Tag Archives: choroba

Co słychać?

To już tyle lat minęło. Dekady, człowieku, tuziny lat i jeden wiek już się nawet skończył od tego czasu. Kontakt się urwał. Nie ma o czym mówić. Nie będziemy przecież wspominać szkolnych korytarzy. Sklepiku. Przerw długich i krótkich. Przerw na wagę. Zielonej trawy przed szkołą. Koncertu Sztywnego Palu Azji. Voo voo. Kultu. Lekcji bilarda. Lekcji poezji. Spotkań na cmentarzu. Listów. Listów. LISTÓW. Pochowanych w trzeciej szufladzie od dołu. Matury. Drzwi zdjętych. To nie stowarzyszenie umarłych poetów. Nie ma tego. Nie ma czego. Żałować. Można nawiązać kontakt. Wymienić się słowami. To było w zeszłym wieku. Jesteśmy dorośli. Starzy trochę. Możemy pogadać. Mieć dystans. Co słychać. U ciebie. Jak miło. Jak zajebiście kurwa miło, że miło. Zaraz się uduszę. Oddech mi ledwo płuc dotyka. Ledwo je liźnie. Stan mam krytyczny. Co słychać. U ciebie. Jak dobrze. Cię słyszeć. Co tak cicho mówisz. Zaraz. Muszę. Złapać. Oddech. Zaraz przejdzie zaraz minie. Jak już raz przeszło i minęło.
Nic dziwnego. Wybory nie pozostawiają nas czystych. Jesteśmy pod spodem umazani. Zanieczyszczeni. Skorodowani. Światami równoległymi. W których. W zasadzie to możemy się nawet spotkać na kawę. O tak, jasne, że tak. Na kawę. Na wodę.
Zaraz przejdzie. Ucisk w klacie. Odruch wymiotny. Nawet palce pamiętają wszystko jak było. Nie jest możliwe dla systemu poznawczego człowieka zasymilować fakt, że ktoś może być jednocześnie tak bliski i daleki. Dla systemu obronnego to jest wyzwanie.  Że jest i go nie ma. Poleciał w czarną dziurę. Nie jestem dzieckiem. Potrafię przecież zaakceptować słowo nigdy. Nigdy już. Się nie wydarzy. Oprzyj łeb na kierownicy i oddychaj. Ubezpiecz się na życie, zanim zadzwonisz, głupia.  Kupić chleb. Kupić masło. Kupić książkę. Wrócić do siebie. Zaraz mi do siebie wrócić! Ze szkolnego korytarza.


W normie

Doceniam. Co mam, że mam doceniam. Brak złej diagnozy. Brak szpitalnych kibli. Metalowych poręczy z oskrobaną emalią brak doceniam. Doceniam to, że komornik nie dzwoni, nogi w drzwi nie wstawia. Doceniam, że mąż nie pije i nie bije. Na dziwki nie biega. Się nie ugania. Dziecka rączki nóżki ząbki doceniam. Brak upośledzenia, brak wady wrodzonej, wady wymowy nawet brak. Brak każdego koszmarnego scenariusza doceniam. I że nie zdechłam, że się nie wykrwawiłam na amen. Że nowe życie nie zabrało mojego doceniam.

Doceniam, czego nie mam i co się nie przydarza.  Nie krzywię się.

Czasem febra, trzęsie z zimna, choć wiosna, choć kołdra na pół. Ale to już są sprawy takie jakby, wiesz, mało namacalne.

Czasem wionie mrozem skądś, z jakiegoś bliżej niezlokalizowanego organu wewnętrznego, metafizycznie rozlanego.

Czasem wystarczy pięć sekund, żeby zmieść z gęby ten, wypracowany miesiącami, kamienny spokój. Pięć sekund.

Ale przysięgam, że i tak doceniam. Ładnie, jak trzeba.


Blog bless

Kuchnia mojej mamy.  Zupa specjalnie dla ciebie w słoik. Chciałabym wejść do słoika zamiast zupy.  Całowanie stopy rozmiar 25 w sklepie obuwniczym. Wytrawny kac. Zbijanie gorączki nurofenem na kolanach. Chłopiec w piaskownicy (po którym prawie nie widać, że jest autystyczny, tylko ona mówi, że się do niej nie przytula). To, co mógłbyś mi zrobić, gdybyś chciał. Fasola biała. Właściwie bez łyka. Niezbyt rokujące cv wydrukowane na laserowej. Biała mała tabletka na poniedziałek. Szuszum pralki już czwartą godzinę. Czarno białe zdjęcie chłopca na rowerze, który kiedyś będzie moim ojcem.  Godzina trzecia szesnaście w nocy.

Wszystko.

Może być tematem na wpis.

Somalijski holokaust. Informacja o promocji na bilet do Sao Paulo za jedyne tysiąc siedemset. Przepis na faszerowane papryki. Zarzygany kocyk w słoniki.  Śliska podłoga w poradni. Trzeci centyl. Piąty mililitr.  Tysiąc dwieście czternasty odcinek. Autobus do centrum odjeżdżający spod bloku co piętnaście minut.  No wszystko.


Terror szczęścia

Producent smutku usłyszałam w radio. Od razu mi się spodobało. To o mnie? Do mnie? Może być. Biorę. Tatuuję sobie. Trudno. Mam ochotę na wielki coming out.  Na straganie w dzień targowy. A to ta pani co taka miła po bułki schodzi rano, co ma takiego miłego męża i ślicznego chłopczyka? A ona się przecież zawsze tak ładnie uśmiecha. Nie, coś ty, ona się nie uśmiecha. Bo ty pracujesz na drugą zmianę, to ona może już wtedy się nie uśmiecha. Acha. To ona się tak posypała? Musiało być, że za dużo miała. To tak to się kończy, droga pani. Zachciało się pannie hawajów. Wiesz, że taka niby wyjątkowa. Pióra w dupie. Nasiąknie człowiek jak gąbka tymi złudami, marzeniami. A potem jak żyć? Jak tu z taką gąbką chodzić po mieście, ciągnąć po ziemi. Ale po co się tak męczyć, nie lepiej z tym gdzieś po pomoc profesjonalną…? Cii…, idzie, dzień dobry pani…

Dzień dobry. Poproszę pięć bułek.

 

Moja gąbka moim krzyżem.

Ale nie musi ci być przykro. Nie chodzi mi o twoje przykro.

I nie, nie idę jeszcze do psychiatry.

I nie rozwodzę się jeszcze.

Jeszcze nie.

Spokojnie.

Listek mięty rozgryzam zamiast.

I bułki suchej.

I nie zamienię się z nikim.

Nie.

 


Chustka

Rozkołatany mięsień ssąco tłoczący

gardło jak pięść

pięść jak flak

pod wielkim wrażeniem historii toczącej się na chustka.blogspot.com

wszystkiego dobrego, Joanno.


%d blogerów lubi to: