Tag Archives: kobieta

Masz czekoladkę?

To przychodzi. Mija. I znowu przychodzi. I mija. Zapytaj każdy zbiornik wodny, większy trochę niż Bałtyk. Jak to jest tak bujać i tak się musieć. Możesz też zapytać mnie. Już ci mówię.

Nagle, rozumiesz, tylko sprzątać ma głęboki sens. Usuwanie brudu do cna. Z powierzchni gładkiej, chropowatej i wirtualnej. Środkami adekwatnymi. Układanie. Pasowanie w pary.  Rękawiczek. Ikon na pulpicie. Kart lojalnościowych w portfelu. Kolorami. Osiąganie pełnego skupienia dzięki kątom prostym. Patrzysz sobie na mnie z racjonalnego punktu obserwacyjnego,  stamtąd to nic nie zobaczysz. Patrzą na mnie dinozaury z półki przy wannie. Od najmniejszego do największego poustawiane.

Mija. Przechodzi. Przepoczwarza się. Mam poukładane, to teraz mogę spokojnie powywalać z szaf. Nie mam się w co ubrać, do jasnej cholery. Ja nie chodzę w sukienkach? Ja ci pokażę jak ja chodzę! Ja, kochany, chodzę w sukienkach i ja chodzę w butach na obcasie i na koturnie albo na obu razem. Mam pierścionki i wisiorki wisiadełka. Choćbym tylko szła do przedszkola, nie możesz mnie nie zauważyć. Kolorowy szal mam taki, kaszmirowy, proszę ja ciebie, godowy. Czy nie uważasz, kochana, że dziś jest taki wspaniały dzień, że mnie coś rozsadzi zaraz? Nie uważasz. Oj, tam, weź się. Uśmiechnij się, przeciwności losu kłody pod nogi ty olewaj i ty się nie martw, tylko carpe diem. Ja jestem optymistyczna? A czemu nie?

Mija. Przechodzi. Przepoczwarza się. Wcześniej czy później pęka. Ta tama. Płaczę, ponieważ nie zadzwonił. Lub zadzwonił, ale w złym momencie. Ponieważ spóźnił się autobus, nie przyszedł mail, ktoś od kogoś odszedł, a ja nie mam biletu na tramwaj! Ponieważ jest sobota. Ponieważ jest dojmująco smutny poniedziałek. Ponieważ już z górki, choć ciągle pod górkę. Ponieważ wszyscy umrzemy, a ja nie mam nawet czekoladki! Oczywiście że jestem świadoma, że to jest nieracjonalne. OCZYWIŚCIE. Nie jestem głupia. Czy ty uważasz, że ja jestem głupia?!

Mija. Przechodzi. Przepoczwarza się. Puchnie. Myśli naciskają na siebie. Czują się grube i nie bardzo chcą być na widoku. Ja nie jestem małomówna, tylko zamyślona. Każdy chyba może być, do cholery, nieco introwertyczny. Do wewnątrz trochę, pod kołdrę każdy ma prawo. Puzzle mam tu takie. Dwieście sztuk. Możemy sobie ułożyć, tylko nie za szybko.

Mija. Przechodzi. Dokładnie dwadzieścia sześć dni.  Już ci mówię, co dalej.

Nagle. Tylko sprzątać ma głęboki sens. Usuwanie brudu do cna. Z każdej powierzchni. Środkami adekwatnymi. Układanie. Pasowanie w pary. Skarpet. Rękawiczek. Kolorami…

 

A ty myślałeś, że to polega tylko na czymś całkiem innym? No, właśnie, jak widzisz, nie.


Chodźmy razem

Pokój nie zawsze wygląda jak na stronie wuwuwu. Właściwie to jest przerobiony garaż, słusznie zauważyłeś. Z widokiem na miejsko-wiejską drogę, a poza sezonem pewnie bardziej wiejsko-miejską.

No, ale skoro się tu już zgromadziliśmy, to się rozpakujmy, to się cieszmy z tych urlopów, z tych chwil wspólnie spędzonych. Idźmy na plażę, nie tysiąc, ale dwa tysiące metrów, niech szlag trafi to ich wuwuwu. Zabierzmy pontony, zabierzmy picie, jedzenie, koce i parasole w pasy. Idźmy wszyscy, chodzenie we dwójkę jeszcze nam zaszkodzi. Popędzajmy dzieci, zachwycone biedronkami i żukami. Zatrzymujmy się na wysypanie kamieni z butów, na zagubione klapki, na picie i kanapki, na siku i kupę. Weźmy się w garść, idźmy i żyjmy na ciepłym jeszcze piasku, nad wodą. Może odżyjemy.

Jest nas pięć dziewczyn, w tym droga E., trzech chłopaków, a dzieci nie da się policzyć, bo biegają. Zróbmy podkowę, zróbmy obóz cygański. Weźmy się razem.

Tam, gdzie woda się wpycha na piasek, jest dół i jest górka. Wszystko, czego potrzebują dzieci. I można im wszystko na maxa. Jest super. Ja tylko kamień noszę. Przyniosłam go i tu. Cały czas, kurcze, go noszę. Jak siadam, jest trochę lżej. Jak biegnę, to mi się telepie w środku.

Gdzieś idziesz. Ja cię nie zatrzymuję. Jest nas tutaj tyle. Można pogadać. Można zajrzeć do zapiaszczonej książki. W tym roku pod honorowym patronatem W głębi kontinuum Jean Liedloff. To się czyta. Się za głowę łapie, jak to czyta. Nie do końca uzasadnione badania dowodzą. Według niej coś dowodzą, a pisze o tym czymś z pasją zielonoświątkowca. Phi i phe, wręcz parskam na takie rzeczy ramionami. A tak naprawdę uwodzi mnie ta książka, bo chcę być noszona na rękach przez Indiankę z plemienia Yequana. Wszędzie. Chcę być zawsze z nią, chcę uczestniczyć w jej życiu pełnym głosów.  Chcę nie mieć kamienia zimnego, tylko chcę żeby normalnie się wszystko działo, naturalnie i bez bólu, w gwarze, bez ciszy, bez strasznej ciszy. Gdzieś poszedłeś. Nieważne.

Moje dziecko takie szybkie, takie Jezusmaria, piękne. Zaśmiewa się. Inne dzieci uruchamiają w nim szósty bieg. Turla się jak zwierz albo coś jeszcze szczęśliwszego w objęciach z córką E, z synem K. Jedynak samotniak.

E. podchodzi do mnie ze swoją czupryną i oczami zmrużonymi od empatii. Trąca mnie ciepłym zapiaszczonym łokciem.

– Gdybyś miała ich teraz dwoje, to byś chyba zniknęła.

E. podaje maluchom czerwone wiaderko. Milczymy. Może E. mnie weźmie na ręce? Może ja ją? Chce nam się płakać. Dzieci polewają nas zimną wodą z wiaderka, więc nie płaczemy.

Każdego dnia rano, zanim się obudzą, idę na plażę. Nie ma fal w ogóle. Jestem sama. Tak już zostanie. Już nikt nie weźmie mnie na ręce i trudno, przecież nie jest źle. Trochę tylko, jak się tak siedzi, to się człowiek rozczula w obliczu pięknych okoliczności. Nie zbieram muszelek ani bursztynów, bo po co. Mam już kamień.  Dźwignijmy się. Trzeba iść. Ja zrobię dziś dzieciakom racuchy na śniadanie, a E. ugotuje im gar zupy. Normalny, partnerski podział obowiązków. Indianki warszawianki. Tyle dobrego. Biegnę. Po drodze kupię litr mleka. Kamień mi się telepie.


Weź przestań

Jak śpiewa Tori Amos. Usłyszałam twój krzyk z drugiej strony góry. O tym myślę, kiedy czytam komentarze na blogu. Że nie jestem sama w tych górach.

Ale czasem się nie zgadzam.

Bariery są w twojej głowie. Padasz na ryj w twojej głowie. Nie gadasz z mężem, co miał być ostoją w twojej głowie. Robisz nudną pracę w twojej głowie. Doceń, rozejrzyj się, zrób jogę i taj czi. Nie zmywaj, zostaw to, brudne naczynia są tylko twojej głowie. Otrząśnij się, idź do psychoterapeuty, bo nie ma co życia tracić na zamartwianie się o głupoty. O samotność i śmierć. Jesteś bażantem na tym świecie. W twojej głowie. Módl się, kochaj i jedz. Nie myśl. Nie analizuj. Nie narzekaj. Słowo zamienia się w czyn. Słowo zamienia się w ciało. Na samym końcu samotny jest ten, kto na to zasługuje. Czy zasługujesz, odpowiedz sobie. No? Przecież, że nie! Zobacz jesteś taka wysoka, a nie taka stara. Ubierz się, odsłoń nogi. Dekolt pokaż. Pokaż, że jesteś tego warta. Potrząśnij grzywką. Powtórz: jestem tego warta. Świat jest otwarty. Chcesz podróżować – kup bilet. Weź i kup. Weź się, no. Jest lato, nie? Oczyść głowę i kup ten pieprzony bilet. Wyjrzyj z tego grajdoła. No, żesz rusz się. Gdzieś, nie wiem gdzie. Do ładnego hotelu. Do stolicy jakiejś europejskiej. Albo do Azji. Azja cię uzdrowi, jak uzdrowiła już miliony. Wrzucisz sobie plaży zdjęcie na profil. Od razu będzie lepiej.

Kobiety są silne. Elastyczne. Ugną się a wstaną. Co się stało, to się nie odstanie. A nic się takiego nie stało. Ot, przemijasz sobie. Inaczej niż byś chciała? To nie chcij. Pomaluj te oczy. Gdzie tak bez pomalunku? Czy byłaś już w najnowszej knajpie na warszawskim Powiślu?

Nie jest tak źle. Popatrz dookoła. Inni mają jeszcze gorzej. A udają, że nie. Śmieją się. Opowiadają sobie o ostatnich wydarzeniach w telewizji. W życiu dziecka o nowej umiejętności plucia. Nikt ich nie kocha, a gadają o trąbach powietrznych, robią kotlety i naleśniki z serem. Z uśmiechem, ty rozpieszczona gówniaro.

Ale ja odmawiam. Subiektywnie oceniam sytuację. Na taką sobie. Delikatnie mówiąc. Bariery w mojej głowie na dziś nie do ruszenia. „Na dziś”, piszę, bo mam nastrój wyjątkowo optymistyczny.

W górach jakby na razie cisza?


Czwarty główny

U niej wszystko jak najlepiej. Tak się cieszy, że jest znowu mamą małego cudnego chłopczyka. Wykrzyknik. Bardzo poleca. Trzy kropki. Starszy syn jest najlepszym bratem, czy ja to sobie wyobrażam. Znak zapytania. Ale to nie wszystko. To nie koniec. Wykrzyknik, wykrzyknik. Przenoszą się do Kalifornii na kilka miesięcy. Czy to nie cudowne. Nie ekscytujące. Dwa znaki zapytania. I wykrzyknik. On dostał tam pracę. Wynajmą mieszkanie na jednej z tych ulic. Trzy wykrzykniki. Tak się cieszy. Cokolwiek życie przyniesie, ona ma ramiona otwarte. Wykrzyknik. Czytam jeszcze raz to zdanie. Cokolwiek życie przyniesie, ma ramiona otwarte. Takie zdanie napisała. Na końcu się jeszcze pochwali. Właśnie się pobrali. Mówiła, że nie, ale że jednak tak. Jednak tak. Wykrzyknik. I uśmiech i trzy kropki.

Co u mnie. Trzy znaki zapytania.

Tak się cieszę…
Kasuję. Nie no, dlaczego kasuję? To głupie. Piszę od nowa. Cieszę się. Że napisałaś. U mnie okej. Mam nową pracę. A praca ma mnie. Poza tym wszystko dobrze. Zdrowie w normie. O pracy już pisałam. Dziecko? No, śpi. Mąż też śpi. Musimy rano wstać. Przyszło lato i pojedziemy nad morze. Jak zwykle będzie ok. Będziemy zadowoleni. Cokolwiek życie przyniesie. Będzie tak samo. Kochana, czasem wydaje mi się, że się rozsypię na podłodze. Nie wiem, czemu tak jest. Próbuję się dowiedzieć. Próbuję się zmienić. Nie mogę. Kasuję.
Piszę.
Coś się stało. Trzasnęły drzwi. Cokolwiek życie przyniesie, mam ramiona zaplecione na sztywno i zęby zaciśnięte. Patrzę dookoła. W moim świecie młode kobiety są w pracy, a stare kobiety są zmęczone.

Myję zęby. Gaszę światło. Dobranoc. Naciągam kołdrę na starą głowę. Wszystko jest, jakie jest. Przyślij mi kartkę z Kaliforni. Ze znaczkiem i normalnie pocztą. To zwykła histeria jest. Do rana. Się zagoi.

Pe es. Ale jak to się pobraliście? Że cię poprosił o rękę na porodówce czy jak. Napisz wszystko jak było. Całuję. Pa.


Niepicie

Najpierw nie pijesz, bo jesteś w ciąży. Potem nie pijesz, bo karmisz (wtedy zresztą nie-picie nie jest twoim największym problemem).  Potem nie pijesz, bo każda, nawet śladowa ilość alkoholu, doprowadza cię do tańca na stole, podczas gdy reszta towarzystwa jeszcze nie dostała rumieńców. Potem nie pijesz, bo jak wchłoniesz kilka kieliszków, to kac w towarzystwie dziecka jest nie do zniesienia.

Ale

Im więcej nie pijesz, tym gorzej znosisz.  Na zdrowie.  Na drugą nóżkę.  Karniaczka i rozchodniaczka.  Język  taki bogaty, taki opisowy. Twarze takie szczęśliwe. I takie nieszczęśliwe twarze. Oczy, które widzą, co chcą.  Coś tam widzą, czegoś nie. Ta pewność siebie. Testosteron we krwi. Promil i czosnek w wydychanym powietrzu hej.

I jeszcze jeden i jeszcze raz. W imię mitów i filmów na których. Prawdziwy mężczyzna pije. Picie prawdziwego mężczyznę upoważnia. Zarówno w kwestii wypuszczenia bestii.  Oraz w kwestii rzewnych wyznań gówno wartych. A także w kwestii zachowywania się jak idiota. Ja mam serce jak piekarnik. Ale ty mnie nie dotykaj. Kontaktu ze mną cielesnego nie szukaj. Nie brataj się ze mnę, bo ja się nie bratam.

W imię tradycji polskiej, ruskiej i bałkańskiej. Dusza słowiańska. Nikt nie wie, co to znaczy. Nikt. Ale kto nie pije, ten kabluje.  Póki my żyjemy.

A trafi się jakaś rodzinna impreza, to dopiero emocje się ujawniają. Wyszedł ochłonąć, na powietrze wyszedł. Za nim ona cicho. Spokojnie tłumaczy. Bo on już jest taki odważny, taki chojrak do niej, że lepiej na spokojnie. Na grzecznie. Mieciu, Waldziu, ty zbastuj trochę.  Wystarczy ci już. Masz tu, usiądź, ochłoń. A on taki bardziej wiking jest teraz. On ma sprawy. Kurrr… ja pierrr…. chuj. Sprawy mam, siadał nie będę.

Wychodzi nie w porę ośmioletnie dziewczę o sarnich oczach. Na mamusię sarnimi patrzy. Na tatusia. Ale tatuś się trzyma. Jest w porzo. Curuś ty moja kochana. W porzo jest. Dzieci z alkoholem nie mieszać. Nie mieszać ich w to. Sami się pobawmy.

Gotuje się we mnie krew jak na wyprawie krzyżowej.  To nie moja sprawa. Nie moja. Ja nie kabluję. Ja potrafię. A jak ja wcześniej potrafiłam. Ale już nie mogę. Nie mogę.

 


Dwie

Jest nas dwie. Jedna bardziej uczesana. Druga w ogóle się nie czesze. Pierwsza jest ambitna, chciałaby docelowo mieć wyprasowaną posadę z emeryturą. Plus delegacje zagraniczne. Druga ma w dupie. I jest leniwa. Jedna docenia chwilę bieżącą i wodę bieżącą. Druga zawsze chce więcej. Więcej niż można dostać na oczy. Ta jest najedzona, mimo to gotuje i podaje. Tamta głodna cały czas, ale palcem nie kiwnie – zje tylko, jak jej się poda.  Co pierwsza oszczędzi, to druga wyda. Raz dwa wyda i jeszcze jej mało.  Jedna się przytuli, zamruczy. Druga prześpi kłótnię na kanapie. Pocałuj mnie w nos. Jedna bez nałogów. Druga pije i pali. Nie oszukuje – aż się nawali. Co jedna napłacze, to druga wyśmieje.  Co jedna wypracuje, druga na to napluje.

Jedna coś wie. Druga coś czuje.

Ni to chore, ni zdrowe. Ni to cień ni to id. Zasypia jedna. A budzi się druga. A zawsze budzi się tamta. A dzień ja wygania, a nocą znów powraca. Jedna i druga mają radykalnie różnie podejście do życia teraz. I przedtem i potem. Oszaleć można.

Zwariować. Nie wiem, czy nie lepiej, gdyby tylko jedna była. Ale która? Która lepsza?


Co słychać?

To już tyle lat minęło. Dekady, człowieku, tuziny lat i jeden wiek już się nawet skończył od tego czasu. Kontakt się urwał. Nie ma o czym mówić. Nie będziemy przecież wspominać szkolnych korytarzy. Sklepiku. Przerw długich i krótkich. Przerw na wagę. Zielonej trawy przed szkołą. Koncertu Sztywnego Palu Azji. Voo voo. Kultu. Lekcji bilarda. Lekcji poezji. Spotkań na cmentarzu. Listów. Listów. LISTÓW. Pochowanych w trzeciej szufladzie od dołu. Matury. Drzwi zdjętych. To nie stowarzyszenie umarłych poetów. Nie ma tego. Nie ma czego. Żałować. Można nawiązać kontakt. Wymienić się słowami. To było w zeszłym wieku. Jesteśmy dorośli. Starzy trochę. Możemy pogadać. Mieć dystans. Co słychać. U ciebie. Jak miło. Jak zajebiście kurwa miło, że miło. Zaraz się uduszę. Oddech mi ledwo płuc dotyka. Ledwo je liźnie. Stan mam krytyczny. Co słychać. U ciebie. Jak dobrze. Cię słyszeć. Co tak cicho mówisz. Zaraz. Muszę. Złapać. Oddech. Zaraz przejdzie zaraz minie. Jak już raz przeszło i minęło.
Nic dziwnego. Wybory nie pozostawiają nas czystych. Jesteśmy pod spodem umazani. Zanieczyszczeni. Skorodowani. Światami równoległymi. W których. W zasadzie to możemy się nawet spotkać na kawę. O tak, jasne, że tak. Na kawę. Na wodę.
Zaraz przejdzie. Ucisk w klacie. Odruch wymiotny. Nawet palce pamiętają wszystko jak było. Nie jest możliwe dla systemu poznawczego człowieka zasymilować fakt, że ktoś może być jednocześnie tak bliski i daleki. Dla systemu obronnego to jest wyzwanie.  Że jest i go nie ma. Poleciał w czarną dziurę. Nie jestem dzieckiem. Potrafię przecież zaakceptować słowo nigdy. Nigdy już. Się nie wydarzy. Oprzyj łeb na kierownicy i oddychaj. Ubezpiecz się na życie, zanim zadzwonisz, głupia.  Kupić chleb. Kupić masło. Kupić książkę. Wrócić do siebie. Zaraz mi do siebie wrócić! Ze szkolnego korytarza.


Gwiazda

Kto nie lubi gwiazdą być.

Takie to było łatwe kiedyś. Wystarczyło, na przykład, mieć czas. Wystarczyło odebrać telefon. Iść na koncert. Umieć trochę pić. Gadać umieć. Wystarczyło dosiedzieć do szóstej rano. Napisać wierszyk.  Znać kogoś, kto jest kimś. Podpalić lampę i przez nią przeskoczyć. Przejść się po śniegu na boso. Wielkie mi halo. Zaliczyć egzamin na kacu. Znaleźć robotę. Objechać jakiś kontynent. Głaski i oklaski.

A potem te zadania stają się nagle jakieś trudne. To się wylewa. Tamto kipi.  A skąd ja miałam wiedzieć, że coś farbuje, a czegoś się nie daje dzieciom.  Rzeczy się brudzą i wypadają z szaf. Na łeb na szyję. Trzeba je prasować.  Żelazkiem rozsmarować słonikom uszy. Zeskrobać węgiel z kotleta. Ten choruje. Ten się obraża. Takie proste to niby miało być. To ma być pomidorowa? My się tak nie bawimy.  Ale zaraz, ja jestem gwiazda, ja umiem… Halo!

Zamiast głasków w tej roli życiowej zbieram w najlepsze wieczory ciszę na sali. Publika gapi się beznamiętnie. Ziewają z nudów, patrzą po sobie niepewnie.  Pamiętacie ją? To ta? Wyglądem coś toto nie przypomina tamtej.

Czasem odezwie się jeszcze jakiś fan.
For fun.


Ty jesteś facet!

Ona:

Wiedziałaś, że tak będzie. Przecież nie zmylił cię marsz weselny w urzędzie stanu błogosławionego. Ani ślub pościelny. Napij się. Może czegoś mocniejszego. Nie jęcz. Masz.

Tu się trzeba w garść wziąć. Głosu wewnętrznego się słuchać. Jak ty nie słyszysz głosu wewnętrznego, to co ja ci poradzę. Masz, zapal to. Może usłyszysz.  Może starzy ci go zabrali, jak myślisz? Wiesz co to jest libido? To sprawdź sobie w słowniku. Wiesz, jak facet myśli, wiesz czym, to ty myśl, też wiesz czym. I będzie super po równo. I nie rycz, na boga ciężkiego, znowu to samo. W kółko. A kto nie chce być zakochany, kobieto. Każdego zapytaj na ulicy, kto nie chce? Idź do ludzi. Mężczyźni, a jak chcesz to i kobiety. Jedno jest życie. A żyć to trzeba umieć.

Ja:

(głosem drżącym) Wspaniały z pani facet, pani reżyser. Jak ten wywiad z panią czytałam, to tak mnie dotknęło co pani mówi, że gazetę przytopiłam. W wannie akurat byłam, tam mam schron i kącik przemyśleń. Poczułam, że ze taka mnie konserwa w sosie własnym, a pani mi tu oczy otwiera, jak fajnie jest w paryżu na kawie z julią binosz. Julia jest tak szczęśliwa, pisze pani, kurcze, że szok. Ja nawet w klasie maturalnej taka nie byłam. Myślę, że ona jest tak ze dwa pokolenia do przodu niż ja i moje koleżanki zza ścianki. Ja tego nie ogarniam, tego polskiego gender. Tyle różnych rodzajów miłości, a jeszcze te opłaty miesięczne dochodzą. To mi zawsze wychodzi na niekorzyść mojej wolności.

I tajemnica egzystencjalna moja jest taka, że  jadę dalej.  Energię przekształcam, niczym elektrownia w pracę, pensję i trochę na bloga mi jeszcze starcza. Wściekłość przerabiam w rosół. Frustrację w bezsenność, co nie jest takie bez sensu, bo zawsze coś do zrobienia jest. Niespecjalnie lubię być kobietą, wolałam być facetem. Jak kiedyś. Ale denerwują mnie takie wywiady i je topię w wannie. Niby przypadkiem. Bo, co się utacham, to moje i z tego akurat zamierzam się trochę cieszyć.  Pewnie umrę bez tych romansów, coś mi się tak zdaje, cholera, do sedna swojej seksualności nie dotarłszy. Ale, gdyby ktoś chciał mi współczuć, to opowiem kawał o kupie i dupie. Czasem mam ochotę być taką, wie pani, wieśniarą niewyzwoloną.

Miło tu u pani na materacu. Chętnie bym jeszcze posiedziała, ale muszę lecieć. Muszę no. Gdzie mój beret?


List motywacyjny

W odpowiedzi na ogłoszenie, które się ukazało, zgłaszam swoją kandydaturę na stanowisko.
Nie jestem pewna, czy jestem dobrą kandydatką oraz, czy spełniam jakiekolwiek wymagania do podjęcia tej pracy. Ale, jak czegoś nie zmienię w swoim życiu, to chyba zwariuję. Posiadam wykształcenie humanistyczne, czyli mało co wiem, ale potrafię to jakoś zakamuflować. Obecnie żałuję, że nie pozostałam przy jakimś praktycznym zawodzie, coś może z gastronomii albo edukacji przedszkolnej, do czego jeszcze nawiążę poniżej.

Swoją karierę zawodową rozpoczęłam na stanowisku od czapy w firmie, której nie lubiłam, dzięki czemu zdobyłam doświadczenie w czymś, co mi nie jest potrzebne i mnie nie interesuje.
Po kilku latach pracy w tym zawodzie, zaczęło mnie mdlić. Na początku myślałam, że to spodziewany efekt wypalenia zawodowego, ale okazało się, że jestem w ciąży. W tej, jakże typowej,  sytuacji wyszło moje całkowite nieprzygotowanie do podstawowych  ról życiowych przypisanych kobiecie. Nie wiem, po co wychowano mnie i wykształcono na osobę niezależną, skoro to wszystko nijak ma się do rzeczywistości.

Dziś pragnę powrócić na rynek pracy, choć nie jestem nawet w połowie tak atrakcyjna, jak studentki ubiegające się o to samo stanowisko.

Moim atutem jest to, że jestem optymistyczna jak nie wiem co. Z prawdziwych problemów to w zasadzie nie mam żadnych. Jak mnie słabość najdzie i na przykład nie wiem, co na śniadanie dziecku zrobić, zawsze szukam pomocy na jednym czy innym portalu internetowym. W temacie zdrowo i pysznie dla dziecka i mamy. W długie zimowe wieczory od siedemnastej do dwudziestej pierwszej zawsze mam pod ręką papierowe rolki, sznurek i czyste pudełka po jogurcie, aby kleić edukacyjne zabawki, które uczą i bawią. Problemy w związku już mnie w zasadzie nie dotyczą. Nie jestem pewna, czy związek mnie jeszcze dotyczy.
Potrafię być samokrytyczna. Zdaję sobie doskonale sprawę, że moje tymczasowe obniżenia nastroju są jakże tymczasowe. Czasem dolegają mi takie drobiazgi jak: rutyna, totalny bezsens, consensus i kompromis, ale wystarczy, że się zastanowię, a już wiem, że prawdziwe problemy mnie szczęśliwie ominęły. Niesłusznie doszukuję się dziury w całym.

Na pytanie, gdzie widzę się za pięć lat, chętnie nie odpowiem, ponieważ wywołuje ono u mnie napad paniki i mam ciemność przed oczami i uciska mnie w klatce piersiowej.

Bardzo chciałabym robić coś wyjątkowego i chciałabym w coś wierzyć i mieć życiową misję, ale nie wiem jaką. Jakąś fajną.
Moim dodatkowym atutem jest komunikatywność i bardzo dobra znajomość języka angielskiego.

Jeśli  Państwo są zainteresowani moją kandydaturą, proszę o kontakt mailowy lub telepatyczny. Do listu motywacyjnego dołączam zdjęcie dziecka, bo jest takie ładne, dużo ładniejsze niż ja. Mam nadzieję, że państwa zainteresuje.
Z góry dziękuję za rozważenie mojej kandydatury i czekam na odpowiedź. Od teraz z poważaniem. T.S.


%d blogerów lubi to: