Tag Archives: dzieciństwo

wstyd

Popchnął mnie, a ja  poleciałam w dół.
Po gładkim, czarnym lodzie, którym obrosła tego dnia osiedlowa górka. Nad nami Alpy – bloki dziesięciopiętrowe. Pod nami wąwozy parkingów. A wszystko zamarznięte na kamień, taki mróz. Zgraja dzieci z kluczami na szyi, z kluczami ogrzanymi pod kurtką, pod bluzką, rzuciła się na mróz jak na wroga.

Podszedł do mnie i mnie popchnął.
Jeszcze próbowałam utrzymać się na nogach. Ale to była jedna z tych górek, z których zjeżdża się tylko, ale tylko i wyłącznie, w kucki. To znaczy ja, wy może nie.

Upadłam na głowę. Przejechałam czołem po wyślizganym torze. Sturlałam się na dół. Hahaha. Wstałam. Pozbierałam rękawiczki i czapkę, przygładziłam śnieżny kołtun na głowie i, nie oglądając się za siebie, zaczęłam iść do domu. Krok krok. Krok krok.

Jedną stronę twarzy opanował ból, drugą wstyd. Widziałam na jedno oko. Coś pulsującego rosło na drugim. Szłam. Łzy szczypały. Sąsiadki cmokały. Aniemówiłam, itaktosiękończy, nadrugirazsięzastanowi.

Całe szczęście, że to nie łuk brwiowy, powiedziała mama. A nie mówiłam, powiedziała. I tak to się kończy – ojciec. Na drugi raz się zastanowisz – babcia.
Przez miesiąc twarz była w ruinie. Miałam dwanaście lat. Twarz była dosyć istotnym elementem życia szkolnego. Jego unikałam, jak tylko się dało, zwłaszcza w szatni, zwłaszcza na korytarzu, zwłaszcza na podwórku.  Nie to, że się go bałam. Było mi wstyd.

Tę historię opowiadam, rozcierając śniegiem czerwonego guza na czole młodego. Spotkanie ze ślizgawką zakończono małym dachowaniem. Płaczą i rozpaczą. Więc odwracam uwagę, bo mi się przypomniało. Młody zapomina o guzie, płonie. Musisz się zemścić, mamo. Musisz do niego iść i walnąć go w jaja (!). On już jest dorosły, mówię. Nieważne, nie powinien tak zrobić, musisz się zemścić. To już było dawno, mówię. Guz jest czerwony, skóra lekko rozcięta. Ja już mu wybaczyłam, macham kłamliwie rękawiczką. Takich rzeczy nie wolno wybaczać, tupie. Chodźmy do domu. Musisz się zemścić, mamo.

I tak sobie wyobrażam, jak teraz jadę do niego do domu. Bardzo możliwe, że wciąż mieszka tam, gdzie mieszkał. W tym samym mieście, w tym samym bloku. Na drzwiach jest jego imię i nazwisko. Czcionką z zawijaskami. On mi otwiera. Utył i trochę łysieje. Albo jest silniejszy niż był, bo dużo ćwiczy. Albo został świadkiem Jehowy i ma sweterek w jelonki. Stoimy, nie wiem, czy mnie poznaje. Pewnie nie, bo żarówka na klatce ledwo ledwo. Z mieszkania dobiega zapach smażonych kotletów, gra telewizor. A ja mówię. Panie Pawel P. ja pierdolę, tak się nie robi!

I nie walę go w jaja, tylko mu mówię. Jak jest, jak było. On tylko wytrzeszcza oczy, nic nie rozumie. Ziemniaki mu stygną. Mecz się kończy. Piwo mu się rozgazuje. Ale ja czuję się bardzo fajnie. Pod klatką czeka młody, więc szybko zbiegam schodami w dół. Załatwione, mówię, biorę za sznurek i ciągnę sanki z powrotem, na pociąg do Warszawy.


Za parawanem

Nad parawanem szaleństwo. Strasznie wieje. Ale dobrze, że nie pada, cieszy się sprzedawca orzeszków karmelowych, popcornu oraz zimnych napojów. Pochylił się jak byk w natarciu i brnie dalej, pod wiatr, w przeciwnym kierunku niż nasze dmuchane koło. Które ucieka przez plażę na wolność. Za dmuchanym kołem leci na wolność jedno nasze dziecko. Znaczy, dziecko zza naszego z parawanu. Dzieci i parawany mamy na tym wyjeździe wspólne. Trochę pozwolimy dziecku uciec. Ale nie bardzo. Ktoś go w końcu weźmie za opiaszczoną mini dłoń i przyprowadzi. Ja. Leżę. Na dnie. Tu jest ciepło. Nie chcę, żeby we mnie wiało. Żeby mi napakowało piachu i żeby mi zrobiło gęsią skórkę. Ja nie gęś. Już nie gęś głupia, tylko, schowana za parawanem, ciepła foka.

Nad parawanem furczy i dmucha powietrze zimne, ostre i niewidzialne. Nad parawanem igiełki piachu i chłód. Niżej jest cisza i nic nie szarpie. Już nas wyszarpało. Już dzięki. Chcemy tylko leżeć tak i odpoczywać, choć niczym się nie zmęczyliśmy. Chcemy spać. Chcemy się ogrzać. Wyssać z tego lata coś na zapas.

Nasze myśli są niewesołe, dalekie od miejsca, w którym wbiliśmy pale parawanu, używając ciężkiego, gładkiego kamienia. Telefony milczą, choć chcemy, żeby ktoś zadzwonił. Albo dzwonią, choć chcemy, żeby milczały. Kruszą się ciastka i rozćtapują się banany. Ręczniki nigdy nie są do końca suche, jak to możliwe. Krzyki i piski dzieci. Tylko one nie dają się pochłonąć hałasowi wiatru. Ja mam usta zamknięte, bo nie ma sensu. Za parawanem wszystko jest przytłumione. Leżymy tam ze swoimi sprawami, które nam się w głowach kotłują. Mnie się na przykład kotłuje moje dzieciństwo, tylko tak się już strasznie kruszy i rozćtapuje.

A mówili, żeby jechać na Chorwację czy inną Maltę. Nie. Ja pierdolę, znowu Bałtyk, bursztyn, Irena Santor i wiatr. I parawan. Za parawanem masz Grecję i Balaton. Tylko łeb wystawisz i Bałtyk z powrotem.

Podniosłam się jak wielki latawiec. Piski dzieci kroją szum na nierówne kawałki. Jak ja mam dość tego kulenia się już. Chowania się za parawanem, życia za parawanem i ogólnie udawania nieżywej.  Dość.


Za mundurem…

A pamiętacie? Szary mundurek. Guziki z lilijkami. Spocznij. Zbiórka. Te dziwaczne pomieszczenia w piwnicach, suszarniach. Które komuś się chciało przystroić pięknie siatką wojskową do maskowania czołgów czy co oni tam tym maskują. Menażka, finka, kanadyjka. I plecak ze stelażem, co wyglądał jak stelaż z plecakiem. Kilometry po piaszczystej drodze, które kończyły się noclegiem w jakiejś wiejskiej szkole. Zakurzone dzieci na zakurzonych materacach. Bez alergii i bez komórki w heja. W ulu wielkiej sali. Aj, zasypiało się super. Ten szum i ledwie okruch przestrzeni własnego śpiwora. Honor i ojczyzna. Grochówka i gitarra.

Mama, ale co ty! Przecież będzie nas pilnował DO RO SŁY. On jest Druh. Czuj duch. Ma już osiemnaście lat! Mama tylko blednie i do ojca „powiedz coś”. Nerwy i szepty po nocy, po cichu. Ale ja uważam. Nie do pomyślenia. Ja i pluszowy miś pod drzwiami w bezsennej niepewności. Czy puszczą tym razem? Na przygodę?

A tu wszystko już przygotowane. Lilijki poprasowane. Getry w kancik. Spódniczka w rancik. Mapa, lornetka i bidon. Czterej pancerki i pies.

Yes.

Puścili.

Aż tu pewnego razu. Zabawa była świetna jak zwykle. W starej strzelnicy. W bliskiej okolicy. Zasada prosta. Jedna grupa broni, druga atakuje. Trzeba zdobyć kawałek szmatki proporczykiem zwany. Trzeba się skradać i kryć. Liściem się obrzucać dla niepoznaki. Do tego proporczyka się podkraść. Jak do spódnicy matki, u sąsiadki.

I ja, ten sportowy niewypał, ja, cudem trafem, byłam już blisko. Już się witałam… A ten, jak nie wyskoczy, cały w siatce wojennej. Mój druh. Czuj duch. W ostatniej chwili, w najostatniejszej, capnął mnie i o ziemię bach. Proporczyk nie zdobyty. My się w tych liściach potoczyliśmy. Okulary jego pamiętam wirujące. I słońce.

Wróciłam do domu.
Kolacji nie. Herbaty nie. Policzki gorące, Czoło zimne. Mama zatroskana. Z wyrzutem do taty. A nie mówiłam? No mówiłam. Żeby nie jechała. Zaraz się rozchoruje. A ja nic. Trochę się trzęsę. Tak się w tych liściach potoczyliśmy. Tak on wyskoczył. Tak mnie złapał. Tak się w tych liściach. Mnie złapał. W tych liściach. Myślałam w kółko. Duszno mi duszno.

Może coś zjadła i jej zaszkodziło. Może nic nie zjadła i jest głodna. Zrobić ci kanapkę, dziecko? A dziecko właśnie jakby dzieckiem być przestało.

Tak było. Tak jest i basta. Rosną dzieci, czas leci.

Teraz drogie sąsiadki matki, jak se pogadałam, to wstaję z ławeczki. Idę robić kluseczki.


Dwie takie same lale

Skwarki na kromce. Słone i chrupiące. Babcia podsuszała chleb, bo świeżego nie lubiła. Cerata w kwiaty lepiła się do łokci. Tu i tam miała cięcia po nożu, do których nie można było wkładać palców, choćby się chciało. Dwie takie same herbaty w takich samych szklankach. Szklanki w blaszanych koszyczkach. Sól posklejała się w solniczce.
Patrzyłaś mi na ręce. Czy nie mam więcej. Patrzyłaś i układałaś sobie na talerzu tak samo jak ja miałam. Jak to zwykle młodsze dziecko. Naśladowałaś. Skwarki były słone, a szynka miała takie białe mokre błe dookoła. Ale jadłyśmy, bo babcia specjalniedlawas poszła na targ po mięso. Mięso na zupę. Mięso od baby.

Miałyśmy tylko dwie zabawki. Dwie lalki. Jedna była taka Krakowianka jak się patrzy. Ruchome powieki opadały na niebieskie oczy. Policzki lśniły różem. A usteczka ach. Krakowianka była moja moja. Krakowianka była taka sama jak druga lala, ale chudsza. Ale grzeczniejsza. Ale lepiej się uczyła i w ogóle nie pokazywała majtek.

Druga lalka była śniada, ciemnowłosa jak ty. Twoja Cyganeczka. Miała kaftanik z cekinów. Miała ciemne oczy jak umalowane.  I choć obie lalki były takie same, to Cyganeczka była jakby niższa, pulchniejsza i silniejsza. Lepiej dogadywała się ze zwierzętami. Była odważniejsza. Potrafiła warknąć na babcię. A wtedy mówili Cyganeczce, patrz jaka ta Krakowianeczka. Patrz. Nie taka jak ty. Patrz, jaka ta Krakowianeczka grzeczna. Ach, jaka ona, patrzyłaś.

Lale siedziały na haftowanych poduszkach. I obie były takie same, ale Krakowianaczka była bardziej.
Dostawałyśmy po kromce z kiełbasą i schodziłyśmy po schodach na zakurzone podwórko. Miałyśmy sukienki. A ja ładniejszą. Jadłyśmy kiełbasę. Ja zawsze do końca a ty zależy, czy miałaś ochotę.
Na placu zabaw stały dwie rakiety. Wysoka dla mnie a niska dla ciebie.

Nocami rysowałyśmy sobie na plecach zagadki. Czasem ja pierwsza, czasem ty. A kolejność zawsze ustalałam ja.
Nocą lalki spały, a my podsłuchiwałyśmy jeszcze, że rodzina to a tamto. A na moich rodziców nigdy nie było biadolenia. A jak nas przyłapali pod drzwiami to raczej była twoja wina.

Teraz rozumiem, dlaczego te wspomnienia mamy prawie takie same, ale prawie.
I dlaczego jesteś wegetarianką.


Miejska legenda

Znajoma mi opowiedziała, co usłyszała na urodzinach swojej córki. Od jednej znajomej, która też tam była ze swoim dzieckiem. I która podobno to widziała na własne oczy. Ale może to nie do końca prawda, bo na urodzinach córki, wiadomo, było głośno, a nawet bardzo. Więc historia mogła ulec przemianom jakimś. Nawet nie, że celowo, ale podświadomie.

W każdym razie ta znajoma mojej znajomej była u swojej koleżanki ze studiów. I tamta od studiów ma córkę. Sześcioipółletnią rezolutną dziewczynkę. Która cały wieczór grzecznie bawiła się w swoim pokoju. Podczas kiedy one (ta znajoma znajomej z koleżanką) sobie rozmawiały, bo im się przedłużało. I tamta dziewczynka przez trzy godziny rysowała koniki i literki i nic nie chciała ani nie marudziła. Potem podobno ta jej mama ją w końcu zawołała, że kolacja. I ona, ta dziewczynka, przyszła. Podobno za pierwszym razem, to znaczy od razu. Zjadła kolację. W sensie dokładnie to, co ta mama jej podała. I nie chciała akurat nic innego tylko właśnie to. A potem podziękowała, a talerz odniosła do zlewu.

Podobno potem ta dziewczynka obejrzała dobranockę. Dziesięć minut. A potem ziewnęła i oznajmiła, że jest zmęczona. O dziewiętnastej trzydzieści. A jej mama podobno powiedziała, że ma gościa, więc, żeby ona sama, ta córka, się poszła umyła i przebrała. I podobno ona się poszła umyła i przebrała. A na końcu przyszła w piżamce w żółte misie, powiedzieć „dobranoc”. Powiedziała „dobranoc” i poszła spać.

Na urodzinach, wśród wrzasków, zasępieni rodzice zastanawiali się nad tym, co przed chwilą usłyszeli. Latający pojazd wpadł do pokoju i uderzyła tatę Sebastiana, który wylał trochę kawy na mamę Igi. Gdzie, kur…de popełniliśmy, błąd, zajęczał ten tata. A mama Igi powiedziała, że nie szkodzi, bo nie dosłyszała, co powiedział ten tata.

Ale cała ta historia może być po prostu kolejną miejską legendą…

Dziękuję bardzo autorce bloga Małżeństwo po 30 oraz Da Capo za nominacje do nagrody Liebster Blog. Zabiorę się za to, jak wymyślę odpowiedzi na pytania. Z pozdrowieniami.


Nie jestem śpiąca

Handynia to taka kraina, w której co czwartek jest tsunami. Stary Kapeć natomiast to państwo bezpieczne i dość zamożne, wbrew temu, co sugeruje nazwa. Wszystko dlatego, że mają  tam zwierzęta, które dają popcorn.
W Brazylii mam stu czterdziestu pięcioletnich synów. Jak się czułam, kiedy ich rodziłam? Czy musiałam ich potem wozić ciężarówką? Kiedy ich odwiedzimy? Mieszkają w Rio. Ale nie de Janeiro, tylko tym drugim.
Czy smutek można wyrzucić do kosza?  Czy koza może wysłać maila? Ile centymetrów ma mój mózg? Czy wiem jak się zachować na przejściu dla PIERWSZYCH? Kto jest ważniejszy: Bóg czy Święty Mikołaj? Czy dusze chodzą w spodniach? Co to znaczy „bezlitosny”? Dlaczego w kanałach nie płynie mleko? Czy życzenia się spełniają…?
Czy ty nie jesteś śpiący,  pytam. Kręci głową, ziewając.

Na bloki spada noc. Zapalają się tysiące żółtych żyrandoli. Pokoje z telewizorem mrugają na niebiesko. Strupy na kolanach szczypią mnie pod rajtuzami, kiedy kucam. Biegłam i się potknęłam, choć mówili, żeby nie biegać, bo się potknę. Puszka po paście do butów, nabita ziemią, musi upaść z odpowiednim dźwiękiem na asfalt. To jest dźwięk prawdziwego skarbu. Ledwo widać białe linie narysowanej gry w klasy. Z piwnic wyłażą koty. Nie chcemy jeszcze do domu spod bloku. Mój blok jest moją mapą. Wiem, w których oknach kto i mniej więcej co, choć tego mnie nie uczyli. Na balkonach powiewają halki i rajtki. Nie mamy żadnej refleksji. W ogóle nas za bardzo nie obchodzi to, co oczywiste. Najważniejsze, że jest ciemno i oni chyba o nas zapomnieli. Super. Zanim nas zawołają. Zakrzykną w mrok, że „do doooomu”, będziemy się tu wgapiać w białe linie. Potem pójdziemy do klatki wolno, stopkami. Na klatce pachnie mokrym kurzem. Żadnym dzieciom już nie wolno być pod blokiem.

Kiedy siadam do kanapek z pomidorem i solą, to w herbacie z cytryną moczę sobie warkocze. I nie jestem nawet zapowiedzą tego, co teraz. Radio dzieciom. Gwizd czajnika. Nic specjalnego naprawdę. Jesteś śpiąca – mama trochę pyta, trochę stwierdza. Nie, opowiadam ziewając. Śpiąca – jakie ładne słowo.

A Wy? Co pamiętacie? Byliście śpiący czasem? Jacy byliście?


Z żyrafą

Dziadkowi otworzyli ramiona nasmarowane offem. Wstawili garnek na piec. Ścięli drzewo na opał. Wzięli dziecko z lata w mieście. Do lata na wsi.

Wytrzepali kołdry. Przegonili łasice.

Piątek. Pędzę. W myślach. Bo w korku nie. Dziesięć minut. Piętnaście. Pięćdziesiąt. Sto kilometrów. Pięćdziesiąt. Dwadzieścia pięć. Ograniczenie do siedemdziesięciu. Do czterdziestu. Jezu. Pędzę.

W końcu. Ło matko, ile tu się jedzie. I dziury. I komary i gzy. Opędzam się. Dziecko na mnie wisi. Garnki bulgocą. Psy szczekają. Podarli mi bluzkę. Ubrudzili buty. Poczekaj przebiorę się w jakiś łach. Łach pachnie stęchłą szafą. Psikam go dezodorantem.

W nocy nie śpię. Myślę wszystkie dźwięki. Pies podszedł pod drzwi. Są myszy.

Dom śpi.

I chrapie.

Swędzą mnie ukąszenia po komarach.

W dzień budujemy pułapkę na dzikie zwierzęta, choć patyki się nie chcą wbijać w suchą mać. Pokazuję, jak się robiło w peerel widoczki. Szukam szkła i kwiatków. Jak nie kręcę się w kółko w patykach i kwiatkach, to zasypiam. Co chwila, co siądę na ławce, huśtawce, hamaku. Co przysiądę, to śpię. Na mnie kładzie się moje dziecko. Mama nie spij. Muszę dziesięć minut. To śpij. Śpię. Ję. Wbijam kołki. Kopię piłkę. Siadam. Śpię. Co robisz mama? Adaptuję się chyba. To się adapatuj.

W sobotnią noc. Kiedy w wielkich miastach Rihanna zagrzewa do tańca i seksu, ja mam brud pod paznokciami, pachnę starą szafą. Mam słomkowy kapelusz. Mam dwie drzazgi. Rozdrapane do krwi łydki. Jagodowy język.

Mam pułapkę na dzikie zwierzęta. Policzone szyszki i gwiazdy. Spalony trochę trampek. Kto go wrzucił w popiół nie wiadomo. Jedną wizytę w sklepie. Piłkę na drzewie utkniętą. I butelkę piwa, co się chłodzi w studni. Internetu nie mam nawet kilobajta w telefonie. Nie można się połączyć z niczym. Możesz sobie włączyć tranzystorową jedynkę, co nadaje mszę świętą. Mamo, musisz zobaczyć te mrówki. Muszę zobaczyć.

O północy, jak w wielkich miastach na stół wjeżdżają koleżanki przebrane za drinki, ja już dawno śpię. I chrapię.

W niedzielę stawiam garnek na piec. Jestem zaadoptowana. Pająka z rękawa spokojnie wyprowadzam, gdzie jego miejsce. Dziecko zasnęło na ławce. Ma zachód słońca na nosie. Mogłabym mu zrobić zdjęcie, gdybym czuła taką potrzebę. Ale tylko się gapię.

W poniedziałek bladym świtem zmywam z siebie zapach szafy i psikam się fa w kulce. Wyciągam tusz do rzęs. Kluczyki do samochodu. Śpiącego malucha całuję. I jeszcze raz w ciepłą rękę. Kluczyki do samochodu gdzieś podziałam. Są. Klima i muza. I jakaś kawa po drodze. Mama, nie jedź. Stoi cielątko w piżamie na rosie. Piżama jest z żyrafą. Prowadzą do łóżka. Wygładzam usta z podkówki. Smyram, poję, okładam zabawkami. Kluczyki do samochodu. Nie rozmażę sobie tuszu do rzęs. Bo jadę prosto do pracy. Co ją mam. To do niej jadę. Nie rozmażę se teraz tego oka, bo mi się skapnie na kołnierzyk biały. Pojadę, coś porobię, zarobię. Nie ma powodu. Żeby mi ściskało płuco i serce. Uśmiecham się jeszcze przez szybę, choć makijaż już chuj strzelił. I kapie mi na bluzkę białą. Dwadzieścia pięć, Pięćdziesiąt, sto kilometrów.

Pięć dni.


Komar

Jak można spać w dzień? Pięcioletnia dziewczynka przechyla głowę i przygląda się ojcu chrapiącemu na narożniku. Jak można spać w dzień i to w takiej pozycji?? Ojciec ułożył się w kąt prosty i odpłynął. W telewizorze marki Neptun skoki narciarskie. Ten śpi, zamiast się bawić.  Dlaczego oni zawsze zasypiają? Mama to samo. Na kanapie, na krześle, nie daj boże które siądzie na bujanym. Od razu komar. Z gazetą, z książką. Zasłaniają się lekturą, że niby coś i po chwili już opada kurtyna, ukazując ich nieprzytomne twarze, otwarte usta, równe oddechy.

W pociągach, w autobusach zasypiają, ledwo ruszy. Na bociana, na żabę, na dzięcioła i na nietoperza. Upuszczają przedmioty, przypalają papierosami obrusy. Na siedzeniu pasażera fiata sto dwadzieścia sześć pe ślinią niezapięty pas bezpieczeństwa.

Tak mi się to teraz przypomniało. Siedzę na dywanie, głowa oparta o krzesło. Śpię. Prawie śpię. Moja prawa ręką, uzbrojona w krowę z lego duplo, podskakuje sama, niezależnie. Goń złodzieja, mamo, goń złodzieja. Gonię, gonię przecież. O dżizas, to nie krowa, to policjant na motorze. Musiałam jednak przysnąć na chwilę. Wystarczy moment, wystarczy zwolnić tempa. Dziecko patrzy na mnie z wyrzutem. W telewizorze marki japońskiej skoki narciarskie. Mamo, nie śpij.

Tak, teraz to jasne.


Kilka słów o wychowywaniu

Nie czytam poradników o wychowaniu. Po prostu wystarczy mi, że wychowuję. A czytać wolę co innego. Czytanie pozostaje nieskalane, egocentryczne, egoistyczne, czytanie jest powrotem do przeszłości, co już jej nie ma. Jeszcze, żebym teraz czytała, czy zajęcia dodatkowe to rozwijanie czy torturowanie dziecka, to chyba musiałabym na głowę upaść!
No, ale przecież wszystko, co robię, nawet obsługa dziecka, nawet obcinanie paznokci, nawet kanapka z dżemem też jest wychowywaniem. Ta niby oczywista oczywistość towarzyszy mi teraz jakoś mocniej, jakoś na pierwszy plan wychodzi, jest między mną a pomidorem krojonym na kanapkę, między mną a ręcznikiem wchłaniającym wilgoć z mokrych włosów, które już naprawdę zasługują na fryzjera.
Każde pytanie, każda rozmowa, ale przede wszystkim każda reakcja na tak zwane „złe zachowanie”, na  – „nie założę spodni, butów, nie chcę, nie idę, to głupie, zostaw, nie zjem” i oczywiście „nie chce mi się spać” – jest jak kolejna odsłona, kolejne pytanie – co teraz? Masz co najmniej dwie opcje, zastanów się, pomyśl przez chwilkę, nie wkurwiaj się za szybko. Jak kochać tę małą, zależną od ciebie jednostkę, która chce być niezależna, i której trudno wyjść poza swój egocentryzm? Nie „jaki ma być kiedyś?”, ale „jak ma wyglądać nasza rozmowa teraz?”! No jak to jak.
Jestem z pokolenia spać po misiu uszatku, nie przeszkadzaj dorosłym, z pokolenia „ale już!”. Jestem z pokolenia, które obejrzało balladę o Januszku, który tak był umiłowany przez swoją dobrą i durną matkę, że wyrósł z niego bandzior i zły człowiek. Zabrakło dyscypliny, męskiej tak zwanej ręki, a także konsekwencji i miejsca w szeregu (nie znoszę tego określenia).
Mój syn jest z pokolenia eko reni, super niani, patchworku i rodziców wtrąconych do lochów za klapsa.
W kontekście społeczno – medialnym oczywiście, który to kontekst mam aktualnie gdzieś.

Ponieważ im dłużej znam mojego syna, tym bardziej wiem, że nie bite, nie zastraszone, nie szantażowane emocjonalnie dziecko, zawsze będzie chciało negocjować na swoją korzyść. Że nie zna swojego „miejsca w szeregu” i za każdym razem chce je poznać, a potem je oczywiście przekroczyć. Że nie rozumie, „nie bo nie”, i „nie bo tak mówię” i nigdy sam tego nie stosuje. Najgłupszy z głupich, najbardziej absurdalny z absurdalnych, ale zawsze jakiś argument jest. Świat tego małego gościa ma swoje zasady i swoje mechanizmy. Zapalone światło naprawdę przegania duchy spod łóżka.  No tak, coś pamiętam, że duchy wtedy znikają. Buty nie chcą się same założyć z tęsknoty za mamą, co jej nie ma godzin osiem albo więcej. No, tak, wiadomo, jak buty tęsknią w przedszkolu. Spać się nie chce, bo się czeka na tatę. No, dobra. A wylało się niechcący, wysoki sądzie, nie specjalnie, przypadkowo i ostatni raz. Niewinny.
W kwestii wychowania to się zatem sumuje do kilku słów (wypowiedzianych bez zająknięcia, które na pewno pojawi się z czasem) – bardzo cię kocham, mamo.

Nosz, kurna mać. Oddech. Uśmiech. Mruganie oczami.
Ja ciebie bardzo też.  Założymy kurtkę, ok?


Co musiały (z)nosić dziewczynki?

O co chodzi z tym nie ubieraniem dziewczynek na różowo?

Różowy be. Barbie na stos. Spineczki w kropeczki, cekiny i kwiatuszki są passe. Jak one mogą tak do szkoły?! Te lolitki, te, a kysz, tfu, małe demony, od których nawet pan od etyki się poci. Biedny, nie zrobi nic, bo go zaraz pozwą. A czy one nie za wcześnie współżyją, nie za wcześnie żyją? Nie są za bardzo świadome? Że prezerwatywa to nie balon? A że szminka to nie kredka?

 Nie wiem. Nie wiem, nie jestem pewien. Ale ja byłam niegdyś dziewczynką i  ta dziewczynka to była totalna porażka. Nadaje się tylko na zapomnienie, na zakopanie i pochowanie.

Co musiały znosić dziewczynki?

Kompletną nieznajomość swojego ciała. Nikt nie zajmował się wyjaśnianiem nam, czemu jednym cycki rosną, a innym nie. I czemu, jak się rośnie szybko, to skóra pęka w jasne wąwozy rozstępów i co z tym zrobić. Ania z Zielonego Wzgórza miała tylko piegi, a Pipi nie miała taty. Żadna z nich nie miała PRL-u.

Fartuszki, spódnice w kratę i zielone koszule. Wlokłam się do szkoły, obudowana tym pancerzem jak 3PO z Gwiezdnych Wojen. Kanciasta, brzydka osoba. Różu ani żu żu.

Cera. Biała jak ściana z wykwitem młodzieńczego trądziku. Na korytarzu w podstawówce wisiało duże lustro w drucianej oprawie. Miałam takie ścieżki, żeby je ominąć. W łazience, myjąc dłonie, patrzyłam w dół – na mydło, na szare tenisówki i postrzępione krawędzie fartuszka.  Rosła mi gula z łez w gardle i szłam na ruski. Nikt mi wtedy nie powiedział o clerasilu, podkładzie, fluidzie, korektorze, błyszczyku, ani tuszu do rzęs. W końcu miałam tylko 13 lat. Należało mnie nauczyć jak zakładać maskę gazową, śpiewać po rosyjsku buswiegda budziet sońce, a po polsku ojcze nasz któryś jest.

Miesiączka. Coś pomiędzy szokiem, obrzydzeniem i wstydem. Zamknęłam się w łazience. Mama, w dobrej wierze, obdzwaniała całą rodzinę. Halo?! Międzymiastowa?! Ma okres!! Tak się cieszymy!! Zatkałam uszy watą.

Absolutny hit – czyli pan od nauki jazdy. Miałam 17 lat, więc zdążyłam się zorientować, że jestem dziewczyną. Pan od nauki też się zorientował. Taki z niego był żartowniś. Lubił sobie pogadać, o tym, co mu się śniło. Podpytać, co mi się śniło. Lubił też porównywać drążek od biegów do różnych ogonków i takich tak. No, mówię wam, jaki śmieszny. Stary obleśny zbok!!

Oczywiście on tylko gadał, a ja nie miałam pojęcia, że to też nie jest ok.  Do głowy mi nie przyszło, żeby to zgłosić do gazety lub choćby do świadomości własnej osobistej matki przy obiedzie.

Także – dziewczynkom bym dała różu, ile chcą. Nawet różowe tampony (nie, kochanie, od tego się nie traci dziewictwa). A tu masz różowy dyktafon i różowy paralizator – jakbyś miała powód, to użyj. A poza tym, królewno, tak – jesteś dziewczynką. Enjoy!


%d blogerów lubi to: