Tag Archives: blog

Ale o co chodzi?

Ale o co chodzi z tym tylko spokojnie?! Że tylko spokojnie w obliczu zaskakujących dysonansów? Tylko spokojnie, kiedy by się chciało jakoś inaczej, a wychodzi jak zwykle? Czasem naprawdę w dupie mam to tylko spokojnie. I regularnie histeryzuję.

Ale jednak i tak w końcu. Tylko spokojnie. Wtedy, kiedy nie wiem co robić i kiedy za bardzo się staram. Kiedy coś i kiedy nic. Kiedy narzekam i kiedy doceniam. Kiedy wystarczy i kiedy ani na lekarstwo. Chciałabym być kimś naprawdę wspaniałym. Albo chciałabym tylko być sweterkiem w rozmiarze sto szesnaście. Czasem mam taki apetyt.  Nagle całkiem tracę smak.

Jak nie wiadomo o chodzi, to musi być kategoria literackie. Głosujcie, jeśli czytacie. Czytajcie. Co ja bym bez Was.

zima

[zdjęcie: kasya.org]

Sms E00142 na numer 7122
Koszt smsa 1,23 pln
Goście zagraniczni, którzy chcieliby oddać głos, mogą poprosić o głosowanie kogoś z polskim numerem.


F jak tylkospokojnie

Rozwalił mnie wczorajszy wpis Frustratki.
Dlaczego?

Dzień wcześniej siedziałam na leżaku na działce i, ignorując jedzące ziemię dziecko, zachłannie nadrabiałam zaległości w prasie opiniotwórczej. Im więcej czytałam, tym bardziej się kurczyłam. Jak doszłam do wywiadu z Masłowską, o przewrotnym tytule, to już byłam zapłakaną Calineczką.

Pomyślałam, że warto napisać na blogu o frustracji związanej z niepisaniem. O unikaniu pisania, o pożądaniu pisania, o dobrych radach, o… kurcze! Frustratka już to napisała. Kolejny raz. Gapię się na jej bloga i już nie mogę nie mogę udawać, że ta dziewczyna mówi głosem, który się niesie i… no tak. Każdy musi znaleźć swój głos.

Zawsze mówiłam, że blog TS powstał z inspiracji blogiem Frustratki. Ale jak cienka jest granica między inspiracją a kopią? Frustratka jest tylko jedna, tak mi się wydaje.

Jako wierna czytelniczka FjakF oraz jako TS czuję, że coś się kończy. Coś o czym F napisała. Demitologizowanie macierzyństwa jest potrzebne, ale wydaje mi się że już zaśpiewałam swoje chórki i mam ochotę zaśpiewać coś innego. Niedawno rozmawiałam z panią redaktor z polskiego radia, która poszukiwała bohaterek do audycji „odczarowującej macierzyństwo”. Starałam się jak mogłam przekonać ją, że jestem matką cierpiącą, ale ona na to, że coś chyba już nie bardzo…

Coś innego zaprząta teraz moje myśli. Coś słyszę w głowie, ale tak cicho i słabo, że muszę się na chwilę zamknąć, żeby dosłyszeć, co to jest. Muszę na chwilę zasnąć i posłuchać.

Czy zacznę pisać o tym, jaką mam dziwną pracę? A może o tym, jak odchodzę z dziwnej pracy? Może o fryzjerkach i dentystach? Może o plamach na słońcu i upale na ulicy… Może o peo. Może o gie em o. Albo o pi em es.

Co? Ciiii… Co?

Nic nie mogę obiecać, muszę się tylko skulić. I milczeć. I czekać.

Zaczekacie na mnie?


Tadaaam

Dostałam na urodziny od Agatary prezent.  Taki wynalazek, żeby autorzy blogów, skoro już piszą cały czas o sobie, mogli wreszcie napisać coś o sobie.

Próbuję odgonić natrętną myśl o siedmiu grzechach głównych, bo:

Jeden. Wszystkie siedem mam zaliczone.

Ale za to – dwa – jestem zdrowa. Byłam u psychologa i powiedział, żeby rozmawiać z mężem. Oraz również, że kobiety z małymi dziećmi często przechodzą trudne momenty. Acha.

Niestety – trzy – jestem edukacyjnym blefem. Robię błędy ortograficzne i merytoryczne. Kiedyś publicznie wypowiedziałam się na temat sekretarki Moby Dicka!

Tym, co sprawia mi radość niezawodnie – cztery – jest znalezienie właściwych słów. Tym co mnie wkurza, jest znalezienie niewłaściwych. Często chodzę wkurzona.

Kiedyś czekałam na jednego chłopaka w jednym miejscu trzy dni. Ale nie przyjechał. Pięć.

Sześć. Po obejrzeniu teledysku Crazy Aerosmith (1994)  zamknęłam się w łazience i igłą do szycia, przekłułam sobie pępek.

Last but not least. Mam plan. W siedemdziesiąte urodziny  wyjeżdżam do Portugalii.  Będę tam wieść życie wesołe i biseksualne już do końca.  Adres siedziby opublikuję na blogu.

Tylkospokojnie.

Do nagrody nominacje otrzymują:

The Light Princess

O kruszki

Nie lekceważ gospodyni domowej

oraz

Tamtaram


Jak tu teraz siedzę i patrzę, i patrzę i siedzę, to widzę to jasno. Że rok temu a teraz to jest jednak różnica. Że wtedy byłam na bezludnej kanapie, pływającej w oceanie gnoju. W gnojówce kotłowały się głodne krokodyle. I wtedy wszystko chciało się napisać. Wszystko się przepychało do wyjścia i jęczało. Wiertło pracowało 24/7. Każdy krok, ćtap, ćtap, po rozmazanym syfie zostawiał ślad. Masz swój gordyjski węzeł i weź to se sama rozplącz. Albo se rozpłacz. Rozpłacz se na części pierwsze.
I to i to. I tamto. I jeszcze.

A teraz cisza. Najpierw zgrzytnęło i chrupnęło, ziemia się zatrzęsła, wiertło się wygło i stanęło w miejscu. W świętym temacie rodziny napisałam już wszytsko.

Rozważam, czy nie założyć nowej wersji bloga, na której będzie można poczytać z maluszkiem bajkę, zrobić must have eko bombkę i dowiedzieć się jak zrobiłam pure z zielonego groszku. Bo po co to pisać po raz kolejny?! Że lepiący się do moim palców talerz? Że ten gest zmywakowo-potulny? Że chcę umieć dobrze, a źle się robi. Przecież napisałam to już tyle razy, że nawet pobudziłam do działań prewencyjnych. Przyszło siedem maili od życzliwych znajomych i nieznajomych, żebym się wybrała do lekarza, tudzież pierdolnęła się z mostu i nie męczyła już buły. Bardzo dziękując, wracam do zmywania. Polewam ludwikiem swoje dejavu. Nic się nie zmienia. Może wysokość dziecka, które nabija mi teraz siniaki na biodrze, a nie na udzie. I to już. Wycieram, zamykam, chowam, trzaskam. Chłodzę się mineralną.  Nie chce mi się. Już nie mam siły o tym mówić.

Może trzeba się zmobilizować.

Idę, wychodzę, włos ma obcięty. Spotykam się, rozmawiam, piję i palę. Stoję pod sceną. Ja obserwator, potrafię czasem, jakże trafnie, opisać obcisłe pepe jeansy wokalisty, co śpiewa redemption song, ale nie żeby od razu coś. Zresztą to cover. Ja też jestem cover. Co za lapsus, co za paralela, metafora i w ogóle gomorra.
Stoję pod sceną. Myślę o tym, że emocje nie używane zanikają. Są eliminowane w procesie ewolucji.
Stoję pod sceną i marzę o tym, że nie jestem coverem.


Terror szczęścia

Producent smutku usłyszałam w radio. Od razu mi się spodobało. To o mnie? Do mnie? Może być. Biorę. Tatuuję sobie. Trudno. Mam ochotę na wielki coming out.  Na straganie w dzień targowy. A to ta pani co taka miła po bułki schodzi rano, co ma takiego miłego męża i ślicznego chłopczyka? A ona się przecież zawsze tak ładnie uśmiecha. Nie, coś ty, ona się nie uśmiecha. Bo ty pracujesz na drugą zmianę, to ona może już wtedy się nie uśmiecha. Acha. To ona się tak posypała? Musiało być, że za dużo miała. To tak to się kończy, droga pani. Zachciało się pannie hawajów. Wiesz, że taka niby wyjątkowa. Pióra w dupie. Nasiąknie człowiek jak gąbka tymi złudami, marzeniami. A potem jak żyć? Jak tu z taką gąbką chodzić po mieście, ciągnąć po ziemi. Ale po co się tak męczyć, nie lepiej z tym gdzieś po pomoc profesjonalną…? Cii…, idzie, dzień dobry pani…

Dzień dobry. Poproszę pięć bułek.

 

Moja gąbka moim krzyżem.

Ale nie musi ci być przykro. Nie chodzi mi o twoje przykro.

I nie, nie idę jeszcze do psychiatry.

I nie rozwodzę się jeszcze.

Jeszcze nie.

Spokojnie.

Listek mięty rozgryzam zamiast.

I bułki suchej.

I nie zamienię się z nikim.

Nie.

 


Chustka

Rozkołatany mięsień ssąco tłoczący

gardło jak pięść

pięść jak flak

pod wielkim wrażeniem historii toczącej się na chustka.blogspot.com

wszystkiego dobrego, Joanno.


%d blogerów lubi to: