. Musiało mi coś zaszkodzić. Czytałam w tramwaju. Chyba zatrułam się czytaniem.

Nagotowałyśmy z dziewczynami gar zupy, ale po walce nie było komu jeść. Nie było komu jeść. Wylałyśmy zupę.*

Błoto, zgniłe liście, budki z hotdogami. Dzieci, co nie mają pojęcia. Rodzice też dzieci. Same naburmuszone dzieci. Biegnę, skaczę. Nie mam dziś siły na nonszalancki chód.

Szukać radości w najsmutniejszych miejscach. Ścigać piękno w jego kryjówce.**

Pojechać na weekend. Gapić się przez okno samochodu w milczeniu, kiedy naprawdę mnie wkurzysz. Trzeć czerwony ślad na paznokciu. Od lakieru. Wyjąć z szeleszczącego papieru kanapkę dla młodego.

Umyć zęby przed snem. Napisać bajkę. Umrzeć we śnie. Sprawdzić wcześniej, czy soda faktycznie usuwa plamy. Nauczyć się pływać.

Nikt nie myśli o wojnie w moim tramwaju. Wysiadam. Idę biegnę. Chce mi się chce. Szaro buro. Bardzo ładnie. Bardzo.

Zaraz wybuchnę tak ładnie.

 

 

* Swietłana Aleksijewicz „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”
** Arundhati Roy „Algebra bezgranicznej sprawiedliwości”

Taniec ludowy

Moja prawa ręka otwiera lodówkę. Moja lewa ręka wyciąga masło. Papier brudzi palce.  Prawa ręka otwiera. Lewa ręka wyciąga. Tłusty odcisk palca. Jedyny w swoim rodzaju. Prawa kubek łyżeczka. Lewa cukier herbata. Ram pam pam. Prawa czajnik wrzątek. Lewa unik hop. Prawa chleb. Lewa ser. A głowa pośrodku. Nie bierze udziału. Tututu. Głowa nie. Ocalić głowę. Prawa noga robi krok. Lewa dostaw. Lewa krok. Prawa dostaw. Uginamy kolanka. Tańczymy po raz tysiąc pięćset sto dziewięćset. Odcinek dwa tysiące dwieście osiemnasty.

Dobrze opanowany układ, wielokrotnie powtarzany, do przysłowiowego, tak, do wiesz czego. To nie jest taniec na rurze, to taniec ludowy, polska salsa solo. Samo się tańczy. Wystarczy wcisnąć play, wystarczy otworzyć oczy na dzień dobry i już się pląsa. Samo się stało, samo się opanowało, poprzez sumienne powtarzanie kroków. Lewa dostaw. Prawa dostaw. Z życiem.

Nie myśleć nie myśleć. Że kończy się mleko. Myśleć o słowach. Pisać o przypalonym serze. I bioderkiem zamykamy szafkę, bo jak ręce są zajęte, to jest taka figura bioderkowa do wykorzystania.

Tylko nie myśleć nie myśleć, co na obiad.
Co na obiad?  I do tańca obiadowego już bum bum, lalala.

Mówię, że nie chcę. Nikt tego nie bierze na poważnie. Że mogłabym przestać. Nawet ja sama nie biorę tego na poważnie.

Czyż nie dobija się koni.  To jest taniec którego się nie zapomina. Jak jazdy na rowerze. Ring, ring. Lewa na mokro. Prawa na sucho. I obrót.

Zatańcz ze mną. Nauczę cię kroków. Mówisz, że nie ma potrzeby, tak wspaniale opanowałam figury, deptałbyś mi po palcach. Ram pam pam. Nawet smaczne, mówisz.  To moja nagroda.

Lewa ręka chowa. Prawa ręka zamyka.  Tyle mojego, że złapałam do głowy ten wpis.  Tram pram.


Naprawdę zaskakujące jak niewiele czasem trzeba.

Całe to narzekanie nie rozumiem. Normalnie się żyje, luksusowo, na skrawku, na jednym boku, ciągnie się na jednym spojrzeniu, na uścisku z zeszłego lata, na imprezie z czerwca się jedzie jeszcze spokojnie. Niewiele potrzeba, trochę jedzenia picia, trochę wina. Książka czytana na przystanku, o której nie ma z kim. Wystarczy, że książka dobra.

Wystarczy poczekać Włócząc się po korytarzu szkoły i oglądając rysunki pinezkami do tablicy. I już do muzeum iść nie trzeba. Wystarczy, że zjedzą, nie muszą mówić dziękuję.

Wystarczy poczekać jeszcze jakiś czas. Nie wiem ile. Może kilka godzin a może dłużej. Coś się zdarzy. Tymczasem wystarczy czasem się z kimś spotkać. W zasadzie wystarczy zadzwonić.

Doskonale można się odnaleźć w tym rytmie dnia, wystarczy, że nie chorujemy, że autobus się nie spóźnił. Wystarczy nam te kilka nerwowych kwadransów przed snem. Więcej byśmy nie zdzierżyli. Wystarczy kilka godzin snu i radio, telewizja i czasem kino, żeby żyć wystarczy. Wystarczy zobaczyć, nie trzeba dotykać.

Wystarczy obejrzeć zdjęcia z czyjejś podróży, a jakby się tam było. Wystarczy jak się trochę siebie lubi. Nawet wystarczy, że ktoś obcy lubi. A do tego wystarczą nowe buty. Niewiele wystarczy, że szok. Wystarczy nie myśleć gdzie chciało się być.

Czytaj dalej

Wyliczanka

Cebula cebula czosnek czosnek

Zbudowały sobie mostek

Nie rób scen i

Nie rób fochów

Bo strącimy cię do lochów

Obiad zupa

Drugie danie

Białe pranie, sranie w banie

Cebula cebula czosnek czosnek

Zbudowały sobie mostek

A w tym mostku była dziura

I uciekła nam matula

Jedzie pociąg do Krakowa

A przy oknie matki głowa

Leci WizzAir na południe

Matka już wygląda cudnie

Raz dwa trzy

Te raz ty


Trawnik

Dla Ani.

Idę po zielonym trawniku. Podchodzę do drzewa i zdejmuję z niego swoje dziecko. Jakbym zrywała dojrzały owoc. Mamo, ale but mi został na drzewie. Zrywam też but.

Jakaś kobieta rozjeżdża wózkiem psie kupy. Nawet nie patrzy. Ono śpi, dzięki Bogu. Pokaż to swoje szczęście, proszą. Ona nieśmiało, żeby tylko się nie obudziło, przestaje bujać wózkiem i pokazuje swoje szczęście. Ale tiu tiu tiu myślę. Ale bziu bziu bziu. Ale rączki. Ona się uśmiecha. Ile ma. Tyle. Tak mało. Tak mało.

Ja już nic nie pamiętam. Zaraz sobie pójdę, W kieszeni mam klucze. Nie mam chusteczek mokrych, suchych, nie mam butelki, pieluch, smoczka, kocyka na zmianę.

Pod nią nogi ciężkie jak sztangi. Pod płaszczem dres. Pod dresem dwie bolące bomby mleka. Oczy pokolorowane czerwoną kredką. Cała jest pozszywana na okrętkę. Tańcowała igła z nitką Pokaż nam swoje szczęście.

Mąż wziął dwa tygodnie wolnego. Wystarczyło, że był pod służbowym telefonem. Jego rozmowy z klientami i telewizor towarzyszyły pierwszym karmieniom. Za ścianą szczekał pies. Na nocnej koszuli rozkwitają pąki róż. Boli. Przyszedł szwagier z gratulacjami i wódką. Nie mogła wstać. Mąż mu wszystko opowiedział. Do późna.

Wszystkie już pozapominały. I matka i teściowa. I ona też kiedyś zapomni.

Mówi, że na balkonie wieszała śpioszki. Mieszkają na siódmym. Na dole jest trawnik.

Już nie pamiętam, jak można myśleć o takich głupotach.


Miłość

Może za bardzo się nad nim rozczulasz, mówi mój mąż. Łagodnie mówi, nie powiem, nie można się przyczepić. Naprawdę tak myśli. Że za dobrze ma. Za dobrze. Myślę, obracam te słowa w głowie. Próbuję je jakoś przyłożyć do własnego dzieciństwa. Czy było mi za dobrze ,czy niewystarczająco dobrze, a może w sam raz dobrze, nie wiem.

Jeśli będziemy twardzi, konsekwentni, mówi mój mąż. Mówi z troską, nie powiem, szuka rozwiązania albo jakiejś procedury na stres dziecka. A może trzeba go zapisać na judo, mówię niepewnie mieszając cukier w herbacie. Wakacje trwały za długo. Były za dobre. Za słodkie.

Wyjeżdżam na dwa dni. Zostają. Ojciec i syn. I nowa forma życia – dyscyplina, chłodny chów. Kiedy dzwonię wieczorem, słyszę że poszedł spać jak w zegarku. To dobrze, mówię. Dobranoc, wyśpijcie się, mówię.

Potem przez cały dzień nie myślę o nich tak mocno, bo przecież co z oczu. Długo jadę pociągiem. Zamawiam żurek w Warsie. Za oknami jest szare popołudnie, w żurku pływa jajko. Jadę i jadę i czuję, jakby mnie długo nie było.

Klucz wkładam do zamka bez światła, na pamięć. Boli mnie ramię od uwieszonej na mnie torby. W pokoju dziecka nie ma dziecka. Leżą we dwóch na kanapie wśród walających się zabawek. O mamo, mamo, czekamy na ciebie. Tata mi opowiada bajki. Ciekawe, jak opowiada, jak śpi. Nie ma ślady dyscypliny. Jest patyczek po lizaku. W jednym chłopcu musi się zmieścić tyle miłości.

Rano prawie, że moglibyśmy się nie spóźnić. Wyjedźmy gdzieś jeszcze, jeszcze na trochę, przedłużmy wakacje, mówi mój mąż zaciskając sobie uprząż z krawata. Tak, jedźmy, jedźmy, krzyczy młody.


Wszystko będzie dobrze

Coś mi jakoś nie wychodzi. Konkretnie większość. Przytłaczająca większość tej jesieni mi nie wyszła. Jestem niekompetentna na polach i w obszarach. Godzenie obowiązków hak strzelił. W robocie robota leży, kupiłam do domu mrożone frytki za cztery dziewięćdziesiąt. Placówkę edukacyjną wybrałam nieodpowiednią. To znaczy, placówka jest cacy, tylko dziecko stwierdza, że nie będzie uczęszczać, trzyma się ławeczki. Nie wiem, nie rozumiem, dlaczego. Przecież powinnam rozumieć. Kto, jak nie ja. Pouczona przez wszystkim, że mam być twarda, jestem miękka. Rozklejam się dopiero na schodach. To bardzo niebezpieczne. Czy firanki to się pierze? pyta mąż, patrząc uważnie na wiszące w oknach szare falbany. Popsuł się kran i kapie. Mam w głowie jakąś dziurę i się przez nią sypie.

Wszystko będzie dobrze. Takie są wrześnie, mówi moja teściowa. I ja wiem, że ona wie, że ja to mam. Te wrześnie. Opalenizna już zeszła, ale zdjęcia słońca jeszcze w telefonie. Budzik. Dzwonek. Sms od operatora. Wieczorem napływa chłodne powietrze polarnomorskie. Nie przygotowałam się. Kurna, tego się nie spodziewałam. Całuję mokre policzki. Wszystko będzie dobrze. Takie są wrześnie. Zbiegam po schodach. Łzy o smaku frytek.

 


%d bloggers like this: