Tag Archives: miasto rodzinne

Za mundurem…

A pamiętacie? Szary mundurek. Guziki z lilijkami. Spocznij. Zbiórka. Te dziwaczne pomieszczenia w piwnicach, suszarniach. Które komuś się chciało przystroić pięknie siatką wojskową do maskowania czołgów czy co oni tam tym maskują. Menażka, finka, kanadyjka. I plecak ze stelażem, co wyglądał jak stelaż z plecakiem. Kilometry po piaszczystej drodze, które kończyły się noclegiem w jakiejś wiejskiej szkole. Zakurzone dzieci na zakurzonych materacach. Bez alergii i bez komórki w heja. W ulu wielkiej sali. Aj, zasypiało się super. Ten szum i ledwie okruch przestrzeni własnego śpiwora. Honor i ojczyzna. Grochówka i gitarra.

Mama, ale co ty! Przecież będzie nas pilnował DO RO SŁY. On jest Druh. Czuj duch. Ma już osiemnaście lat! Mama tylko blednie i do ojca „powiedz coś”. Nerwy i szepty po nocy, po cichu. Ale ja uważam. Nie do pomyślenia. Ja i pluszowy miś pod drzwiami w bezsennej niepewności. Czy puszczą tym razem? Na przygodę?

A tu wszystko już przygotowane. Lilijki poprasowane. Getry w kancik. Spódniczka w rancik. Mapa, lornetka i bidon. Czterej pancerki i pies.

Yes.

Puścili.

Aż tu pewnego razu. Zabawa była świetna jak zwykle. W starej strzelnicy. W bliskiej okolicy. Zasada prosta. Jedna grupa broni, druga atakuje. Trzeba zdobyć kawałek szmatki proporczykiem zwany. Trzeba się skradać i kryć. Liściem się obrzucać dla niepoznaki. Do tego proporczyka się podkraść. Jak do spódnicy matki, u sąsiadki.

I ja, ten sportowy niewypał, ja, cudem trafem, byłam już blisko. Już się witałam… A ten, jak nie wyskoczy, cały w siatce wojennej. Mój druh. Czuj duch. W ostatniej chwili, w najostatniejszej, capnął mnie i o ziemię bach. Proporczyk nie zdobyty. My się w tych liściach potoczyliśmy. Okulary jego pamiętam wirujące. I słońce.

Wróciłam do domu.
Kolacji nie. Herbaty nie. Policzki gorące, Czoło zimne. Mama zatroskana. Z wyrzutem do taty. A nie mówiłam? No mówiłam. Żeby nie jechała. Zaraz się rozchoruje. A ja nic. Trochę się trzęsę. Tak się w tych liściach potoczyliśmy. Tak on wyskoczył. Tak mnie złapał. Tak się w tych liściach. Mnie złapał. W tych liściach. Myślałam w kółko. Duszno mi duszno.

Może coś zjadła i jej zaszkodziło. Może nic nie zjadła i jest głodna. Zrobić ci kanapkę, dziecko? A dziecko właśnie jakby dzieckiem być przestało.

Tak było. Tak jest i basta. Rosną dzieci, czas leci.

Teraz drogie sąsiadki matki, jak se pogadałam, to wstaję z ławeczki. Idę robić kluseczki.

Reklamy

M3

Z bloku wyrosłaś i gdzie się obrócisz tam blok. Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość blok. Wychowałam się w labiryncie ścian, ścianek, meblościanek oraz tapczanów chowanych w ściany. I w ogóle wszystkiego rozkładanego w nowym roku. Jak się siedziało w ubikacji, to się czołem dotykało drzwi. Nad wanną wisiała suszarka i kapały prześcieradła zimną wodą na ciepłe plecy. Ważne było mieć sąsiadów mniej pijących, bo po rurach szło. Sąsiad więcej pijący to największe zło. Na imieniny rozkładany stół i pożyczane od sąsiadów krzesła. Do łazienki kolejka. Od ściany do ściany jeden krok.

I takim blokiem tak stoję do teraz.

Ale coś mnie klaustrofobia dopadła, jak wciskałam garnek bokiem do szafki. Teraz go nie mogę wyjąć. Książki dawno powciskałam do pudeł. Zdjęcia dziecku nie mogę zrobić, bo mi się w kadrze całe nie zmieści. Żeby otworzyć szafę, muszę przesunąć suszarkę, z której prześcieradła kapią. Potem mogę przesunąć rower. I już. Skłizing w szafach. Jest trochę za mało powietrza, żeby odetchnąć głębiej i trochę za mało miejsca żeby móc udawać, że mnie nie ma. Za mało, żeby mieć spiżarnię, pralnię i chowalnię, gdzie ja cichutko siedzę i żyję.

 Czasem wyobrażam sobie, że mówię:
weź zobacz na górze,
może zjemy na tarasie
schodzę na dół jakby co
(i niech pies nie wchodzi do salonu!)
możesz zostać i spać w gościnnym

 No, ale ja z bloku. Kuny od wiewiórki nie odzróżniam. Przed pająkami uciekam. Boję się burzy. I pszczół najbardziej. Chowalnię mam w wannie.

Zostaw kalosze na zewnątrz
i wpuść psa do salonu


kapota

Gdzie oni są?
Byli przecież. Kiedy chodziłam do szkoły, a po szkole na miasto. Tam ich było zawsze. Więcej niż dziewczyn.
Moje miasto było podzielone. Na rewiry, na rejony, na za kim jesteś i na co się tak gapisz. Obowiązywała ścisła rejonizacja, a kontrole odbywały się regularnie. Biegać szybko umieliśmy wszyscy. I nie był to poranny jogging. To był Husajn Bold jak się patrzy. A kto nie biegł szybko, ten mógł doznać rany. Rana była na ogół powierzchowna, bo chodziło o tę, wiecie, krew. Krew nocą wygląda na czarną i szybko wsiąka w dżinsy. Rana zszyta na izbie przyjęć. Na nocnym dyżurze. W szpitalu na peryferiach, gdzie wszyscy się znali. Szył ojciec kolegi. Może akurat tego, co atakował. Takie to miasto było. Nie było w nim kawiarni, tylko piwiarnie. Nie było w nim trzeźwych. Byli jacyś tam trzeźwi, ale jakby ich nie było. I chłopaki. Ach. Jacy oni. Nieważne z liceum czy z samochodówki. Bóg, honor, ojczyzna i ulica. Nie dla panienek.
Wszystkie te groźne i ciekawe rzeczy, które im się przydarzały! Naprawdę szalone. Szesnastoletni posiadacze broni białej. Dzieci bez dzieciństwa z rodzin takich i różnych. Mali dorośli. Bez taryfy ulgowej żadnej.

A teraz.
Czterdziestoletni chłopcy w kawiarniach na fejsbukach. Przeciwzmarszczkowi, zdrowo odżywieni i po terapii. Przystojni, parujący wodą toaletową.  Po prostu koniec kapota. Blokowa tęsknota.

A wtedy.
Się z nimi włóczyłam. I tylko wyrzucałam zakrwawione chusteczki do kosza. Wydłubywałam z kieszeni pieniądze na zrzutkę. A listy pisało się na kartce w kratkę, a romansowało się przez lekkie dotknięcia palców przy podaj mi zapalniczkę.

I ten koncert nagłośniony tak, jakby się siedziało w garnku, w który ktoś wali młotkiem. Wino jak kompot. Wyszedłeś z dymu, prawie się o mnie potknąłeś. Hej, znam cię ze szkoły. Powiedziałeś. Miałeś czarny sweter z masą poprzyklejanych paprochów, długie włosy z teledysku. A byłam ubrana, mówiłeś potem, zajebiście. Jak postać z Milosa Formana. No jasne, to wszystko było z ciuchów. Tak się to stało. Hej znam cię ze szkoły. A wszystko było z ciuchów… Wracałam piechotą sama. Nocą koło boiska. Nieostrożnie. Szłam po roztopionym śniegu, bez czapki, a wiedziałam już, że to nie będzie taka szczęśliwa historia. No, ale która tam była szczęśliwa.

 

 


Kredkami

Chce mi się pić. Przez to wczorajsze spotkania z Fk –  dwa kluby, dwa bary, dwie łazienki pełne rozchichotanych dziewczyn i ich, roztartych pędzelkiem, cieni na powiekach, ich ust w dziubek ściągniętych, błyszczykiem pociągniętych.

Na śniadanie trzy herbaty. Młodemu umywam umleczoną brodę, czeszę włosy, które cierpliwie wstają. Przyklepie się jakoś czapką. Wychodzę. Dom zostawiam w domu, otwieram mu tylko okna, żeby sobie pooddychał. Autobusy i tramwaje.  Trzydzieści minut i jesteśmy w kawiarni. Dla ludzi z dziećmi – niech właścicielom w klientach wynagrodzone będzie! Młody pada w zabawki. Ja padam na krzesło. Zamieszanie. Tyle tatów, mamów, strażów pożarnych, rajtuzek, słomek, warzyw z plastiku i bujanych koników. Za przecinki służą mokre chusteczki, niekapki kubki, latte kawki. Jeden tata jak marzenie, a kelnerka ma dredy w kolorze nieba. Trochę gadamy z D, która przyszła z synkiem. Trochę się gapimy, trochę wycieramy dzieciom nosy. Wytatuowany położył się córką na ziemi, składa kolejkę. Wszyscy rozmawiają, wstają, siadają, konsumują. Perpetuum mobile ludzkich czynności. I sok ze słomką. A w kiblu muchomorki i słoniki.

Gdybym miała narysować niedzielę kredkami, to właśnie tak by to wyglądało.

Więc nie zamykajcie mnie w domu. Jam jest społeczne zwierzę, zwierzę ludzkie. Uszy mam do słuchania, a usta do mówienia. Mózg mam do nie tylko planowania obiadów, a serce nie tylko do laurek. Lubię czuć, że się kręci, że się płynie. Mówiąc już tak górnolotnie, nie za głośno – że się żyje. Jak mnie w domu zamykacie to mi normalnie ustają wszelkie czynności, tętna nie wyczuwam. Nie wyczuwam nic, jak słyszę:
Gdzie chcesz wychodzić? Takie zimno, takie błoto, takie zarazki, krawężniki. Gdzie będziesz szła? Lepiej w domu siedź. Siedź, to zaoszczędzisz. Nagotujesz. Pranie zręczne i niezręczne cię czeka…

O nie. Ja tu zostaję. Nogami się zapieram. Pizzą się żywię. Serem się brudzę. Jestem zadowolona, bezrefleksyjnie utulona.

A wszystko przez Fk.
Że mnie tak wczoraj po tych barach przeciągnęła.


Proste

Wychowałam się w mieście o dużej stopie bezrobocia i grubym karku przeciętnego obywatela. W mieście tym istnieją pewne proste, niepisane reguły. Na przykład – w pewne miejsca nie chodzi się po zmroku. Nie szwenda się w nocy po ulicy, a jeśli się szwenda – to można się natknąć. Nie zaprasza się znajomych z innego miasta, żeby przyjechali w koszulkach „I love Kraków” i nie robi im się pub crowling. No, co wam będę tłumaczyć, po prostu nie.
Bandyci są bandytami. Czasem są twoimi sąsiadami, czasem taksówkarzami, a czasem kolegami z bloku. Jedziesz z nimi jednym autobusem, stoisz w kolejce na poczcie, nawet pijesz piwko przy sąsiednim stoliku. Ale nie zapraszasz ich na swoje urodziny do domu. I nigdy, przenigdy nie wchodzisz im w drogę, jak są naprani.
Nikomu też nie przychodzi do głowy pójść do bramy, gdzie gorzką amfę popijają podróbą koniaku i puścić im bańki mydlane. Nie wiem, czemu. Może dlatego, że policja ich nie pilnuje – pojawia się dopiero czterdzieści minut po zdarzeniu, jak poszkodowany jest już na stole operacyjnym u chirurga.
Prości ludzie z głupich miast nie wchodzą bandytom w drogę, a ich lewactwo jest zawsze koślawe i nieufne wobec dziwnych, niepragmatycznych zachowań wielkomiejskich idealistów.


%d blogerów lubi to: