Tag Archives: mama

Dziewcyno, dziewcyno

Stwierdził, że narty nie są fajne. W ogóle. Choć rano, kiedy dostał w wypożyczalni srebrny kask, to chciał. A teraz nie. Na nic sugestie, prośby, zachęty i subtelne szantaże. Nie i nie. Było koło południa, śnieg prószył, herbata z sokiem malinowym parowała na mrozie niczym wulkan przed. Dzieci śmigały z góry. Szybciej niż ja jeżdżę na rowerze.
Dziewcyno, dziewcyno, cemu ześ taka smutna? Nie jestem ci ja smutna, ino te góry takie piękne. Aż ciężko.

Była pierwsza. Zjedliśmy frytki smażone na starym oleju. Dużo ketchupu zabiło smak. Śnieg prószył, zasypując brzydotę i robiąc klimaty. Dzieci stukały butami narciarskimi o drewnianą podłogę karczmy. Było wpół do drugiej i poszliśmy oddać narty.

Po drodze stwierdził, że raz to on może jednak spróbuje. Puściłam go i kawałek pojechał.  Wygrzebałam go ze śniegu i rozplątałam nogi. Dziesięć razy a może sto. Pot spływał mi po plecach. Koło drugiej. Zjechał sam. Między trzecią a wpół do czwartej nauczył się skręcać, wstawać i korzystać z wyciągu. O czwartej odepchnął moją pomocną dłoń, a o wpół do piątej jeździł lepiej niż ja.

Śnieg zamieniał się w wodę. Na czerwonych policzkach.
Dziewcyno, dziewcyno, cemu ześ taka smutna? Nie jestem ci ja smutna, tylko jestem taka  śniegiem zasypana matka dumna. Aż głupio.


Nie jestem śpiąca

Handynia to taka kraina, w której co czwartek jest tsunami. Stary Kapeć natomiast to państwo bezpieczne i dość zamożne, wbrew temu, co sugeruje nazwa. Wszystko dlatego, że mają  tam zwierzęta, które dają popcorn.
W Brazylii mam stu czterdziestu pięcioletnich synów. Jak się czułam, kiedy ich rodziłam? Czy musiałam ich potem wozić ciężarówką? Kiedy ich odwiedzimy? Mieszkają w Rio. Ale nie de Janeiro, tylko tym drugim.
Czy smutek można wyrzucić do kosza?  Czy koza może wysłać maila? Ile centymetrów ma mój mózg? Czy wiem jak się zachować na przejściu dla PIERWSZYCH? Kto jest ważniejszy: Bóg czy Święty Mikołaj? Czy dusze chodzą w spodniach? Co to znaczy „bezlitosny”? Dlaczego w kanałach nie płynie mleko? Czy życzenia się spełniają…?
Czy ty nie jesteś śpiący,  pytam. Kręci głową, ziewając.

Na bloki spada noc. Zapalają się tysiące żółtych żyrandoli. Pokoje z telewizorem mrugają na niebiesko. Strupy na kolanach szczypią mnie pod rajtuzami, kiedy kucam. Biegłam i się potknęłam, choć mówili, żeby nie biegać, bo się potknę. Puszka po paście do butów, nabita ziemią, musi upaść z odpowiednim dźwiękiem na asfalt. To jest dźwięk prawdziwego skarbu. Ledwo widać białe linie narysowanej gry w klasy. Z piwnic wyłażą koty. Nie chcemy jeszcze do domu spod bloku. Mój blok jest moją mapą. Wiem, w których oknach kto i mniej więcej co, choć tego mnie nie uczyli. Na balkonach powiewają halki i rajtki. Nie mamy żadnej refleksji. W ogóle nas za bardzo nie obchodzi to, co oczywiste. Najważniejsze, że jest ciemno i oni chyba o nas zapomnieli. Super. Zanim nas zawołają. Zakrzykną w mrok, że „do doooomu”, będziemy się tu wgapiać w białe linie. Potem pójdziemy do klatki wolno, stopkami. Na klatce pachnie mokrym kurzem. Żadnym dzieciom już nie wolno być pod blokiem.

Kiedy siadam do kanapek z pomidorem i solą, to w herbacie z cytryną moczę sobie warkocze. I nie jestem nawet zapowiedzą tego, co teraz. Radio dzieciom. Gwizd czajnika. Nic specjalnego naprawdę. Jesteś śpiąca – mama trochę pyta, trochę stwierdza. Nie, opowiadam ziewając. Śpiąca – jakie ładne słowo.

A Wy? Co pamiętacie? Byliście śpiący czasem? Jacy byliście?


Chodźmy razem

Pokój nie zawsze wygląda jak na stronie wuwuwu. Właściwie to jest przerobiony garaż, słusznie zauważyłeś. Z widokiem na miejsko-wiejską drogę, a poza sezonem pewnie bardziej wiejsko-miejską.

No, ale skoro się tu już zgromadziliśmy, to się rozpakujmy, to się cieszmy z tych urlopów, z tych chwil wspólnie spędzonych. Idźmy na plażę, nie tysiąc, ale dwa tysiące metrów, niech szlag trafi to ich wuwuwu. Zabierzmy pontony, zabierzmy picie, jedzenie, koce i parasole w pasy. Idźmy wszyscy, chodzenie we dwójkę jeszcze nam zaszkodzi. Popędzajmy dzieci, zachwycone biedronkami i żukami. Zatrzymujmy się na wysypanie kamieni z butów, na zagubione klapki, na picie i kanapki, na siku i kupę. Weźmy się w garść, idźmy i żyjmy na ciepłym jeszcze piasku, nad wodą. Może odżyjemy.

Jest nas pięć dziewczyn, w tym droga E., trzech chłopaków, a dzieci nie da się policzyć, bo biegają. Zróbmy podkowę, zróbmy obóz cygański. Weźmy się razem.

Tam, gdzie woda się wpycha na piasek, jest dół i jest górka. Wszystko, czego potrzebują dzieci. I można im wszystko na maxa. Jest super. Ja tylko kamień noszę. Przyniosłam go i tu. Cały czas, kurcze, go noszę. Jak siadam, jest trochę lżej. Jak biegnę, to mi się telepie w środku.

Gdzieś idziesz. Ja cię nie zatrzymuję. Jest nas tutaj tyle. Można pogadać. Można zajrzeć do zapiaszczonej książki. W tym roku pod honorowym patronatem W głębi kontinuum Jean Liedloff. To się czyta. Się za głowę łapie, jak to czyta. Nie do końca uzasadnione badania dowodzą. Według niej coś dowodzą, a pisze o tym czymś z pasją zielonoświątkowca. Phi i phe, wręcz parskam na takie rzeczy ramionami. A tak naprawdę uwodzi mnie ta książka, bo chcę być noszona na rękach przez Indiankę z plemienia Yequana. Wszędzie. Chcę być zawsze z nią, chcę uczestniczyć w jej życiu pełnym głosów.  Chcę nie mieć kamienia zimnego, tylko chcę żeby normalnie się wszystko działo, naturalnie i bez bólu, w gwarze, bez ciszy, bez strasznej ciszy. Gdzieś poszedłeś. Nieważne.

Moje dziecko takie szybkie, takie Jezusmaria, piękne. Zaśmiewa się. Inne dzieci uruchamiają w nim szósty bieg. Turla się jak zwierz albo coś jeszcze szczęśliwszego w objęciach z córką E, z synem K. Jedynak samotniak.

E. podchodzi do mnie ze swoją czupryną i oczami zmrużonymi od empatii. Trąca mnie ciepłym zapiaszczonym łokciem.

– Gdybyś miała ich teraz dwoje, to byś chyba zniknęła.

E. podaje maluchom czerwone wiaderko. Milczymy. Może E. mnie weźmie na ręce? Może ja ją? Chce nam się płakać. Dzieci polewają nas zimną wodą z wiaderka, więc nie płaczemy.

Każdego dnia rano, zanim się obudzą, idę na plażę. Nie ma fal w ogóle. Jestem sama. Tak już zostanie. Już nikt nie weźmie mnie na ręce i trudno, przecież nie jest źle. Trochę tylko, jak się tak siedzi, to się człowiek rozczula w obliczu pięknych okoliczności. Nie zbieram muszelek ani bursztynów, bo po co. Mam już kamień.  Dźwignijmy się. Trzeba iść. Ja zrobię dziś dzieciakom racuchy na śniadanie, a E. ugotuje im gar zupy. Normalny, partnerski podział obowiązków. Indianki warszawianki. Tyle dobrego. Biegnę. Po drodze kupię litr mleka. Kamień mi się telepie.


Znowu święto

Czy mógłbyś podać mi proszę nóż? Jeśli możesz. Naturalnie, że oczywiście. Jeśli tak ci na tym zależy. Cokolwiek zadecydujesz. Ważne żebyś była zadowolona.

Kiedyś mówiłeś. Co za gówniany pomysł! Kretyńskie zupełnie. I śmiałeś się jak głupi. Wolałam.

W tym uroczystym dniu życzą nam kolejnych lat w szczęściu. W dniu uroczystym dzwonią do mnie jakieś ciocie wujki. Ładnie im podziękowałam. Dodałam, że ja sobie tego nie życzę. Tak się składa. To nie skarbonka. Na co mi te lata. Na co mi te mantry styczeń luty marzec kwiecień maj.
Mamo, błagam cię w tym dniu uroczystym, to zdjęcie ślubne z półeczki ku*wa! Proszę cię na kolanach, schowaj to. Dlaczego tak mówię? Dlaczego ja tak mówię? Zgaduj zgadula. Czy to jest jakiś sukces przeżyć ze sobą sto lat sto lat.
Żaden problem dla mnie. Żaden! Za sto lat mieć pierścień. I dwa piloty do telewizora.

Mamusiu, jak trudno to powiedzieć. Bo mi na to wychodzi, że on właściwie to się ze mną chyba unieszczęśliwił. Nie płacz. On nie mówi. Ja nie mówię. Dajemy radę. W oczach chłopak gaśnie.

Pociechy z męża. Z męża na baterie. Chodzi gdzieś, coś robi, coś zarabia. Czy możesz mi podać nóż, kochanie, zaraz się pochlastam.

A czy ja mówię o rozwodzie? Nie. Ja mówię że jest słabo. Nie rób mi pijar i nie rób mi fan page. Nic nie mogę zrobić. Nic. Nic zobaczyć jasno nie mogę, dopóki się uzna się stanu rzeczy marnego za marny. Ale nikt tego nie chce zrobić. Nikt nie pyta w tym dniu uroczystym, czy nie myślicie żeby dać sobie spokój? Nikt nie życzy nam terapii, odwyku ani detoksu. Nie. Jest świetnie.

A on? Pierwszy. Z kwiatami leci, z prezentami mi składa, mi życzy. Uprzejmie ubierając słowa w słowa. Z okazji. Drżą mu ręce. Kładzie się wcześniej. Ma sny złe.

A kiedyś machał mi ręką z tramwaju.
Że tęskni już na następnym przystanku. I tego się trzymajmy.


Turystka

Jak dzieci były małe. Kobieta zawsze pamięta. Baba czy nie taka baba. Stara czy nie taka stara. Włosy siwe albo nie takie siwe, pokryte kasztanową farbą.  Pamiętają organy organoleptycznie. Jak poczują dziecko, to od razu. Sutki w stanikach kurczą się ze strachu. Chrapy wietrzą zapachy. Uszy wietrzą dźwięki. Ramiona się otwierają. Jak dzieci były małe. Człowiek wiele  nie myślał. O tym, o czym teraz myśli. Nie rozpamiętywał. Czasu nie było. Jak dzieci były małe, inaczej się było. Inaczej się jadło. Przy dzieciach, po dzieciach. Owsiankę.

Jak dzieci były małe, inaczej się żyło. Choć nie łatwo, ale tak jakoś. Męża trzeba było pilnować. Alkoholika w mordę jego. Po cichu marzyło o błyszczących bucikach, w których wracałoby się nad ranem do domu. Marzyło się.

Teraz pantofelki oczywiście można by już sobie sprawić.  Teraz. Mieszam w garze zupę. Bez przymusu  już mieszam zupę, jaką chcę. Sama sobie gotuję. Mieszam swoją zupę. Dzieci duże. Chłopcy studenci, panowie, firmy prowadzą. A córki ciężarne.  Jaki fajny ten maluch. Chodź tu. Dam ci coś. Mam serce używane. Jeszcze do czegoś by się nadało. Na talerzu, z masłem z cukrem, masz weź, nie mam co z nim począć. Tak mi przypominasz.  Jak dzieci moje były małe. Jak były moje.

Teraz gdybym miała. Gdybym teraz miała małe, to bym tylko chciała widzieć,  jak się śmieją. Mniej bym im kazała. Mniej bym chciała od nich. Chciałabym tylko usłyszeć, poczuć, jak się śmieją. No, zupa gotowa. Zjem i idę. Idę znikam. Wrócę albo nie wrócę. Znajdę czy nie znajdę. Pani zostaje? No tak pani zostaje. Pani się zaopiekuje. Pożywi się owsianką, otworzy ramiona. Do widzenia.


Komar

Jak można spać w dzień? Pięcioletnia dziewczynka przechyla głowę i przygląda się ojcu chrapiącemu na narożniku. Jak można spać w dzień i to w takiej pozycji?? Ojciec ułożył się w kąt prosty i odpłynął. W telewizorze marki Neptun skoki narciarskie. Ten śpi, zamiast się bawić.  Dlaczego oni zawsze zasypiają? Mama to samo. Na kanapie, na krześle, nie daj boże które siądzie na bujanym. Od razu komar. Z gazetą, z książką. Zasłaniają się lekturą, że niby coś i po chwili już opada kurtyna, ukazując ich nieprzytomne twarze, otwarte usta, równe oddechy.

W pociągach, w autobusach zasypiają, ledwo ruszy. Na bociana, na żabę, na dzięcioła i na nietoperza. Upuszczają przedmioty, przypalają papierosami obrusy. Na siedzeniu pasażera fiata sto dwadzieścia sześć pe ślinią niezapięty pas bezpieczeństwa.

Tak mi się to teraz przypomniało. Siedzę na dywanie, głowa oparta o krzesło. Śpię. Prawie śpię. Moja prawa ręką, uzbrojona w krowę z lego duplo, podskakuje sama, niezależnie. Goń złodzieja, mamo, goń złodzieja. Gonię, gonię przecież. O dżizas, to nie krowa, to policjant na motorze. Musiałam jednak przysnąć na chwilę. Wystarczy moment, wystarczy zwolnić tempa. Dziecko patrzy na mnie z wyrzutem. W telewizorze marki japońskiej skoki narciarskie. Mamo, nie śpij.

Tak, teraz to jasne.


Leszczu

Młody przez tydzień był członkiem bandy. Przejęto w posiadanie wiejski dom z przyległościami: pustą przyczepą kempingową, starą piaskownicą z błotem, drabinką ze zjeżdżalnią i oponą na linie. No i z trampoliną – najnowszym „a must” w biznesie agroturystycznym. Banda dysponowała sporym hektarem nieużytków, otoczonych lasem, który stanowił granicę ich świata. Hierarchia w bandzie kształtowała się dynamicznie. Stanowisko szefa przechodziło z rąk do rąk  Stanowisko „leszcza” od razu przypadło Młodemu.

Leszczu nie wymiękł. Szybko awansował, dzięki kilku akcjom:

– przez 11 godzin nie zszedł z trampoliny (nie licząc jednej krótkiej przerwy na posiłek i jednej na pójście w krzaki)

– zobaczywszy jezioro, rozebrał się w 3 sekundy i poszedł(!), zatrzymał się na szczęście przy zacumowanej łódce, skąd go wyciągnęłam

– nie uznawał butów ani skarpet, nawet jak lało

– nie płakał

– nie spał

– nie jadł

– potrafił się ubrudzić tak, że definicja brudu uległa zmianie

– najstarszemu i najgroźniejszemu chłopcu powiedział „kocham cię”, objął go i pocałował

– mówił do ojca per „leszczu”, z czego wnioskuję, że nie do końca załapał znaczenie słowa

– raz zgłodniał – znalazł bułkę, potem podszedł do pierwszej napotkanej osoby i zażądał noża

– raz zasnął pod stołem i go szukaliśmy strasznie zdenerwowani

Moja rola zredukowała się do siedzenia z boku. Z parującym rosołkiem z kluseczkami, który mogłam sama se zjeść. Zastanawiałam się, czy to na pewno moje dziecko. Odważne,  samodzielne, bezkompromisowe. Ze skorupą błota na głowie, niczym hipisowski chłopiec, owoc namiętnej nocy na Woodstock, a nie wyliczonych z kalendarzyka dni płodnych. Patrzył na mnie niewidzącym wzrokiem, kiedy usiłowałam upchnąć zimne nóżki w jakieś buty. Mamo, zostaw mnie. Byłam mu potrzebna tylko przed zaśnięciem. W pozostałe godziny niemal czułam, jak pękały utkane w bólu i rozkoszy niteczki łączące nas od zawsze. Od trzech lat. Samodzielność dziecka zaczyna się tam, gdzie kończy się ingerencja rodziców, a zwłaszcza matki. Jego osobowość jest tam, gdzie nie ma mnie.

Oczywiście jeszcze wiele lat będę siedzieć nad tym cholernym rosołkiem, ale on będzie coraz zimniejszy.

Jestem trochę smutna, trochę wolna, trochę dumna.

I chyba chciałabym małą hipiskę…


Spokojnie, to tylko wakacje

No super jest. Pogoda jest. Morie jest. Własny parawan w tęczowych kolorach, niczym flaga tolerancji wydymany przez morską bryzę, jest. Dziecko w amoku wakacyjnym jest. Babcia w poczuciu misji dożywienia dziecka w amoku wakacyjnym jest. Mąż dzwoni. Tęskni całuje dojedzie. Rozgryzam odrobiny piachu. Chcę poczuć smak zadowolenia. Znowu nie mogę wejść w rolę. Small talk z panią z turnusu jakoś mi nie wychodzi. Gofry mnie mdlą. Morze jest za zimne. Słońce parzy.

Moja mama. Mój syn. Stołówkowa jarzynowa. Wydaje mi się, że jesteś zestresowana.

Mamo. Co mam ci powiedzieć?

Chcę się skulić na tylnym siedzeniu malucha, za twoimi plecami w drodze międzyzdrojów ustki czy czegoś tam. Chcę tam leżeć cichutko, nie przypięta pasami. A ty mnie będziesz pytać co jakiś czas, czy chcę kanapkę z mortadelą. A ja będę mówić, że nie. Chcę położyć głowę na twoich rozgrzanych słońcem udach. Mamuś, nie wiem co mi jest. Ale jest mi tak dziwnie. Czy ty to widzisz? To życie to jest kurna jakiś joke! Zatraciłam, utraciłam umiejętność cieszenia się, na zawsze. Ratunku!

Nic nie mówię. Połykam rozgotowanego kalafiora. Spokojnie, bez paniki, to tylko wakacje.


%d blogerów lubi to: