Tag Archives: mąż

Znowu święto

Czy mógłbyś podać mi proszę nóż? Jeśli możesz. Naturalnie, że oczywiście. Jeśli tak ci na tym zależy. Cokolwiek zadecydujesz. Ważne żebyś była zadowolona.

Kiedyś mówiłeś. Co za gówniany pomysł! Kretyńskie zupełnie. I śmiałeś się jak głupi. Wolałam.

W tym uroczystym dniu życzą nam kolejnych lat w szczęściu. W dniu uroczystym dzwonią do mnie jakieś ciocie wujki. Ładnie im podziękowałam. Dodałam, że ja sobie tego nie życzę. Tak się składa. To nie skarbonka. Na co mi te lata. Na co mi te mantry styczeń luty marzec kwiecień maj.
Mamo, błagam cię w tym dniu uroczystym, to zdjęcie ślubne z półeczki ku*wa! Proszę cię na kolanach, schowaj to. Dlaczego tak mówię? Dlaczego ja tak mówię? Zgaduj zgadula. Czy to jest jakiś sukces przeżyć ze sobą sto lat sto lat.
Żaden problem dla mnie. Żaden! Za sto lat mieć pierścień. I dwa piloty do telewizora.

Mamusiu, jak trudno to powiedzieć. Bo mi na to wychodzi, że on właściwie to się ze mną chyba unieszczęśliwił. Nie płacz. On nie mówi. Ja nie mówię. Dajemy radę. W oczach chłopak gaśnie.

Pociechy z męża. Z męża na baterie. Chodzi gdzieś, coś robi, coś zarabia. Czy możesz mi podać nóż, kochanie, zaraz się pochlastam.

A czy ja mówię o rozwodzie? Nie. Ja mówię że jest słabo. Nie rób mi pijar i nie rób mi fan page. Nic nie mogę zrobić. Nic. Nic zobaczyć jasno nie mogę, dopóki się uzna się stanu rzeczy marnego za marny. Ale nikt tego nie chce zrobić. Nikt nie pyta w tym dniu uroczystym, czy nie myślicie żeby dać sobie spokój? Nikt nie życzy nam terapii, odwyku ani detoksu. Nie. Jest świetnie.

A on? Pierwszy. Z kwiatami leci, z prezentami mi składa, mi życzy. Uprzejmie ubierając słowa w słowa. Z okazji. Drżą mu ręce. Kładzie się wcześniej. Ma sny złe.

A kiedyś machał mi ręką z tramwaju.
Że tęskni już na następnym przystanku. I tego się trzymajmy.


Romans

Głową muru nie przebijesz. Wyżej tyłka nie podskoczysz. Są granice prywatności. Się je przekracza, jedną za drugą, jednocześnie pilnując, żeby jeszcze jakieś zostały. Na granicach,  na ziemiach niczyich, leżą smutne, zmarznięte tematy. Tabu tabu – mówią cicho. Nieostre takie, bo jeszcze nawet nie ponazywane.

Załóżmy, że ja nie piszę o sobie. Z życia osobistego nie czerpię.  Że ja tu opisuję życie  Barbary albo Magdaleny…  Niech będzie, że Barbary.

Basia jest osobą, a jakże – zamężną i fakt ten konstatuje każdego ranka, kiedy rozstaje się z ukochanym na całe dni. I każdego wieczoru, kiedy w końcu może spotkać się, zmęczona a jakże, ze swoim zmęczonym ukochanym. Małżeństwo Barbary rozgrywa się właściwie w jej głowie. W jej głowie niekończące się rozmowy, śmiechy i kłótnie. W jej głowie miłość i lojalność. W jej głowie wyrzuty i łzy, które on potem wyciera w jej głowie delikatnie chusteczką higieniczną jednorazową. W jej głowie on ją całuje i przeprasza. W jej głowie ona mu wszystko wybacza, przez łzy się uśmiecha, macha ręką w jej głowie na te niepowodzenia, na te kłody, co to wiadomo, że zawsze pod nogami się znajdą. W jej głowie wyjaśniają sobie te sprawy i są spokojni.

W jej głowie ona mu mówi jak bardzo go bardzo, sto razy to mówi w jej głowie, żeby grzankę nie drżącą ręką móc mu podać. Nie jest Barbara osobą głupią ani naiwną, aczkolwiek wydaje się, że jest, skoro w jej głowie rozgrywa się ten romans z mężem za męża pojętym.

Nie jest Barbara osobą trudną. Jest taka łatwa. Do zaspokojenia. Jak ślepy na przejściu dla pieszych. Jak bezdomny z puszką.

Taka to historia jest romantycznej Barbary. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.


Rozumiem po norwesku

Za sprawą Wysokich Obcasów głośno huknęło na temat filmu Gunnar goes God.  Tylko spokojnie – nie jest aż tak super. Mocno stylizowany, żeby nie powiedzieć propagandowy, film o tym, że szczęście to nie grill. Prosty pomysł, który nie może się nie udać: czworo neurotycznych mieszkańców najbogatszego państwa Europy ląduje w najstarszym egipskim monasterze. Takie zderzenie pracuje samo.
Pokaz specjalny jest przeznaczony dla wariatów. Drewniane krzesełko nie jest wygodne.  Para przede mną nieustannie się obwąchuje, zasłaniając i Norwegię i Saharę. Kobieta, której nie mogę nazwać inaczej, niż – starą pretensjonalną babą, syczy pod nosem „że proszę mi nie zasłaniać”. Jak mam jej nie zasłaniać, jak ci się miziają przede mną?! Jak już wspomniałam, film jest o poszukiwaniu szczęścia. Jest taka teoria, że każdy przynosi do kina ze sobą pół filmu. No, to wyobraźcie sobie taki pokaz specjalny – banda frustratów – dokładnie adresatów tej przypowieści.
Historia Gunara kończy się tym, że on sobie obiecuje – mniej facebooka, a więcej łowienia ryb z dzieckiem i obserwowanie lodu pękającego na jeziorze.

Nie jest zwykłe to, że w tym filmie kryzys przeżywali mężczyźni! (Na czwórkę bohaterów jest trzech facetów i jedna kobieta. Wszyscy są rodzicami dwojga lub trojga dzieci.) Są puści. Są wkurwieni na odgrywanie ciągle tych samych ról. „Nie dokonałem wyboru, po prostu robię to, czego oczekują ode mnie inni:  że się zakocham, ożenię, że będę miał i wychowywał dzieci.” No i bingo. Oni naprawdę wychowują te swoje dzieci. W tym filmie ojcowie nie siedzą do późna w biurach, nie patrzą smutno na drapacze chmur, nie wznoszą oczu na narzekania swoich żon. Nie kopią smętnie kamyka, wracając do domu po dwudziestej pierwszej.
W ich życiu są dzieci. Naprawdę SĄ.
Noc. Mała blondaska siedzi na stole w piżamie, ojciec ziewa, smaruje kanapkę masłem, prawie usypia. Cięcie. Facet usiłuje pracować w domu przy komputerze, kiedy dzieciaki biegają po domu. Wyłącz ten telewizor! Cięcie. Facet usiłuje prowadzić samochód z trzema dziewczynkami na pokładzie. Co chcecie na obiad? Co ja mam zrobić na obiad?! Cięcie. Pięcioletnie bliźniaki biegają po sklepie z zabawkami, są nie do ogarnięcia. Facet siedzi na podłodze sklepu, oklapnięty, zmęczony. Cięcie. Gunnar biega po domu w fartuszku, w nosidełku dziecko, w ustach smoczek, bo nie ma wolnej ręki… Cięcie.
Gunnar gada z mnichem o śmierci. Mnich się śmierci nie boi. Gunnar zza kadru „kiedyś nie bałem się śmierci, nawet jej pragnąłem (później w dyskusji ktoś mu zdiagnozuje depresję), ale kiedy urodziło się moje dziecko… (kamera „z ręki”: słodki dwulatek łazi po ogrodzie) to pokochałem go tak, że…” Gunnar siedzi na betonowym łóżku gapi się w kamerę „nie mogę nigdzie odejść. Ale też nie mogę być wolny. Nie mogę nie bać się śmierci, nie teraz”.
No, kurwa.
Jest im to dane. Dane jest tym biednym bogatym dostąpić tego, co w innych krajach Eu zarezerwowane jest tylko dla kobiet.


Film o miłości

Nie Dirty dancing i nie Titanic. Nawet już nie Kiedy Hary poznał Sally ani Lepiej być nie może. Jeszcze nie Casablanca i nie Fortepian. I nie Co się wydarzyło w Madison Coutry, bo żaden Clint Eastwood tędy nie przejeżdżał. Życie wewnętrzne z powodów oczywistych też, kurna, nie.

Żaden z filmów o miłości nich nie uwzględnia tego, że stoję pod łazienką i siku mi się chce, ale nie mogę wejść, bo bohater romantyczny mi zajął. Scenariusz nie uwzględnia uniesień miłosnych o siódmej rano. Ani tego że 4 letni owoc uniesień zaparł się, że nie wstanie i nie zje. I nie ubierze się. Nigdy.

Żaden z reżyserów nie chce przekazać, że o to niby właśnie o to chodzi w życiu?

Ani brazylijski tasiemiec ani węgierskie kino offowe nie odważy się nazwać tej sytuacji tym… no wiecie czym? Em jak Em? Nie?

Kto by chciał myśleć, że tak to wygląda. Że główny bohater sika, goli się, myje zęby. W lustrze za plecami widzi drzwi, którymi zaraz wyjdzie. Że drugi raz nakłada pastę na szczoteczkę. Nie wie czemu, ale nie chce – on nie chce przez te drzwi wyjść!

Że za tymi drzwiami główna bohaterka stoi z pełnym pęcherzem na zimnym panelu drewnopodobnym?  I że rozpoznaje coś jakby żal. Żal za drugą osobę. Że nie można zrobić więcej niż można. Że rozumie się tej osoby sytuację, jej uwikłanie. Że nie można pomóc czy się jest a czy się nia ma. Że taki to film no i co zrobić.


Mam miotłę jestem wiedźmą

Jak mówiła Dana – kobieta w związku przechodzi fazę wiedźmy. Ale potem znowu jest faza „że super jest”. I miłość rozkwita na nowo, bo miłość, jak wiadomo z wiarygodnego źródła, cierpliwa, nieczepliwa i niezrzędliwa jest. Dana też była wiedźmą, ale na szczęście to było dawno. Tak dawano, że prawie nie pamięta. To było wtedy, jak jej dzieci były małe…

 Jest brudno, proszę cię wstań i umyj. Pobaw się z dzieckiem. Posprzątaj po sobie. Nie chodź w butach. Przecież ja wczoraj tę podłogę… Jak to kiedy? O jedenastej w nocy, jak wstawiłam dzieci do pralki a pranie spać… Pomóż mi. Proszę, pomóż mi. Padam z nóg. Jest tego za dużo. Chcę, żeby było czysto. Nie wiem, czemu tego chcę. Nie potrafię nie chcieć. Ktoś we mnie, za mnie o tym decyduje. Chcę, żeby obiad, żeby prasowanie, żeby czytanie dwadzieścia minut codziennie. Chcę pracować i nad pracą się skoncentrować. Ale nie mogę. Mleko masło brokuły obijają się po zwojach mózgowych cielęcina wieprzowina kurczak.

Pomóż mi, zabierz mi te myśli z mojej głowy. Raz jeden w świątek piątek, jeden cholerny raz! Bo zwariuję.

Tylko spokojnie, masz rację. Przecież nie płaczę! Popatrz na mnie. Popatrz, kim się staję. Biegam, jak biega moja matka i twoja matka. One w bieganiu osiągnęły już pewien stopień perfekcji, Tak, jak nasi ojcowie osiągnęli perfekcję w siedzeniu przy stole. Żaden się nie zerwie. Ale ja nie jestem perfekcyjna. Zobacz. Przypalam. Rozgotowuję. Rozlewam. Psuję. Piorę białe z kolorowym. Masz jeszcze szansę. Pomóż mi. Weź tę miotłę. Leć, kochany, leć ponad swoje geny i memy. W imię miłości. W imię tamtej miłości (pamiętasz jeszcze?) błagam, kup mleko masło i zetrzyj marchewkę z jabłkiem bez pytanie mnie o cokolwiek!!

Pomóż mi. Zanieś te jebane naczynia do zmywarki. Dlaczego?? Jak to dlaczego?! Nie wiem, co na obiad jutro. Jak to, skąd ty masz wiedzieć? Zastanów się. Potem to kup. Potem to zrób. Potem to podaj. Potem posprzątaj. Tylko tyle. Siedem razy w tygodniu. Trzydzieści razy w miesiącu. Kochani, zabieram was dziś do restauracji.

Wypchaj się swoją restauracją!!!!

 …

 Życie z wiedźmą proste nie jest. Trzeba cierpliwie przeczekać. Dzieci podrosną. Ktoś inny im zacznie gotować. A jak jest córeczka, to i dom z czasem ogarnie. Sprawy wrócą do równowagi. Rodzice się przytulą. Buziaczek na zgodę. Wiedźma zapomni o wkurwie, strachu i samotności, tak jak zapomni o bólu rodzenia, nieprzespanych nocach, mleku, maśle i cielęcinie. Będzie może trochę bardziej milcząca. W jej oczach trochę jakby mniejszy zachwyt nad nim. Uśmiech taki dziwny… nieee, chyba mu się tylko wydaje. To tylko zmarszczka…

 Wiedźma nie zapomni nigdy, mój drogi.


Zakończenie uroczyste

Na zielonej polanie dziś wiosenny bal. Biedroneczki są w kropeczki, a skrzaty robią wszystko cicho sza. W dzień i w nocy zawsze chętne do pomocy. Moje dziecko gra w tym przedstawieniu Turystę. Wyposażyłam go w plecak, okulary słoneczne i ciupagę. Młody założył te okulary i nic nie widzi, bo w sali jest dość ciemno. Jak wyłazi na środek, to macha ciupagą dla orientacji. Może i wygląda jak turysta, tylko, że niewidomy. Zderza się ze Skrzatem. Przejęty mówi coś w stylu: „daj mi kropki na pamiątkę do kraju, wtedy wszyscy uwierzą, że tu kropki rozdają”. Na drugim planie bocian z grupy Motylków tekturowym dziobem dziobnął chmurkę z grupy Żabek, która poleciała na koleżankę pszczółkę. Pszczółka przewróciła dekorację. Pani Rytmiczka zagłusza zamieszanie, waląc w pianino i śpiewając. Jej glos jest wysoki, niewinny, jakby przeznaczony na psalmy. Młody schodzi ze sceny w glorii i chwale, machając ciupagą. Ciupaga cudem mija Franka z grupy Biedronek, który się nie przebrał, bo nie chciał. Siedzę w drugim rzędzie. Miniaturowe krzesełko gniecie mi pupę i krzyż. Migają flesze. Biję brawo. Przez chwilę czuje duszne i obezwładniające uczucie bycia zdefiniowanym do granic możliwości. Ja – rodzic na przedstawieniu. Oto moja rzeczywistość. To wszystko dla mnie. Spójrzcie, skrzaty, dookoła, czy was może ktoś nie woła…

Mój synek przebrany w żółty kubraczek tańczy twista. Mamy szaleją. Ojcowie potykają się o kable, bo patrzą na wszystko okiem digital camera. Tak naprawdę myślę tylko o tym, ze jutro cię znowu nie będzie. Znowu.


%d blogerów lubi to: