Tag Archives: dziecko

Miłość

Może za bardzo się nad nim rozczulasz, mówi mój mąż. Łagodnie mówi, nie powiem, nie można się przyczepić. Naprawdę tak myśli. Że za dobrze ma. Za dobrze. Myślę, obracam te słowa w głowie. Próbuję je jakoś przyłożyć do własnego dzieciństwa. Czy było mi za dobrze ,czy niewystarczająco dobrze, a może w sam raz dobrze, nie wiem.

Jeśli będziemy twardzi, konsekwentni, mówi mój mąż. Mówi z troską, nie powiem, szuka rozwiązania albo jakiejś procedury na stres dziecka. A może trzeba go zapisać na judo, mówię niepewnie mieszając cukier w herbacie. Wakacje trwały za długo. Były za dobre. Za słodkie.

Wyjeżdżam na dwa dni. Zostają. Ojciec i syn. I nowa forma życia – dyscyplina, chłodny chów. Kiedy dzwonię wieczorem, słyszę że poszedł spać jak w zegarku. To dobrze, mówię. Dobranoc, wyśpijcie się, mówię.

Potem przez cały dzień nie myślę o nich tak mocno, bo przecież co z oczu. Długo jadę pociągiem. Zamawiam żurek w Warsie. Za oknami jest szare popołudnie, w żurku pływa jajko. Jadę i jadę i czuję, jakby mnie długo nie było.

Klucz wkładam do zamka bez światła, na pamięć. Boli mnie ramię od uwieszonej na mnie torby. W pokoju dziecka nie ma dziecka. Leżą we dwóch na kanapie wśród walających się zabawek. O mamo, mamo, czekamy na ciebie. Tata mi opowiada bajki. Ciekawe, jak opowiada, jak śpi. Nie ma ślady dyscypliny. Jest patyczek po lizaku. W jednym chłopcu musi się zmieścić tyle miłości.

Rano prawie, że moglibyśmy się nie spóźnić. Wyjedźmy gdzieś jeszcze, jeszcze na trochę, przedłużmy wakacje, mówi mój mąż zaciskając sobie uprząż z krawata. Tak, jedźmy, jedźmy, krzyczy młody.


Wszystko będzie dobrze

Coś mi jakoś nie wychodzi. Konkretnie większość. Przytłaczająca większość tej jesieni mi nie wyszła. Jestem niekompetentna na polach i w obszarach. Godzenie obowiązków hak strzelił. W robocie robota leży, kupiłam do domu mrożone frytki za cztery dziewięćdziesiąt. Placówkę edukacyjną wybrałam nieodpowiednią. To znaczy, placówka jest cacy, tylko dziecko stwierdza, że nie będzie uczęszczać, trzyma się ławeczki. Nie wiem, nie rozumiem, dlaczego. Przecież powinnam rozumieć. Kto, jak nie ja. Pouczona przez wszystkim, że mam być twarda, jestem miękka. Rozklejam się dopiero na schodach. To bardzo niebezpieczne. Czy firanki to się pierze? pyta mąż, patrząc uważnie na wiszące w oknach szare falbany. Popsuł się kran i kapie. Mam w głowie jakąś dziurę i się przez nią sypie.

Wszystko będzie dobrze. Takie są wrześnie, mówi moja teściowa. I ja wiem, że ona wie, że ja to mam. Te wrześnie. Opalenizna już zeszła, ale zdjęcia słońca jeszcze w telefonie. Budzik. Dzwonek. Sms od operatora. Wieczorem napływa chłodne powietrze polarnomorskie. Nie przygotowałam się. Kurna, tego się nie spodziewałam. Całuję mokre policzki. Wszystko będzie dobrze. Takie są wrześnie. Zbiegam po schodach. Łzy o smaku frytek.

 


Apteka

Na górze. Chmury ciężkie od śniegu, który się prosi o użycie brzydkich wyrazów. Problemy globalne od Watykanu do tefałenu i talent szoł o dwudziestej. Na dole my. Jakoś się trzymamy. Na pasach na przejściach. Na wszelki wypadek. Chodzimy tu i tam za rękę. Poszliśmy do apteki na rogu. Przed wejściem, w zaparkowanym samochodzie płakała dziewczyna. I płakał z nią chłopak.  W samochodzie przed apteką. Kolejka była taka sobie. Kredki dla dzieci były, ale tylko połamane i nie rysowały. Rękawiczki miałeś małe i mokre. Pan klient w kolejce pachniał jak przedział pekape dla palących. Pani klientka mówiła do telefonu, że gdzie jesteś, bo ja w aptece. Zbierałeś ulotki w temacie  osteoporozy i dotykałeś szyb, żeby pani magister miała więcej roboty.  Z tamtego samochodu nikt nie wychodził. Ja nie patrzyłam. Leków była mało, rachunek był średni. Polopiryna dojelitowa. A krople dla dzieci. Takiego pięknego syna urodziłam. Tak wzięłam po prostu, wzięłam i urodziłam. Za pierwszym razem, za pierwszy podejściem do czegokolwiek. Się nie prosiłam. Wziął mi brzuch urósł, potem mi zmalał. Potem poszliśmy do apteki. Za rękę. Po śniegu w marcu. Potem wytarliśmy nosy i otrzepaliśmy rękawiczki. I poszliśmy z powrotem. I nikt nie podejrzewał że to był cud, że dzieci się rodzą, bo nie wszystkie. Tylko ja i tamci z samochodu.

Może się mylę. Nawet jeśli się mylę, to i tak mam rację.


Ram pam pam

Ranek był słoneczny. Promyki słońca wpadły do pokoiku. Skakały po pościeli świetliste zajączki. Po stópkach bosych. Po misiach i jeżyku.
Wstawaj, taki piękny dzień. Budzą się paluszki, brzuszek się budzi,  i rączki…  Hop z łóżeczka, chyżo, pędem do łazienki. Rześką wodą oczka, nosek, gluty, fu, ząbki. Ach, jak wspaniale. Kolejny dzień. Karteczkę z kalendarza zrywamy. A jaki to mamy bon mot na dziś? Kalendarz mówi: naucz się grać na jakimś instrumencie. Hej ho. Wspaniała rada. Nie mam co robić, tylko jeszcze się uczyć grać. Naprawdę.
A co to za golasek nieubrany? Majtki nie na głowę, tylko na… hahaha, jaki żarcik. No już, ubierz się, bo my tu sobie tak śmiesznie żartujemy, a przecież mijają minutki od pobudki.

Pora na? Śniadanko. Jajeczko, grzaneczka i czerwony muchorek. Haha żarcik, pomidorek. A ty wiesz co pomidorki robią w brzuszku? Jakie to witaminki im tam pompują? Taaaaakie duże.

Tam ta ram. A gdzie się schowały buciki? Ja piórkuję, gdzie one są. Ach, tu się schowały. No po prostu to by było bardzo śmieszne, gdybyśmy nie byli tak spóźnieni. Więc już nie chowaj bucików tylko… Jeszcze raz? Nie, już nie. Tak. Nie. Tak. Nie. Tak. No, dobrze, ostatni raz.

Hahaha, buciki schowane. Nie mogę.

Teraz jeszcze mały wyścig. Jasne, ja uwielbiam wyścigi. Znowu wygrałeś. Takiś szybki. Matka pokonana.

Do furteczki do przedszkola, nie idź w śnieżek, nie…. nie, no, zajebisty orzełek, to znaczy fajny, tylko teraz jeszcze ten śnieżek, kurka wodna, masz nawet pod czapeczką. A tam już dzieci śpiewają, rysują. A gdzie buciki. Jak to się schowały?
Znowu?!
No coś ty. No ci dopiero. Gdzie one mogą być?
Są. Rozbierz się słoneczko, bo mi pot plecach cieknie i może mi się antyperspirancik nie sprawdzić. Tak to już jest, człowiek się musi ubierać i rozbierać. I tak całe życie.

Pomacham ci, jasne. Macham papapa, buziaczki. Śmieszne minki. Groźna, wesoła, groźna, wesoła. Hehehe. Papa.
Pa.
No pa.

Pan woźny odśnieża plac zabaw. Mam taką fantazję, że podchodzę do niego i pytam:
– Masz pan co zajarać?
A on odkłada tę taką łopatę wyprasowaną i wyjmuje z kieszeni szlugi bez filtra w miękkiej paczce. Rozglądam się po placyku i mówię:
– Ale nak*****iło tego śniegu przez noc, ja pie****ę!

 

 


Dziewcyno, dziewcyno

Stwierdził, że narty nie są fajne. W ogóle. Choć rano, kiedy dostał w wypożyczalni srebrny kask, to chciał. A teraz nie. Na nic sugestie, prośby, zachęty i subtelne szantaże. Nie i nie. Było koło południa, śnieg prószył, herbata z sokiem malinowym parowała na mrozie niczym wulkan przed. Dzieci śmigały z góry. Szybciej niż ja jeżdżę na rowerze.
Dziewcyno, dziewcyno, cemu ześ taka smutna? Nie jestem ci ja smutna, ino te góry takie piękne. Aż ciężko.

Była pierwsza. Zjedliśmy frytki smażone na starym oleju. Dużo ketchupu zabiło smak. Śnieg prószył, zasypując brzydotę i robiąc klimaty. Dzieci stukały butami narciarskimi o drewnianą podłogę karczmy. Było wpół do drugiej i poszliśmy oddać narty.

Po drodze stwierdził, że raz to on może jednak spróbuje. Puściłam go i kawałek pojechał.  Wygrzebałam go ze śniegu i rozplątałam nogi. Dziesięć razy a może sto. Pot spływał mi po plecach. Koło drugiej. Zjechał sam. Między trzecią a wpół do czwartej nauczył się skręcać, wstawać i korzystać z wyciągu. O czwartej odepchnął moją pomocną dłoń, a o wpół do piątej jeździł lepiej niż ja.

Śnieg zamieniał się w wodę. Na czerwonych policzkach.
Dziewcyno, dziewcyno, cemu ześ taka smutna? Nie jestem ci ja smutna, tylko jestem taka  śniegiem zasypana matka dumna. Aż głupio.


Kinderbal

Tort ze ScoobyDoo. Od rana tralala. Biszkopt. Krem. Bita śmietana. Konfitury z malin. No i Scooby. Smakuje jak coś, co trzeba zjeść. Smakuje jak bez dokładki. Jak efekt napięcia się matki. Jak obietnica czegoś dobrego. Nie wiadomo czego. No… nie jest zbyt dobry, jednym słowem. Dzieci biją się balonami. Krzyczą. Pan animator coś mówi. W każdym razie rusza ustami. Coś mi się zdaje, że ten pan nie da rady.
Siedzimy przy stole. Czekamy na koniec. Nikt nie je ciastek i nie pije soku, które kupiłam w hurtowych ilościach. Wszyscy mamy ochotę na wódkę i ogórki. Dzieci biegają. Mają mokre kosmyki włosów za uszami. Rozmawiamy. W każdym razie ruszamy ustami.
Niektórzy z nas są zadowoleni. Niektórzy mniej. Niektórzy palą papierosa na zewnątrz i mają powody do płaczu. Dorośli nie płaczą o godzinie piętnastej trzydzieści. Pan animator jest blady.
Wszystko jest ok.
Ja wyglądam? Na zmęczoną? Ależ ja dziś tylko piekłam i planowałam. Planowałam i piekłam.
Przestańcie piszczeć dzieci, bo wam pourywam, to znaczy… pozabieram wam baloniki. Tu się pobawcie. O tu, kredki sredki. A tu się rozlało, nie szkodzi. To się zmyje. Mopem albo ścierką.
W Nowym Jorku samym? Co ty nie powiesz? Przepraszam, że się tak dziwię, ale wydaje mi się, że Nowy Jork nie istnieje naprawdę. Tym trudniej mi sobie wyobrazić, że właśnie wróciłeś. Ciszej, kochani, biegacie, a się komuś coś stanie, to ja nawet nie wiem, gdzie tu szpital.
Może tortu?
Chodzi już synek? Co ty nie powiesz? I mówi „mama”. No to masz przeje…fajnie.
Jakie masz ładne to tu przypięte. Gdzie kupiłaś. Gdzie byłaś?
Tak, naleję ci piciu. Oczywiście. Ale nie piszcz tak. Ibuprom mi się kończy.
Stooo laaat!
Tak, kochanie, jest ok. Jak to w ogóle razem nie wychodzimy? Jak to nie? Przecież właśnie wyszliśmy hej. No nie, teraz ci się zebrało na żal? Wszystko jest ok. Czy ja was nie prosiłam, żebyście przy tym kaloryferze nie biegali?
Co słychać u niej. Jak to się rozstajecie? Może się jeszcze jakoś ułoży. Może warto spróbować. Przebaczyć. Przebaczyć wszystkim wszystko. Nie rościć sobie prawa. Ja gadam jak żona? No gadam, no w rolę weszłam. Wszystko się ułoży. Chcesz tortu?
Słyszę płacz. Czy ktoś słyszy płacz? Nie? Może mi się zdawało.
Pan animator już idzie? Już mu się czas skończył? Czy on się dobrze czuje? Może dam mu tortu na drogę? Uciekł.
Wszystko jest ok.
Dopiero pod drzwiami mieszkania. Przed metą. Na sekundę przed znalezieniem kluczy do mieszkania w siedmiu torbach i sekundę po tym, jak uderzyli piłką w drzwi sąsiada.

Bardzo krzyczałam. Jak wariatka. Furiatka. Kompletnie stuknięta.

Może tortu?


Ten dzień

Polska przegrała z Węgrami 0:1 w towarzyskim meczu piłkarskim, który rozegrany został w Łodzi. Papież Benedykt XVI ogłosił nominacje kardynalskie. Wyż bałkański słabł i przesuwał się na wschód, a znad północnego Atlantyku kierował się nad Polskę strumień zimnego powietrza. Monika wstała z kanapy, bo zaczęła rodzić.

Do terminu zostało jeszcze pełne dwa tygodnie. Torba z ładunkiem małych ubranek i niewiarygodnie wielkich podpasek była gotowa już od miesiąca, ale tak tylko przecież. Nie na poważnie. Czy nie można tego przełożyć? Uprzejmie wnosi się o przesunięcie terminu egzaminu. Nie da się, pani kochana. Wraz z ciepłym i bezbolesnym wodospadem wód płodowych, to już pozamiatane. Kolana masz mokre.

Artur Wichniarek zdobył tego dnia swoją czwarta bramkę w sezonie, zaliczył także asystę, a jego Arminia miała tylko punkt mniej od Bayernu Monachium. Donald Tusk zarzucił PiS, że oparło swoją kampanię na „kłamstwach i oszczerstwach”. Monika myślała: o boże, przez małe, a potem przez duże „B”. Trzęsącymi się palcami odpowiadała na smsa mamy, że co słychać. Pisała, że dobrych snów i że do zobaczenia jutro. „Jutro” stanowiło bardzo dziwne słowo na pięć liter.  Myśli Moniki wraz z pierwszym skurczem potknęły się, beknęły i rzygnęły. Telefon spadł na podłogę. Pomyślała o wysokiej szumiącej trawie. Weszła do wanny.

Amerykański prezydent George W. Bush oświadczył, że jeśli przywódcy międzynarodowi chcą „uniknąć trzeciej wojny światowej”, muszą przeszkodzić Iranowi w wejściu w posiadanie broni atomowej.  Spodziewała się czegoś obcego, ale nie było to nic, czego nie znałaby wcześniej. Wszystko było niestety bardzo znajome. Monika poczuła, jakby wszystkie kace jej życia obudziły się i stały jednym wielkim kacem. Niewyraźny, tlący się wszędzie ból, mdłości. Kuliła się i kuliła. Tylko przetrwać. W bezruchu przetrwać.

Otwarcie wystawy Piotra Bąkowskiego „Billboard Paradise” wywołało niemałą dyskusję. Głównymi bohaterkami obrazów są młode współczesne kobiety, widziane oczami mężczyzny. Monika zastanawiała się, czy tak się umiera? Coś bierze cię we władanie, a ty nic nie możesz zrobić. Tracisz kontrolę. Nic nie wiesz, nie masz do niczego dostępu. Nic nie możesz zrobić. Są takie kobiety, tego była pewna, które są w stanie przejść przez poród, jak mnich przez rozżarzone węgle. Bez poparzeń. Jak przychodzi do rodzenia, to one biorą i rodzą. Potem kładą się w czystym łóżku z dzieckiem i zasypiają. Są gdzieś takie kobiety i ona do nich nie należy.

Pijany i nagi Francuz wszedł nad ranem na dzwonnicę bazyliki świętego Piotra w Rzymie i uruchomił dzwon. Kompilację największych przebojów Spice Girls będzie można kupić w sklepach z bielizną Victoria’s Secret. Monika rodziła w wielkim zaskoczeniu. W totalnym bezruchu. Właściwie to rodzenie odbywało się jej kosztem. Monika nie była w stanie trzymać się wanny. Trzymała się więc ciepłej wody. Trzymała się powietrza. Przez jej myśli przemknęło coś na kształt wielkiej kupy.

Ricky Martin otrzymał miejsce na słynnej Alei Gwiazd w Hollywood. Artysta nie ukrywał wzruszenia. Monika nie pamięta, że mąż ją wydźwignął z wanny. Nie pamięta, że krzyczała, kiedy ją ubierał, kiedy prowadził do windy, układał na tylnym siedzeniu samochodu. Potem powiedział, że krzyczała dokładnie co trzy minuty, jakby była klepsydrą, po której piasek przesypywał boleśnie się w rytm trzyminutowych przerw.

Cena ropy przekroczyła po raz pierwszy w historii granicę 88 dolarów za baryłkę. Monika położyła się na szpitalnym łóżku, przegryzła sobie wargę i urodziła chłopca.


Nikogo

Zniknęły z mapy sklepy spożywcze. Zniknęły daty przydatności do spożycia. Zniknęła pani z wędlin, pani z ryb, pani z kasy nie ma. Nie istnieje. Zniknęły batoniki sprzed kasy, przy których zawsze o jezu. Zniknęły turkające kółka wózka. Zniknęły kotlety, emenemsy, zdrowe i niezdrowe produkty żywnościowe.

Pojawił się na mapie sklep z butami. I ciastka z kawą. I sushi! I jak pada deszcz na asfalt, to asfalt się robi mokry, czarny i dziwnie pachnie.

Tak to wygląda, przyznaję. Jak dziecka nie ma w domu.

Już można by wracać do domu, ale jeszcze nie trzeba. Jest w nim czysto i dziwnie. Nie szumią pralki zmywarki. W lodówce nie ma produktów ani z hipermarketu ani w zasadzie znikąd. Jest dwieście piętnaście kontaktów zapisanych w telefonie. Ludzie po tamtej stronie kontaktów jedzą akurat kolację, oglądają seriale. Zapraszają. Kanapki są z pesto. Serial jest śmieszny.

Nie ma pośpiechu.

Dwie gałki. Pistacjową i truskawkową. Albo nie, waniliową jednak. Omijam szerokim łukiem plac zabaw. Idę tam tamtędy. W zasadzie się okaże, gdzie idę, jak dojdę.  Jak siądę. Truskawkowe kapią na trawę. W trawie są mrówki. Mrówki dzielą się na takie, które się żywią lodami lub nie.

Ja to wiem i dzieci to wiedzą. Ile się traci, ile zyskuje. Jak ich nie ma w domu.


Z żyrafą

Dziadkowi otworzyli ramiona nasmarowane offem. Wstawili garnek na piec. Ścięli drzewo na opał. Wzięli dziecko z lata w mieście. Do lata na wsi.

Wytrzepali kołdry. Przegonili łasice.

Piątek. Pędzę. W myślach. Bo w korku nie. Dziesięć minut. Piętnaście. Pięćdziesiąt. Sto kilometrów. Pięćdziesiąt. Dwadzieścia pięć. Ograniczenie do siedemdziesięciu. Do czterdziestu. Jezu. Pędzę.

W końcu. Ło matko, ile tu się jedzie. I dziury. I komary i gzy. Opędzam się. Dziecko na mnie wisi. Garnki bulgocą. Psy szczekają. Podarli mi bluzkę. Ubrudzili buty. Poczekaj przebiorę się w jakiś łach. Łach pachnie stęchłą szafą. Psikam go dezodorantem.

W nocy nie śpię. Myślę wszystkie dźwięki. Pies podszedł pod drzwi. Są myszy.

Dom śpi.

I chrapie.

Swędzą mnie ukąszenia po komarach.

W dzień budujemy pułapkę na dzikie zwierzęta, choć patyki się nie chcą wbijać w suchą mać. Pokazuję, jak się robiło w peerel widoczki. Szukam szkła i kwiatków. Jak nie kręcę się w kółko w patykach i kwiatkach, to zasypiam. Co chwila, co siądę na ławce, huśtawce, hamaku. Co przysiądę, to śpię. Na mnie kładzie się moje dziecko. Mama nie spij. Muszę dziesięć minut. To śpij. Śpię. Ję. Wbijam kołki. Kopię piłkę. Siadam. Śpię. Co robisz mama? Adaptuję się chyba. To się adapatuj.

W sobotnią noc. Kiedy w wielkich miastach Rihanna zagrzewa do tańca i seksu, ja mam brud pod paznokciami, pachnę starą szafą. Mam słomkowy kapelusz. Mam dwie drzazgi. Rozdrapane do krwi łydki. Jagodowy język.

Mam pułapkę na dzikie zwierzęta. Policzone szyszki i gwiazdy. Spalony trochę trampek. Kto go wrzucił w popiół nie wiadomo. Jedną wizytę w sklepie. Piłkę na drzewie utkniętą. I butelkę piwa, co się chłodzi w studni. Internetu nie mam nawet kilobajta w telefonie. Nie można się połączyć z niczym. Możesz sobie włączyć tranzystorową jedynkę, co nadaje mszę świętą. Mamo, musisz zobaczyć te mrówki. Muszę zobaczyć.

O północy, jak w wielkich miastach na stół wjeżdżają koleżanki przebrane za drinki, ja już dawno śpię. I chrapię.

W niedzielę stawiam garnek na piec. Jestem zaadoptowana. Pająka z rękawa spokojnie wyprowadzam, gdzie jego miejsce. Dziecko zasnęło na ławce. Ma zachód słońca na nosie. Mogłabym mu zrobić zdjęcie, gdybym czuła taką potrzebę. Ale tylko się gapię.

W poniedziałek bladym świtem zmywam z siebie zapach szafy i psikam się fa w kulce. Wyciągam tusz do rzęs. Kluczyki do samochodu. Śpiącego malucha całuję. I jeszcze raz w ciepłą rękę. Kluczyki do samochodu gdzieś podziałam. Są. Klima i muza. I jakaś kawa po drodze. Mama, nie jedź. Stoi cielątko w piżamie na rosie. Piżama jest z żyrafą. Prowadzą do łóżka. Wygładzam usta z podkówki. Smyram, poję, okładam zabawkami. Kluczyki do samochodu. Nie rozmażę sobie tuszu do rzęs. Bo jadę prosto do pracy. Co ją mam. To do niej jadę. Nie rozmażę se teraz tego oka, bo mi się skapnie na kołnierzyk biały. Pojadę, coś porobię, zarobię. Nie ma powodu. Żeby mi ściskało płuco i serce. Uśmiecham się jeszcze przez szybę, choć makijaż już chuj strzelił. I kapie mi na bluzkę białą. Dwadzieścia pięć, Pięćdziesiąt, sto kilometrów.

Pięć dni.


Turystka

Jak dzieci były małe. Kobieta zawsze pamięta. Baba czy nie taka baba. Stara czy nie taka stara. Włosy siwe albo nie takie siwe, pokryte kasztanową farbą.  Pamiętają organy organoleptycznie. Jak poczują dziecko, to od razu. Sutki w stanikach kurczą się ze strachu. Chrapy wietrzą zapachy. Uszy wietrzą dźwięki. Ramiona się otwierają. Jak dzieci były małe. Człowiek wiele  nie myślał. O tym, o czym teraz myśli. Nie rozpamiętywał. Czasu nie było. Jak dzieci były małe, inaczej się było. Inaczej się jadło. Przy dzieciach, po dzieciach. Owsiankę.

Jak dzieci były małe, inaczej się żyło. Choć nie łatwo, ale tak jakoś. Męża trzeba było pilnować. Alkoholika w mordę jego. Po cichu marzyło o błyszczących bucikach, w których wracałoby się nad ranem do domu. Marzyło się.

Teraz pantofelki oczywiście można by już sobie sprawić.  Teraz. Mieszam w garze zupę. Bez przymusu  już mieszam zupę, jaką chcę. Sama sobie gotuję. Mieszam swoją zupę. Dzieci duże. Chłopcy studenci, panowie, firmy prowadzą. A córki ciężarne.  Jaki fajny ten maluch. Chodź tu. Dam ci coś. Mam serce używane. Jeszcze do czegoś by się nadało. Na talerzu, z masłem z cukrem, masz weź, nie mam co z nim począć. Tak mi przypominasz.  Jak dzieci moje były małe. Jak były moje.

Teraz gdybym miała. Gdybym teraz miała małe, to bym tylko chciała widzieć,  jak się śmieją. Mniej bym im kazała. Mniej bym chciała od nich. Chciałabym tylko usłyszeć, poczuć, jak się śmieją. No, zupa gotowa. Zjem i idę. Idę znikam. Wrócę albo nie wrócę. Znajdę czy nie znajdę. Pani zostaje? No tak pani zostaje. Pani się zaopiekuje. Pożywi się owsianką, otworzy ramiona. Do widzenia.


%d bloggers like this: