Tag Archives: jesień

Wszystko będzie dobrze

Coś mi jakoś nie wychodzi. Konkretnie większość. Przytłaczająca większość tej jesieni mi nie wyszła. Jestem niekompetentna na polach i w obszarach. Godzenie obowiązków hak strzelił. W robocie robota leży, kupiłam do domu mrożone frytki za cztery dziewięćdziesiąt. Placówkę edukacyjną wybrałam nieodpowiednią. To znaczy, placówka jest cacy, tylko dziecko stwierdza, że nie będzie uczęszczać, trzyma się ławeczki. Nie wiem, nie rozumiem, dlaczego. Przecież powinnam rozumieć. Kto, jak nie ja. Pouczona przez wszystkim, że mam być twarda, jestem miękka. Rozklejam się dopiero na schodach. To bardzo niebezpieczne. Czy firanki to się pierze? pyta mąż, patrząc uważnie na wiszące w oknach szare falbany. Popsuł się kran i kapie. Mam w głowie jakąś dziurę i się przez nią sypie.

Wszystko będzie dobrze. Takie są wrześnie, mówi moja teściowa. I ja wiem, że ona wie, że ja to mam. Te wrześnie. Opalenizna już zeszła, ale zdjęcia słońca jeszcze w telefonie. Budzik. Dzwonek. Sms od operatora. Wieczorem napływa chłodne powietrze polarnomorskie. Nie przygotowałam się. Kurna, tego się nie spodziewałam. Całuję mokre policzki. Wszystko będzie dobrze. Takie są wrześnie. Zbiegam po schodach. Łzy o smaku frytek.

 


Ostatni miesiąc w rankingu

Co roku listopad zaczyna się od zgubienia jednej rękawiczki. Następuje kryzys w związku – jedna rękawiczka marzy o domu, a druga o dalekich podróżach.  Rozstają się bez mojej wiedzy. Podnoszę sobie ciśnienie jak cyberpunkowa pielęgniarka. Kawą, biegiem za autobusem, kieliszkiem, spotkaniem, uczynkiem i zaniedbaniem.  Dłonią bez czucia piszę sms. To ja. Powiedz mi coś ciepłego. Nie wiem co. Byle w odpowiedniej temperaturze. Giw mi fiwer. Wiadomość dostarczono.
O czwartej po południu zapada noc. Udaję zadłużonego Greka.  Że co? Że jak? To dopiero połowa dnia. Jeszcze tyle się może wydarzyć do dwudziestej pierwszej, drugiej, a może nawet i trzeciej.  Masz jedną nową wiadomość. Wprawdzie od operatora sieci komórkowej, ale to zawsze coś. Świat nie śpi. Operator sieci nadal cię chce
Trawnik jest martwy. Drzewa są łyse. Zapanował bezkolor. Święty Mikołaj przeciera ze zdumienia oczy, że już jakiś oszołom wystawił go w witrynie sklepu. Kazik i Kasia Nosowska ładnie śpiewają, że jest słabo, ale humoru to raczej nikomu nie poprawi. Pod apteką darmowy koncert kaszlu daje cała kolejka. Młody obraził się na swoje buty, bo są ocieplane. Zapisałam się do biblioteki i mam grubą, niebieską książkę. Ma w tytule lód. Jak co roku, nikt mnie nie rozumie. Złamany nikt.
Sylwester w Polsacie z Marylą Rodowicz brzmi obiecująco. Nie mam kominka, ale mam fejsbuk. Porządkuję kontakty w dwie grupy: ci, co chcą mieć dzieci, a nie mają, i ci co mają, a już nie chcą. Porządkuję myśli w głowie w dwie grupy: cyniczne i banalne.
Jak wiadomo, listopad składa się w nieskończenie krótkich momentów. Są tak krótkie, że prawie ich nie ma. Należy trzymać fason, zatamować krwawienie, nie rzęzić, zapobiegać miejscowo i tymczasowo.

Masz nową wiadomość. Jest ważna, dlatego wrzuca ją od razu do spamu.
Piszesz zza siódmej góry email, że tęsknisz za polskim listopadem! Nie wiem czemu, ale doskonale cię rozumiem.


Odjazd

Wiecie, jak to jest pojechać skrótem? Zawsze wychodzi dłużej. Ale mnie się chciało skrócić  i wjechałam w jakieś małe miasteczko. A miasteczko było w remoncie i miało żółte strzałki „objazd”. Pojechałam za strzałkami. Poprzez miedze. Poprzez łąki. Poprzez leśne ścieżki wąskie. No i w końcu zobaczyłam! Na własne, zakurzone miejskim syfem, oczy – jesień. Gdyby nie to, że opisy przyrody wyeksploatował już niejeden Żeromski, można by pisać i pisać, jak to jest, kiedy jeszcze zielono, a już żółto, kiedy krowy prawdziwe i psy srające na polu. Jeziorko zarośnięte jakimś zielonym szlamem. Wspaniałe. Ależ mnie trzasnęło z zaskoczenia tą przyrodą, prosto w czachę,

Na sznurkach małe sweterki, zardzewiałe małe rowerki. Dziobane przez oryginalne eko kury. Czy młody mógłby się nudzić siedząc cały czas na dworze?  W swojej naiwności myślę, co mogłoby być tak ważne, żeby chcieć stąd się wynieść i mieszkać w mieście. Pewnie coś w stylu karate, hiszpański i logopeda. Praca, chleb, kino, komputery, smog i obcy ludzie wszędzie.

Pociąg do chłopstwa polskiego i stodoły. Miastowstęty, czyli being trendy. Kredyt na chatę w lesie i obowiązkowo samochód terenowy spalający średnią krajową w tydzień. Niezbyt oryginalne efekty starzenia się.

Ale wizja młodego popylającego po żywej ziemi, jest jak obraz raju z gazetki zielonoświątkowców.

Nawet ja jestem w tym obrazku. W kaloszach. Podnoszę z ziemi jabłko, wycieram o jakąś kwiecistą sukienkę. W ogóle wyglądam jak Kate Winslet. Jestem okrąglutka jak dojrzała śliwka. Na sznurku wiszą sweterki. Nie myślę o nierównych chodnikach, bo nie mam chodnika. Myślę o deszczu. Że albo powinien być albo nie. Myślę o tobie. Że zaraz będziesz…

Żółta tabliczka – koniec objazdu. Odjazdu. Warszawa 23 km.


Wesołe mnie nie rusza

Chciałabym pisać wesoło i ku pokrzepieniu serc. Także czekałam cierpliwie, aż mi się taki wpis skomponuje. Ale się nie skomponował. Wesołe mnie nie rusza. Niewesołe natomiast rusza mnie bardzo. Rezonuje we mnie. Leci jak dobrze ułożone domino. Niewiele mi trzeba, żebym nakapała do gara zasmażkę łez. Potem podała, posprzątała i schowała się w wannie. Nic mi nie jest.

Nic jest mi cały czas.

Takie zachowanie się w pop języku nazywa weź nie przesadzaj, w staropolskim nie rób z igły widły, a w psychiatrii to jeszcze nie wiem jak się nazywa, ale pewnie się dowiem. Także jak tylko woda wystygnie, wracam ładnie do życia, żeby jeszcze włożyć naczynia do zmywarki i poczytać na dobranoc, nie emanując, w miarę możliwości, toksyczną matką. Elmer wprawdzie czasem rozmazuje mi się niebezpiecznie w jedną kolorową plamę, ale to pewnie astygmatyzm.

A kiedy mi przyjdzie się pogodzić z tym stanem rzeczy, nie wiem.


Znowu

Raz staruszek, spacerując w lesie, ujrzał listek przywiędły i blady,

I pomyślał:

o fuck!!

 

Jesień nie kojarzy mi się z:

długimi wieczorami przy kominku,

ani nocnymi rozmowami, ani niczym innym nocnym

ani ciepłą herbatą malinową,

ani hasaniem w kolorowych liściach,

ani Bieszczadami,

ani Krakowem,

ani żadnym innym wierszem.

 

Jesień kojarzy mi się z:

chorobami przeskakującymi z jednego  żywego organizmu na drugi,

lekarzami o obojętnym spojrzeniu,

klaustrofobią mieszkania z oknami na północny-wschód (!),

miotaniem się pomiędzy ścisz ten telewizor a o której będziesz,

zamrożoną porcją obiadową, nie zapomnieć należy wyjąć z lodówki wieczorem,

mamo, nudzi mi się,

mamo, czemu jesteś zła,

o co ci chodzi,

źle wyglądasz,

już o tym rozmawialiśmy

znowu?

 

Jadę samochodem, a chmury muszę zmazać z maski wycieraczkami.  Zęby mi szczękają ze strachu. Zaraz się zacznie. Zaraz się kurna znowu zacznie!! Tsunami mnie do września, a ja młócę ramionami wstecz . Do lipca do czerwca i do kwietnia.

Z tego, co pamiętam, ledwo dałam radę last christmas. Teraz już chyba nie dam. Może zatrudnię się w kasynie w Tanzanii? Młodego zawinę w koc Masaja. Mają tam przecież jakieś przedszkola, jakieś mamba nianie. O boszsz. Spokojnie tylko.

Zarygluję się w sieci. Podłączę sobie kroplówkę. Będę miała cztery awatary. Tu wkleję palmę. Tam kanapę postawię dla ciebie i dla ciebie. Tu, proszę – drinki z parasolkami. Tu sałatka z ananasem, a tu orzeszki z placebo. Tam można jarać. Dzieci mogą pobawić się w kąciku zabaw, jest basen z kulkami i mały tygrysek. Muzykoterapia. Aromatoterapia. Dramatoterapia.

Naskocz mi jesień pierwszy wrzesień. Jesu, denerwuję się naprawdę.

 


%d bloggers like this: