Tag Archives: małżeństwo

Nie jestem taka

Musimy porozmawiać to taka jakby kwestia z serialu o problemach polskich rodzin, z którymi się możemy identyfikować podczas prasowania. Więc siadaj, widziałam jak to się robi. Siadaj i słuchaj. Musimy porozmawiać.

Poznałam kogoś…
Niezupełnie. Tak naprawdę – znam go od dawna. Ale dopiero wtedy, na tej imprezie integracyjnej, no, w końcu to integracyjna była, co się dziwić. Więc ja z nim. Wtedy. Przeszłam z nim z Mokotowa na Żoliborz! No tak. Dwanaście kilometrów. Trzy godziny. Sto osiemdziesiąt minut. Normalnie, pół metra od siebie, jak kulturalni ludzie. Potem, na rozstajach się rozstaliśmy. Na zawsze. Rano mnie tak nogi bolały, ale nic nie mówiłam. Tylko poszłam po zakupy, jakbym miała skrzydła. Nakupiłam owoców i mięsa i czekolady. Taka byłam głodna.
Ma żonę i małe dzieci. Właściwie od tamtego to się już nie spotykamy. Chyba że na jakimś oficjalnym czymś, że cześć cześć. I wtedy mam coś takiego, że siadam daleko od niego. A on daleko ode mnie. I nie patrzymy w swoim kierunku. Nigdy. Dobra, raz może się spojrzeliśmy. Ale potem już nigdy. Od koleżanek wiem, że uważa mnie za osobę zdolną i godną zaufania. W profesjonalnym sensie, na stanowisku. Małe te dzieci ma. Jedno to chyba jeszcze nie ma roku. Przypadkiem widziałam. To znaczy na fejsbuku. Dobrze, że on sobie jest. Nieprawda, niedobrze. Za dużo o nim myślę.

Śnił mi się dwa razy. A raz, że umarł. Ten sen jest dla mnie jasny. Bo on dla mnie trochę nie żyje.

Nie jestem taka.

 


Martini z lodem

Chłodne wieczory, no popatrz, jak szybko się zimno zrobiło. Zmarzły mi palce w siedem sekund. Myślę, że jest to jeden z tych głupich momentów, że, jeśli mnie nie zapytasz o coś, o cokolwiek, to… No co? No nic. No weź. Stoję przed tobą z pustym kieliszkiem. Nie wzięłam swetra, a mogłam pomyśleć, że się ochłodzi. Boli mnie brzuch. Proszę mnie natychmiast uratować. Raz na jakiś czas życzę sobie być. Dzieciom uciekł zielony balonik. Piszczą. Dzwoni twój telefon ajfon. Piję kolejny, autodestrukcyjny już raczej, łyk Martini. Można to chyba nazwać chwilą słabości.
Klub niewidzialnych dam. Taa dam. Masz to? Ja to mam.

Wspaniały koczek loczek i breloczek. Nikt tu nikogo pod pistoletem nie trzyma.  Siedzimy sobie w kółeczku. Uśmiechamy się, ha, ha, ha.  Obcasy i po cichu trzy ibupromy na tajemnicze migreny. Jedno, dwoje, troje dzieci i milion sześćset tysięcy ugotowanych obiadów. Noji on. Bo jesteś tego warta, phi. Padnę ze śmiechu zaraz.

Czy coś mówiłam, ktoś pyta. Chyba nie powinnam już pić. Martini z lodem mnie nie ogrzewa. Powtarzamy te rytuały, kij wie po co. Kiedy całuję, pachnące perfumami, policzki dam, wydaje mi się, że przez chwilę się rozumiemy. Po co ten żal. Wina jest niczyja. Każdy jest panem swego losu. Miłość to jest słodki kwiat. Sensem życia jest samo życie. Taksówka.


Chodźmy razem

Pokój nie zawsze wygląda jak na stronie wuwuwu. Właściwie to jest przerobiony garaż, słusznie zauważyłeś. Z widokiem na miejsko-wiejską drogę, a poza sezonem pewnie bardziej wiejsko-miejską.

No, ale skoro się tu już zgromadziliśmy, to się rozpakujmy, to się cieszmy z tych urlopów, z tych chwil wspólnie spędzonych. Idźmy na plażę, nie tysiąc, ale dwa tysiące metrów, niech szlag trafi to ich wuwuwu. Zabierzmy pontony, zabierzmy picie, jedzenie, koce i parasole w pasy. Idźmy wszyscy, chodzenie we dwójkę jeszcze nam zaszkodzi. Popędzajmy dzieci, zachwycone biedronkami i żukami. Zatrzymujmy się na wysypanie kamieni z butów, na zagubione klapki, na picie i kanapki, na siku i kupę. Weźmy się w garść, idźmy i żyjmy na ciepłym jeszcze piasku, nad wodą. Może odżyjemy.

Jest nas pięć dziewczyn, w tym droga E., trzech chłopaków, a dzieci nie da się policzyć, bo biegają. Zróbmy podkowę, zróbmy obóz cygański. Weźmy się razem.

Tam, gdzie woda się wpycha na piasek, jest dół i jest górka. Wszystko, czego potrzebują dzieci. I można im wszystko na maxa. Jest super. Ja tylko kamień noszę. Przyniosłam go i tu. Cały czas, kurcze, go noszę. Jak siadam, jest trochę lżej. Jak biegnę, to mi się telepie w środku.

Gdzieś idziesz. Ja cię nie zatrzymuję. Jest nas tutaj tyle. Można pogadać. Można zajrzeć do zapiaszczonej książki. W tym roku pod honorowym patronatem W głębi kontinuum Jean Liedloff. To się czyta. Się za głowę łapie, jak to czyta. Nie do końca uzasadnione badania dowodzą. Według niej coś dowodzą, a pisze o tym czymś z pasją zielonoświątkowca. Phi i phe, wręcz parskam na takie rzeczy ramionami. A tak naprawdę uwodzi mnie ta książka, bo chcę być noszona na rękach przez Indiankę z plemienia Yequana. Wszędzie. Chcę być zawsze z nią, chcę uczestniczyć w jej życiu pełnym głosów.  Chcę nie mieć kamienia zimnego, tylko chcę żeby normalnie się wszystko działo, naturalnie i bez bólu, w gwarze, bez ciszy, bez strasznej ciszy. Gdzieś poszedłeś. Nieważne.

Moje dziecko takie szybkie, takie Jezusmaria, piękne. Zaśmiewa się. Inne dzieci uruchamiają w nim szósty bieg. Turla się jak zwierz albo coś jeszcze szczęśliwszego w objęciach z córką E, z synem K. Jedynak samotniak.

E. podchodzi do mnie ze swoją czupryną i oczami zmrużonymi od empatii. Trąca mnie ciepłym zapiaszczonym łokciem.

– Gdybyś miała ich teraz dwoje, to byś chyba zniknęła.

E. podaje maluchom czerwone wiaderko. Milczymy. Może E. mnie weźmie na ręce? Może ja ją? Chce nam się płakać. Dzieci polewają nas zimną wodą z wiaderka, więc nie płaczemy.

Każdego dnia rano, zanim się obudzą, idę na plażę. Nie ma fal w ogóle. Jestem sama. Tak już zostanie. Już nikt nie weźmie mnie na ręce i trudno, przecież nie jest źle. Trochę tylko, jak się tak siedzi, to się człowiek rozczula w obliczu pięknych okoliczności. Nie zbieram muszelek ani bursztynów, bo po co. Mam już kamień.  Dźwignijmy się. Trzeba iść. Ja zrobię dziś dzieciakom racuchy na śniadanie, a E. ugotuje im gar zupy. Normalny, partnerski podział obowiązków. Indianki warszawianki. Tyle dobrego. Biegnę. Po drodze kupię litr mleka. Kamień mi się telepie.


Zaopiekuj się mną

Kto się boi pani es. Kto nie. Kto mi poda szklankę na starość. Kto mi poda leki. Od złego mnie uratuje, od zawału. Kto mnie uratuje przed alkoholizmem, przed izmem, szlajaniem się. Przed niewłaściwym towarzystwem, kto mnie uratuje. Kto mi w święta kupi bestseller i krem pod oczy. Kto ze mną pójdzie na wesele, jako że z osobą towarzyszącą. Kto mnie przywiezie zawiezie do szpitala, ze szpitala. Na cmentarz. Kto zajmie się zmianą opon z letnich na zimowe, z zimowych na letnie. I potem na zimowe. No kto. Zdrowie mija. Uroda panie. A kto mi potem poda rękę na schodach. Na pasach.

Kto mi powie, co gorsze. Być z tobą czy nie być. Co gorsze. Co lepsze. Na dwoje babka wróży. A jeśli, to kto mi pomoże, jak nie daj boże. Co więcej kosztuje. Co mniej. Ktoś mi podmienił związek na wagę. Na szale bez szału. Bez pytania. Czasem już nie mogę oddychać. Czy to strach. Jak mam, co mam. To przed czym?

Kto tego nie ma, kto ma? Kto się boi? Ja się boję. Kto mi poda herbatę. Idź, połóż się zaśnij. Idż nie myśl. Musisz mieć kogoś, kto ci poda.

 

 


Znowu święto

Czy mógłbyś podać mi proszę nóż? Jeśli możesz. Naturalnie, że oczywiście. Jeśli tak ci na tym zależy. Cokolwiek zadecydujesz. Ważne żebyś była zadowolona.

Kiedyś mówiłeś. Co za gówniany pomysł! Kretyńskie zupełnie. I śmiałeś się jak głupi. Wolałam.

W tym uroczystym dniu życzą nam kolejnych lat w szczęściu. W dniu uroczystym dzwonią do mnie jakieś ciocie wujki. Ładnie im podziękowałam. Dodałam, że ja sobie tego nie życzę. Tak się składa. To nie skarbonka. Na co mi te lata. Na co mi te mantry styczeń luty marzec kwiecień maj.
Mamo, błagam cię w tym dniu uroczystym, to zdjęcie ślubne z półeczki ku*wa! Proszę cię na kolanach, schowaj to. Dlaczego tak mówię? Dlaczego ja tak mówię? Zgaduj zgadula. Czy to jest jakiś sukces przeżyć ze sobą sto lat sto lat.
Żaden problem dla mnie. Żaden! Za sto lat mieć pierścień. I dwa piloty do telewizora.

Mamusiu, jak trudno to powiedzieć. Bo mi na to wychodzi, że on właściwie to się ze mną chyba unieszczęśliwił. Nie płacz. On nie mówi. Ja nie mówię. Dajemy radę. W oczach chłopak gaśnie.

Pociechy z męża. Z męża na baterie. Chodzi gdzieś, coś robi, coś zarabia. Czy możesz mi podać nóż, kochanie, zaraz się pochlastam.

A czy ja mówię o rozwodzie? Nie. Ja mówię że jest słabo. Nie rób mi pijar i nie rób mi fan page. Nic nie mogę zrobić. Nic. Nic zobaczyć jasno nie mogę, dopóki się uzna się stanu rzeczy marnego za marny. Ale nikt tego nie chce zrobić. Nikt nie pyta w tym dniu uroczystym, czy nie myślicie żeby dać sobie spokój? Nikt nie życzy nam terapii, odwyku ani detoksu. Nie. Jest świetnie.

A on? Pierwszy. Z kwiatami leci, z prezentami mi składa, mi życzy. Uprzejmie ubierając słowa w słowa. Z okazji. Drżą mu ręce. Kładzie się wcześniej. Ma sny złe.

A kiedyś machał mi ręką z tramwaju.
Że tęskni już na następnym przystanku. I tego się trzymajmy.


Romans

Głową muru nie przebijesz. Wyżej tyłka nie podskoczysz. Są granice prywatności. Się je przekracza, jedną za drugą, jednocześnie pilnując, żeby jeszcze jakieś zostały. Na granicach,  na ziemiach niczyich, leżą smutne, zmarznięte tematy. Tabu tabu – mówią cicho. Nieostre takie, bo jeszcze nawet nie ponazywane.

Załóżmy, że ja nie piszę o sobie. Z życia osobistego nie czerpię.  Że ja tu opisuję życie  Barbary albo Magdaleny…  Niech będzie, że Barbary.

Basia jest osobą, a jakże – zamężną i fakt ten konstatuje każdego ranka, kiedy rozstaje się z ukochanym na całe dni. I każdego wieczoru, kiedy w końcu może spotkać się, zmęczona a jakże, ze swoim zmęczonym ukochanym. Małżeństwo Barbary rozgrywa się właściwie w jej głowie. W jej głowie niekończące się rozmowy, śmiechy i kłótnie. W jej głowie miłość i lojalność. W jej głowie wyrzuty i łzy, które on potem wyciera w jej głowie delikatnie chusteczką higieniczną jednorazową. W jej głowie on ją całuje i przeprasza. W jej głowie ona mu wszystko wybacza, przez łzy się uśmiecha, macha ręką w jej głowie na te niepowodzenia, na te kłody, co to wiadomo, że zawsze pod nogami się znajdą. W jej głowie wyjaśniają sobie te sprawy i są spokojni.

W jej głowie ona mu mówi jak bardzo go bardzo, sto razy to mówi w jej głowie, żeby grzankę nie drżącą ręką móc mu podać. Nie jest Barbara osobą głupią ani naiwną, aczkolwiek wydaje się, że jest, skoro w jej głowie rozgrywa się ten romans z mężem za męża pojętym.

Nie jest Barbara osobą trudną. Jest taka łatwa. Do zaspokojenia. Jak ślepy na przejściu dla pieszych. Jak bezdomny z puszką.

Taka to historia jest romantycznej Barbary. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.


Spacer bez pieska

Zimowy spacer. Spacer z pieskiem bez pieska. Śnieg skrzypi pod nogami. Krok, krok, zagłusza krzyk, krzyk.
Czasem wystarczy pomyśleć „nie wytrzymam, zaraz wyjdę”. Czasem nie wystarczy.
W zależności od temperatury wrzenia lawy, wychodzi się na chłodno lub na gorąco. Na Skandynawa – but zawiązywany z kamienną twarzą, kurtka, czapka, klucz… Na Hiszpana – bez szalika, ale za to z trzaskaniem drzwiami. Ja raczej na Skandynawa. Sąsiedzi nie lubią trzaskania.

Spacer bez pieska. Odbywa się po nic. Odbywa się bez celu. W kółeczko dookoła bloku, na ile starczy sznureczka.
Pierwsze kółeczko – na tzw. kombajn. Czyli – nic mnie nie ruszy, niech się goni, w dupie to mam, zabiję, wyjadę, zniknę. Lawa kapie na śnieg, psss, psss, syczy. Nogi same bez zachęty.
Drugie kółeczko – na bidulę. Oj zimno, zimno, nóżki mi marzną, kopnę śniegu kulkę. Od bloku do bloku, od drzewa do drzewa, może tu skręcę, e, może tam. Jak mnie kto zabije, będą mieli. Błąka się to to po trawnikach, potyka się o sznuróweczki. Ale lezie. Bo para te tłoki wciąż tłoczy i tłoczy.
Trzecie kółeczko – na wyhamowanie. Czwarte – to już na zmarznięte nereczki. Do domu do domu. Śnieżek dalej skrzypi pod nogami, choć to nie szamoni ani wal de zi. Choć to nie szaleństwo na stoku, tylko samo szaleństwo. Do domu.
Kiedy klateczka wyrośnie przed nosem, to jednak nie do domu. Jednak piąte kółeczko, za przeproszeniem, sobie pierdolniesz. Piąte kółeczko bez pieska jest kluczowe. Zimno i wieje, ale wózeczek i saneczki zahartowały ciało i duszę (nie chcę ale muszę). Zdajesz sobie sprawę, że to, co właśnie robisz, to kołysanie sobie robisz. Sobie samej mamę robisz, jak dziecku. Krok, krok. Robisz sobie spacerkiem bez pieska przerwę, wyrwę w świecie na kołysanie. Już dobrze, krok krok.
Przypomina mi się scena, film, nieważne. Kluczowa sprawa w piątym kółeczku to jest przyswojenie jednej myśli. Że to nie jest moja wina. Nie moja, że słabo. To nie jest moja wina. Oj, taki ze mnie terapeuta z produkcji filmowych, scenariuszy oskarowych.
Światło w oknach, śnieg pod stopami. Ukryte psie gówienka. To nie jest moja wina. Ciii. Krok, krok, kap, kap.
Kiedy wracam bez pieska, jest lepiej. Choć z twarzy wyglądam gorzej. Spokojnie już, na Tybetańczyka, przyjmuję wilgotne cmoknięcia. Gdzie byłaś. Nie odbierałaś. Nie mogłaś?

Być może piesek jest konieczny w sytuacji posiadania rodziny.


Film o miłości

Nie Dirty dancing i nie Titanic. Nawet już nie Kiedy Hary poznał Sally ani Lepiej być nie może. Jeszcze nie Casablanca i nie Fortepian. I nie Co się wydarzyło w Madison Coutry, bo żaden Clint Eastwood tędy nie przejeżdżał. Życie wewnętrzne z powodów oczywistych też, kurna, nie.

Żaden z filmów o miłości nich nie uwzględnia tego, że stoję pod łazienką i siku mi się chce, ale nie mogę wejść, bo bohater romantyczny mi zajął. Scenariusz nie uwzględnia uniesień miłosnych o siódmej rano. Ani tego że 4 letni owoc uniesień zaparł się, że nie wstanie i nie zje. I nie ubierze się. Nigdy.

Żaden z reżyserów nie chce przekazać, że o to niby właśnie o to chodzi w życiu?

Ani brazylijski tasiemiec ani węgierskie kino offowe nie odważy się nazwać tej sytuacji tym… no wiecie czym? Em jak Em? Nie?

Kto by chciał myśleć, że tak to wygląda. Że główny bohater sika, goli się, myje zęby. W lustrze za plecami widzi drzwi, którymi zaraz wyjdzie. Że drugi raz nakłada pastę na szczoteczkę. Nie wie czemu, ale nie chce – on nie chce przez te drzwi wyjść!

Że za tymi drzwiami główna bohaterka stoi z pełnym pęcherzem na zimnym panelu drewnopodobnym?  I że rozpoznaje coś jakby żal. Żal za drugą osobę. Że nie można zrobić więcej niż można. Że rozumie się tej osoby sytuację, jej uwikłanie. Że nie można pomóc czy się jest a czy się nia ma. Że taki to film no i co zrobić.


Znowu

Raz staruszek, spacerując w lesie, ujrzał listek przywiędły i blady,

I pomyślał:

o fuck!!

 

Jesień nie kojarzy mi się z:

długimi wieczorami przy kominku,

ani nocnymi rozmowami, ani niczym innym nocnym

ani ciepłą herbatą malinową,

ani hasaniem w kolorowych liściach,

ani Bieszczadami,

ani Krakowem,

ani żadnym innym wierszem.

 

Jesień kojarzy mi się z:

chorobami przeskakującymi z jednego  żywego organizmu na drugi,

lekarzami o obojętnym spojrzeniu,

klaustrofobią mieszkania z oknami na północny-wschód (!),

miotaniem się pomiędzy ścisz ten telewizor a o której będziesz,

zamrożoną porcją obiadową, nie zapomnieć należy wyjąć z lodówki wieczorem,

mamo, nudzi mi się,

mamo, czemu jesteś zła,

o co ci chodzi,

źle wyglądasz,

już o tym rozmawialiśmy

znowu?

 

Jadę samochodem, a chmury muszę zmazać z maski wycieraczkami.  Zęby mi szczękają ze strachu. Zaraz się zacznie. Zaraz się kurna znowu zacznie!! Tsunami mnie do września, a ja młócę ramionami wstecz . Do lipca do czerwca i do kwietnia.

Z tego, co pamiętam, ledwo dałam radę last christmas. Teraz już chyba nie dam. Może zatrudnię się w kasynie w Tanzanii? Młodego zawinę w koc Masaja. Mają tam przecież jakieś przedszkola, jakieś mamba nianie. O boszsz. Spokojnie tylko.

Zarygluję się w sieci. Podłączę sobie kroplówkę. Będę miała cztery awatary. Tu wkleję palmę. Tam kanapę postawię dla ciebie i dla ciebie. Tu, proszę – drinki z parasolkami. Tu sałatka z ananasem, a tu orzeszki z placebo. Tam można jarać. Dzieci mogą pobawić się w kąciku zabaw, jest basen z kulkami i mały tygrysek. Muzykoterapia. Aromatoterapia. Dramatoterapia.

Naskocz mi jesień pierwszy wrzesień. Jesu, denerwuję się naprawdę.

 


Rozmawiaj ze mną

Te rozmowy. Spisać, wydrukować i dowolnie pociąć. Podzielić się rolami przypadkowo. Nie ma znaczenia, kto co mówi, ponieważ są to zawsze te same kwestie.  Zachmurzyło się znowu. Rozchmurzyło się. Pogoda w tym roku to naprawdę. A dziecko to ile ma? A jaki duży/mały/sprytny/rozgarnięty. A ze szkołą to takie problemy mieliśmy. Cmok cmok. Mlask mlask. Do takiej do śmakiej. A w przedszkolu to naprawdę taki urwis. A to już dwunasta? Już pora. Kanapeczka. Danonek. Zupka. Ulubiona albo nie ulubiona. Jeszcze łyżkę. Jeszcze jedną. Bo deseru nie będzie. Bo nie będzie gofrów. Bo za godzinę, jak będziesz głodny, to już nie dostaniesz. Za babcię. Za dziadka. Oni też nam tak robili, to my teraz wam. Zobacz jak inne dzieci. Nie wstawaj od stołu, jeszcze nie skończyłeś. Nie krzycz. Nie biegnij, bo się zabijesz albo przeziębisz. Ile to się człowiek namęczy, żeby wypocząć. A korki takie, że już się martwię, jak my z tych wakacji wrócimy. Boże jaka jestem zmęczona. Znowu się zachmurzyło.

 

Błagam, stop! Zamknąć paszcze!

Puścić dzieci wolno. Niech nie jedzą. Niech nie śpią. Niech się walą po głowach łopatkami. Niech jedzą piasek. Niech sikają na ślimaki. Bo mamy ważniejsze tematy do rozmów. Bo powinniśmy się skupić na rzeczach ważnych, takich jak ty i ja. I podaj mi rękę. I pocałuj mnie, bo się starzeję, Bo czas umyka równo, Zrozumiesz, jak się zamkniesz. Jak popatrzysz na morze, jezioro, na obsikanego ślimaka. Na brudną twarz dziecka, które zasnęło w pół zdania. To po to tu jesteśmy. Chcę wam powiedzieć. Tak ciężko mi z wami. Tak smutno. Dajcie mi się tym nacieszyć. Bez was jestem nikt.


%d blogerów lubi to: