Tag Archives: marzenia

M3

Z bloku wyrosłaś i gdzie się obrócisz tam blok. Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość blok. Wychowałam się w labiryncie ścian, ścianek, meblościanek oraz tapczanów chowanych w ściany. I w ogóle wszystkiego rozkładanego w nowym roku. Jak się siedziało w ubikacji, to się czołem dotykało drzwi. Nad wanną wisiała suszarka i kapały prześcieradła zimną wodą na ciepłe plecy. Ważne było mieć sąsiadów mniej pijących, bo po rurach szło. Sąsiad więcej pijący to największe zło. Na imieniny rozkładany stół i pożyczane od sąsiadów krzesła. Do łazienki kolejka. Od ściany do ściany jeden krok.

I takim blokiem tak stoję do teraz.

Ale coś mnie klaustrofobia dopadła, jak wciskałam garnek bokiem do szafki. Teraz go nie mogę wyjąć. Książki dawno powciskałam do pudeł. Zdjęcia dziecku nie mogę zrobić, bo mi się w kadrze całe nie zmieści. Żeby otworzyć szafę, muszę przesunąć suszarkę, z której prześcieradła kapią. Potem mogę przesunąć rower. I już. Skłizing w szafach. Jest trochę za mało powietrza, żeby odetchnąć głębiej i trochę za mało miejsca żeby móc udawać, że mnie nie ma. Za mało, żeby mieć spiżarnię, pralnię i chowalnię, gdzie ja cichutko siedzę i żyję.

 Czasem wyobrażam sobie, że mówię:
weź zobacz na górze,
może zjemy na tarasie
schodzę na dół jakby co
(i niech pies nie wchodzi do salonu!)
możesz zostać i spać w gościnnym

 No, ale ja z bloku. Kuny od wiewiórki nie odzróżniam. Przed pająkami uciekam. Boję się burzy. I pszczół najbardziej. Chowalnię mam w wannie.

Zostaw kalosze na zewnątrz
i wpuść psa do salonu


łał i ach i ała

Tak ogólnie to I’m fine i wszytsko gra. W stadzie nam się jakoś wiedzie. Mamy wspólny brak czasu, żeby o nim rozmawiać. Śpimy, dotykając się nogami. W tym samym pokoju dotykają się rękawami nasze uprane koszulki. Spodnie zaplatają mokre nogawki. Nocą, jeśli nie da się spać, można patrzeć na rząd małych rajtuzek na tle okna.

Poszliśmy w schemat i się go trzymamy. Z rosołu na drugi dzień zawsze robię pomidorową.

W ogóle to I’m good.  Odczuwam cały wachlarz emocji, o których piszą pisma dla kobiet ze średnim i wyższym wykształceniem. Przez co mam poczucie, że przynależę do jakiejś społeczności i że chciałabym mieć apla albo przynajmniej coś, co z daleka wygląda. Zdaję sobie sprawę, że jest na świecie dużo osób, które mają gorsze warunki psychiczno każde. Zazwyczaj ich nie spotykam. Bardzo kocham zwierzęta i schabowe teściowej. Jestem klasa średnia aspirująca. Jestem albo mnie nie ma.

Ale czasem mi się zdarza. Taki moment. I’m not fine.  I nie jest fajn taki lajf. Do dna do cna do szpiku zła. Drży i w końcu pęka. Patrz, jest szczelina w mieliźnie codzienności. Patrz! Jak stamtąd kusi inne coś. Znam to. Ale skąd to już nie pamiętam. Wali się dekoracja. Otwierają się płuca z jakąś gwałtowną zachłannością. Tego się nie da opisać. Bo to jest jednocześnie i łał i ach i ała! Otwiera korytarz jeden i tylko jeden, a wszystkie inne są nieważne. I wszystko co znałam, jest mi całkiem obce. Tylko JA nie jestem sobie nareszcie obca. I trwa to ułamek. Jeden krzyk albo dźwięk albo słowo. Trzask. Koniec. I wracam do rzeczywistości, przez chwilę będąc ituitam. I ten dysonans jak odruch wymiotny. Chcę biec biec z powrotem, ale nie mogę. Chcę biec po swoją utopię, po swoje coś utracone. Jedno jedno jedno życie jest! Ale już mnie obejmują mokre koszulki, nogawki, rajtki. Już ciiicho, cicho śpij, śpij, zapomnij. Wszystko gra.

Jestem znów tu. Jestem albo mnie nie ma.


Nowe życie cd

Korytarze korporacji. Korporacji korytarze. Po prawej stronie łazienka po lewej kuchenka. Zapełniają się pracownikami. Kawa z mlekiem. Z mlekiem kawa. Jeszcze włosy mam mokre, odżywką odżywione. Obiecuje nam ranek wszystko co chcemy mieć. Gotowi i zrelaksowani. Idą raźno jak wycieczka w klasy maturalnej. Klima działa. Działa klima i kofeina działa. I zachęca do pracy. Hej ho. Na żyznych polach wyspy La Gomera dojrzewają banany. Są tak małe, że się mieszczą w dłoni.

Siedzę prościuteńko. Wycieram dłonie w czarną spódnicę. Jestem za wcześnie. Jestem za późno. Jestem za bardzo jak zwykle. Gdzie tu są jacyś dorośli ludzie? Co te dzieciaki z nimi robią? Może ich mielą na  te ciastka, co je reklamują? Może moja kawa z mlekiem zawiera śladowe ilości pracowników przeterminowanych?

Za oknami drzewa. Po prawej stronie fontanna po lewej szlabanna. Można jeszcze wyjść. Co ja tu robię do cholery. Pani czeka na mnie na mnie. Jędrna postać uśmiecha się do mnie brzoskwiniowym uśmiechem. Zerwana jesienią na wydziale zarządzanie, w warunkach wspomaganie genetycznego przezimowała tu i zakwitła. Opowiem pani o produkcie.

Na pustej stacji benzynowej chłopak przelicza drobne. Brakuje mu tak mało na butelkę wody. Jest mu tak gorąco.

Produkt pyszni się na slajdach, na rzutnikach. Jest dość wymagający, jest dość obiecujący. Najważniejsze że jest chrupiący. Że jest ekscytujący. Co ja o tym myślę. Czy nie uważam. Czy ja to czuję? Czy jest to dla jasne? Co proponuję. To musi chwycić, czy ja to rozumiem? Dzieci lubią awokado, jeśli mogą je same zerwać i przekroić. Czy swoją pracę należy lubić? Przecież niekoniecznie.

 Na Morzu Beringa płynie prom. Dziewczyna przechyla się przez barierkę i wstrzymuje oddech.  Wieloryb jest ogromny.

Gdzie pani się widzi za pięć lat… Dlaczego chce pani u nas pracować… Co pani wniesie do zespołu…


Turystka

Jak dzieci były małe. Kobieta zawsze pamięta. Baba czy nie taka baba. Stara czy nie taka stara. Włosy siwe albo nie takie siwe, pokryte kasztanową farbą.  Pamiętają organy organoleptycznie. Jak poczują dziecko, to od razu. Sutki w stanikach kurczą się ze strachu. Chrapy wietrzą zapachy. Uszy wietrzą dźwięki. Ramiona się otwierają. Jak dzieci były małe. Człowiek wiele  nie myślał. O tym, o czym teraz myśli. Nie rozpamiętywał. Czasu nie było. Jak dzieci były małe, inaczej się było. Inaczej się jadło. Przy dzieciach, po dzieciach. Owsiankę.

Jak dzieci były małe, inaczej się żyło. Choć nie łatwo, ale tak jakoś. Męża trzeba było pilnować. Alkoholika w mordę jego. Po cichu marzyło o błyszczących bucikach, w których wracałoby się nad ranem do domu. Marzyło się.

Teraz pantofelki oczywiście można by już sobie sprawić.  Teraz. Mieszam w garze zupę. Bez przymusu  już mieszam zupę, jaką chcę. Sama sobie gotuję. Mieszam swoją zupę. Dzieci duże. Chłopcy studenci, panowie, firmy prowadzą. A córki ciężarne.  Jaki fajny ten maluch. Chodź tu. Dam ci coś. Mam serce używane. Jeszcze do czegoś by się nadało. Na talerzu, z masłem z cukrem, masz weź, nie mam co z nim począć. Tak mi przypominasz.  Jak dzieci moje były małe. Jak były moje.

Teraz gdybym miała. Gdybym teraz miała małe, to bym tylko chciała widzieć,  jak się śmieją. Mniej bym im kazała. Mniej bym chciała od nich. Chciałabym tylko usłyszeć, poczuć, jak się śmieją. No, zupa gotowa. Zjem i idę. Idę znikam. Wrócę albo nie wrócę. Znajdę czy nie znajdę. Pani zostaje? No tak pani zostaje. Pani się zaopiekuje. Pożywi się owsianką, otworzy ramiona. Do widzenia.


Jak tu teraz siedzę i patrzę, i patrzę i siedzę, to widzę to jasno. Że rok temu a teraz to jest jednak różnica. Że wtedy byłam na bezludnej kanapie, pływającej w oceanie gnoju. W gnojówce kotłowały się głodne krokodyle. I wtedy wszystko chciało się napisać. Wszystko się przepychało do wyjścia i jęczało. Wiertło pracowało 24/7. Każdy krok, ćtap, ćtap, po rozmazanym syfie zostawiał ślad. Masz swój gordyjski węzeł i weź to se sama rozplącz. Albo se rozpłacz. Rozpłacz se na części pierwsze.
I to i to. I tamto. I jeszcze.

A teraz cisza. Najpierw zgrzytnęło i chrupnęło, ziemia się zatrzęsła, wiertło się wygło i stanęło w miejscu. W świętym temacie rodziny napisałam już wszytsko.

Rozważam, czy nie założyć nowej wersji bloga, na której będzie można poczytać z maluszkiem bajkę, zrobić must have eko bombkę i dowiedzieć się jak zrobiłam pure z zielonego groszku. Bo po co to pisać po raz kolejny?! Że lepiący się do moim palców talerz? Że ten gest zmywakowo-potulny? Że chcę umieć dobrze, a źle się robi. Przecież napisałam to już tyle razy, że nawet pobudziłam do działań prewencyjnych. Przyszło siedem maili od życzliwych znajomych i nieznajomych, żebym się wybrała do lekarza, tudzież pierdolnęła się z mostu i nie męczyła już buły. Bardzo dziękując, wracam do zmywania. Polewam ludwikiem swoje dejavu. Nic się nie zmienia. Może wysokość dziecka, które nabija mi teraz siniaki na biodrze, a nie na udzie. I to już. Wycieram, zamykam, chowam, trzaskam. Chłodzę się mineralną.  Nie chce mi się. Już nie mam siły o tym mówić.

Może trzeba się zmobilizować.

Idę, wychodzę, włos ma obcięty. Spotykam się, rozmawiam, piję i palę. Stoję pod sceną. Ja obserwator, potrafię czasem, jakże trafnie, opisać obcisłe pepe jeansy wokalisty, co śpiewa redemption song, ale nie żeby od razu coś. Zresztą to cover. Ja też jestem cover. Co za lapsus, co za paralela, metafora i w ogóle gomorra.
Stoję pod sceną. Myślę o tym, że emocje nie używane zanikają. Są eliminowane w procesie ewolucji.
Stoję pod sceną i marzę o tym, że nie jestem coverem.


Goście goście

Sny, czyli taka rozmowa między mną a mną. Najczęściej w języku, którego kompletnie nie rozumiem albo nie słyszę, bo ogłuchłam cywilizacją, wiadomo, jak wszyscy. Jednakże mój szyfrant siedzi w ciemnym lesie i napieprza S.O.S. Mimo, że nie rozumiem, co ja chce przekazać mojemu ja, to niekiedy wydaje mi się, że to może być coś znaczącego. Często na przykład dostaję powtarzający się motyw:

Do mojego domu przychodzą ludzie na imprezę. Tylko, że ja ich wcale nie zapraszałam i chcę ich wyprosić. A oni nic. Spokojnie rozłażą się jak robale, gadają, bawią się, okropnie mnie męczą!! Jest ich coraz więcej i więcej.  We wszystkich pomieszczeniach pełno ich śmiechów, krzyków, pocałunków. Muzyczka gra, ale wcale nie jest fajnie. Jest koszmarnie. Tracę grunt, boję się, jest słabo, głośno i źle. Wypierdalać.

No?

i ?

co?

Noico noico?!! Czy jest na pokładzie jakiś zaklinacz snów, freudysta, buddysta?

Podświadomość, podobnie jak kosmos, bezgranicznie wielka jest, także można ją zaśmiecać. Siła wyparcia tym większa, im bardziej gorliwe zapewnienie, że jest ok.

Ależ ja się naprawdę wcale nie przejmuję! Na serio jest ok.  Że znowu wyjeżdżasz? No trudno. Ja w ogóle się nie przejmuję tym, że mi ciebie tak brakuje. Nic sobie nie robię, że nie lubię swojej pracy. Wali mnie również, że nie mam na siebie pomysłu. Że się starzeję. Że nic nie umiem. Że nigdzie nie jadę, ani znikąd nie wracam. Ani, że nie umiem wykorzystać  możliwości, jakie oferuje mi Unia Europejska!

Oj, wielkie mi co, że tyle ludzi robi karierę, wychowując jakoś przy tym trójkę dzieci niemalże w tym samym wieku. Ja się tu pałuję, że jedno mam, a jeszcze chude takie. No i co?!

Ja wam głośno mówię, że się nie przejmuję, ale widocznie jakieś JA jednak się tym wszystkim przejmuje. Ta kakofonia pragnień i bezsensownych dążeń, standardów, wymagań, bohaterów i antybohaterów, które usiłujecie we mnie wzbudzić myślą, mową, uczynkiem, zaniedbaniem i telewizją śniadaniową, spychana w podświadomość, wraca do mnie snem, w którym chcę żebyście się wynieśli do stu diabłów i dali mi w końcu spokój.

Tylko spokojnie, co nie?


Terror szczęścia

Producent smutku usłyszałam w radio. Od razu mi się spodobało. To o mnie? Do mnie? Może być. Biorę. Tatuuję sobie. Trudno. Mam ochotę na wielki coming out.  Na straganie w dzień targowy. A to ta pani co taka miła po bułki schodzi rano, co ma takiego miłego męża i ślicznego chłopczyka? A ona się przecież zawsze tak ładnie uśmiecha. Nie, coś ty, ona się nie uśmiecha. Bo ty pracujesz na drugą zmianę, to ona może już wtedy się nie uśmiecha. Acha. To ona się tak posypała? Musiało być, że za dużo miała. To tak to się kończy, droga pani. Zachciało się pannie hawajów. Wiesz, że taka niby wyjątkowa. Pióra w dupie. Nasiąknie człowiek jak gąbka tymi złudami, marzeniami. A potem jak żyć? Jak tu z taką gąbką chodzić po mieście, ciągnąć po ziemi. Ale po co się tak męczyć, nie lepiej z tym gdzieś po pomoc profesjonalną…? Cii…, idzie, dzień dobry pani…

Dzień dobry. Poproszę pięć bułek.

 

Moja gąbka moim krzyżem.

Ale nie musi ci być przykro. Nie chodzi mi o twoje przykro.

I nie, nie idę jeszcze do psychiatry.

I nie rozwodzę się jeszcze.

Jeszcze nie.

Spokojnie.

Listek mięty rozgryzam zamiast.

I bułki suchej.

I nie zamienię się z nikim.

Nie.

 


%d bloggers like this: