Tag Archives: miasto

kapota

Gdzie oni są?
Byli przecież. Kiedy chodziłam do szkoły, a po szkole na miasto. Tam ich było zawsze. Więcej niż dziewczyn.
Moje miasto było podzielone. Na rewiry, na rejony, na za kim jesteś i na co się tak gapisz. Obowiązywała ścisła rejonizacja, a kontrole odbywały się regularnie. Biegać szybko umieliśmy wszyscy. I nie był to poranny jogging. To był Husajn Bold jak się patrzy. A kto nie biegł szybko, ten mógł doznać rany. Rana była na ogół powierzchowna, bo chodziło o tę, wiecie, krew. Krew nocą wygląda na czarną i szybko wsiąka w dżinsy. Rana zszyta na izbie przyjęć. Na nocnym dyżurze. W szpitalu na peryferiach, gdzie wszyscy się znali. Szył ojciec kolegi. Może akurat tego, co atakował. Takie to miasto było. Nie było w nim kawiarni, tylko piwiarnie. Nie było w nim trzeźwych. Byli jacyś tam trzeźwi, ale jakby ich nie było. I chłopaki. Ach. Jacy oni. Nieważne z liceum czy z samochodówki. Bóg, honor, ojczyzna i ulica. Nie dla panienek.
Wszystkie te groźne i ciekawe rzeczy, które im się przydarzały! Naprawdę szalone. Szesnastoletni posiadacze broni białej. Dzieci bez dzieciństwa z rodzin takich i różnych. Mali dorośli. Bez taryfy ulgowej żadnej.

A teraz.
Czterdziestoletni chłopcy w kawiarniach na fejsbukach. Przeciwzmarszczkowi, zdrowo odżywieni i po terapii. Przystojni, parujący wodą toaletową.  Po prostu koniec kapota. Blokowa tęsknota.

A wtedy.
Się z nimi włóczyłam. I tylko wyrzucałam zakrwawione chusteczki do kosza. Wydłubywałam z kieszeni pieniądze na zrzutkę. A listy pisało się na kartce w kratkę, a romansowało się przez lekkie dotknięcia palców przy podaj mi zapalniczkę.

I ten koncert nagłośniony tak, jakby się siedziało w garnku, w który ktoś wali młotkiem. Wino jak kompot. Wyszedłeś z dymu, prawie się o mnie potknąłeś. Hej, znam cię ze szkoły. Powiedziałeś. Miałeś czarny sweter z masą poprzyklejanych paprochów, długie włosy z teledysku. A byłam ubrana, mówiłeś potem, zajebiście. Jak postać z Milosa Formana. No jasne, to wszystko było z ciuchów. Tak się to stało. Hej znam cię ze szkoły. A wszystko było z ciuchów… Wracałam piechotą sama. Nocą koło boiska. Nieostrożnie. Szłam po roztopionym śniegu, bez czapki, a wiedziałam już, że to nie będzie taka szczęśliwa historia. No, ale która tam była szczęśliwa.

 

 


Taki hałas

Przyszłam do kawiarni napisać wszystko, bo mi blog więdnie. Kelnerka, która przynosi kawę jest dziś na pewno pierwszy dzień w pracy. Przy tamtym stoliku jakiś pan ma romans z jakąś panią w komputerze. Nabija na widelec kawałek szarlotki i częstuje ekran. Śmieje się, krawat luzuje. Randka na odległość mu służy. Dwie studentki zastawiły sałatkami stolik na środku. Mówią sobie, że w ogóle nie lubią imprezować. Potakują sobie, odgarniając mysie włosy. Śmieją się bardzo głośno. Nie jest łatwo być cool. Jest trudno.
Co ja mogę o sobie w takiej sytuacji.
Za oknem stoi facet, co wygląda na bezdomnego. Wygląda. Ale ma druciane oprawki od okularów. Patrzy na telewizor. Na mistrzostwa w pokera. Ani drgnie, tak patrzy. Do knajpy nie wejdzie. Nie wygląda na klienta.
Kelnerka odbiera telefon. Brudzi sobie zęby szminką, kiedy się krzywi. Przestań do mnie dzwonić, prosi.
Co ja mogę o sobie.
Nagle wszystko się rozgadało. Coś się przełamało. Kelnerka ma czerwone oczy. Dziewczyny milkną na sałatkami, skubią sałatką Caprese, ale aż słychać jak im serca biją. Bo leci taki romantyczny kawałek Adele. Facet ubrudził sobie szarlotką krawat. Coś mi się rozpędza w głowie. Jezus, jak mi się rozpędza.

Stara niania nie ma dwóch palców. Nie pytam. Ona nie mówi. Wiem, że zaraz po wojnie czytała książki przy świetle latarni. Ale o palcach ani słowa.

W nocy, na czerwonym świetle, do samochodu wchodzi mi obca kobieta z torbą w kratę. Podaje adres, patrząc przed siebie. Jest wpół do pierwszej w nocy. Zielone. Jadę. Jedziemy w milczeniu. Zawożę ją pod klatkę, przy aptece, na Śmiałej. Jaja.
Naprawdę nagle coś się zaczęło dziać.
Kiedy siadam do pisania, swędzą mnie palce. Kiedy siadam do jedzenia, boli mnie brzuch. Kiedy idę, prawie biegnę.
Co o sobie.
Ja i moje wszystko stają w końcu składową bardziej skomplikowanego doświadczenia. Taki hałas panuje dookoła, tyle tych historii w kółko powtarzanych, w kółko tak samo za serce smutnych, tak samo.
Co ja?

Ta euforia z pewnością kiedyś minie.
Tylko spokojnie.

Puenty nie będzie.
Jest za głośno.


Lato w mieście

Osiedlowy piknik mi zrobili pod blokiem. Szklanki się trzęsą od hałasu. To może i zejdziemy na trawę pod namioty. Jest lato w mieście. Jest piknik. Co ci przypomina, co ci przypomina widok znajomy ten? Pompowane zjeżdżalnie stękają od nadmiaru towaru. Na boisku mecz. Dziesięciu kibiców naszej dzielnicy daje radę. Mają nawet zespół cheerleaderek. Takie harcerki, tylko w mundurkach bez brzucha. Cheerleaderki wprowadzają w piknik pożądany kontekst Pożądania. Nie mają rozstępów na brzuchu. Mają tylko skórę i tusz do rzęs. Na spoconym nosie mam różowe okulary, przez które widzę wakacje.

Gryl jest na prąd. Syczą w upale kiełbasiane soki. Ajs ti, słomka, plastikowy widelec, papierowy talerzyk. Miejsce na ławeczce. Trochę musztardy na bluzce, na palcach. Lepko. Gorąco. Piwa. Piwa bym się napiła.

Nagle buch. Nagle puch. Bum cyk cyk. Ze sceny rozłożonej do agregatów podłączonej. Witamy państwa na corocznym. Zagra nam zespół, a co myśleliście. Nagłośnienie nie w kij dmuchał. Napiłabym się piwa zimnego. Przebrałabym się za cheerleaderkę bez brzucha. Pozwoliłabym się pocałować kapitanowi drużyny. A może wokaliście. Palilibyśmy co nie co pod sceną.

Pójdę jeszcze po musztardę, bo jakaś dobra. Z wielkich plastikowych butelek z Makro, ale jakoś mi smakuje. Być może moje porażki wegetariańskie mają źródło w pierwszej miłości, smakującej kiełbasą z ogniska i piwem… Co to było za piwo? EBe?

Grają chłopcy rocka grają. Dają czadu. Krzyczą: you got to do what they told ya! Powstań przeciwko systemowi. Jak ja darłam się, wtedy, na osiemnastce. Ktoś z klasy przyprowadził ciebie. Czy lubię rage against the machine, spytałeś.

Zjadam resztki z tacki dziecka. Popijam resztką ajs ti dziecka. Czy tu wolne, pytają. Proszę pani, pytają. Sportowcy z boiska. Ramiona z wężami, krzyże z mieczami, symbole celtyckie. Na przedramieniu mojego syna dinozaur.

Namioty miały śledzie do wbijania w ziemię. Rankiem było w nich tak duszno. Tak dawno. Spalę sobie ramiona jak zawsze. Będę je chłodzić grubą warstwą kremu nivea.

Po przerwie zapraszamy. Zespół gra co zna. Teraz już wiem. Wiem, co to miłość. Teraz już wiem, co znaczy z tobą noc. Teraz teraz teraz. Trzeba się zbierać, posprzątać, no, to nie może tak zostać. Tacka, widelczyk, plastikowa butelka. Segregacja zapewni im drugie życie. Śmieciom w sensie.


List

W dużym mieście, na osiedlu strzeżonym pukanie do drzwi może znaczyć tylko jedno –rachunkonosz. O tej porze? Za drzwiami stoi… sąsiadka. Piękna, blada okularnica. Może katoliczka. Może anorektyczka. A może tylko kobieta bez makijażu. Za plecami ma uchylone drzwi i tam świeci na pomarańczowo (okna na zachód). Okularnica w długich palcach trzyma kopertę. Kurier przyniósł, pani nie było. Ma super uśmiech.
Pięć lat tu mieszkam. Trzeci raz się spotykamy. Częściej słyszę jej życie za ścianą, niż ją widzę. Różne rzeczy słyszę. Mieszka z nim. Ale jego nie widuję. Nie mają dzieci. Po spojrzeniu, jakim obdarzyła raz młodego w windzie, wnioskuję, że może i by chciała. Więc ona ukradkiem rozgląda się po przestrzeni, szuka chłopca, którego tu akurat nie ma.
Słyszę pani głos wieczorem, mogłabym powiedzieć. Śmiechy i stukanie talerzami. Jakieś podwieczorki, takie tam. Rozmowy, najpierw ciche, potem głośniejsze, w miarę jak wino schodzi. Znajomi się już pewnie zdążyli rozmnożyć i rozwieść. A wy jeszcze nie. Zresztą on rzadko jest w domu. Być może ja to wszystko zmyślam. Czy ja mogłabym wejść do pani i usiąść w tym słonecznym pokoju, przejść na ty, kawę wypić? Wiesz, jak w MTV cribs. Łazienkę zobaczyć, wannę. Tu on trzyma swoje, a tu ty swoje. Tu się tak otwiera. A tu w sypialni filodendron niezły. A w kuchni tak. Ładny kolor na pewno, założyć się mogę.
Do widzenia, ona mówi i idzie, a ja zamykam drzwi, klamką zamykam i klucz przekręcam.

List od kuriera jest zaadresowany poprawnie, tylko, że nie do mnie. Do jakiejś osoby o imieniu i nazwisku mi nieznanym. Do mojego niepodobnym, choćby nie wiem co, wcale niepodobnym. Koperta jest biała i sucha, całkiem martwa, nadawca urzędowy. Co robić. Zerkam przez wizjer, ale już pozamykane szpary w jej życiu, zresztą co jej z tego, że jej to zwrócę.

Wpisuję w guglu nazwisko z koperty. Enterem popędzam. Dostaję wynik w fejsbuku. Piszę. Kochana, jestem kim jestem, mam tu list do ciebie, choć może nie do ciebie. Bo niejednej Asi Jaoanna a psu Kazan, a to jest przypadek jakiś, ale jeśli to do ciebie, to ja chętnie ci oddam. Jestem za tym, żeby oddać. Jeśli przy okazji poznam kogoś miłego, tym lepiej. Wcześniej była u mnie sąsiadka. Wygląda na sympatyczną, Możemy do niej zajrzeć.
Nie piszę tego wszystkiego oczywiście. Tylko oficjalne w trzeciej osobie, że list, że może do niej, choć nie wiadomo.

Telefon dzwoni po minucie. Przykładam zimny ekran dotykowy do ciepłego policzka. Dzwoni kobieta z koperty, żywa, prawdziwa i mówi, że ona czekała właśnie na ten list od kuriera. Nadawca się zgadza. Zarzucam na garb polar męża, co pachnie mężem i wychodzę na balkon. Fale sieci komórkowej do naszego mieszkania słabo docierają. Jakby to był schron, a nie dom. Na balkonie słychać lepiej. Podchodzę do barierki i pytam się w ten telefon, gdzie mieszkasz. Pani srani bani. A ona mówi, że mieszka tu. I ja podnoszę głowę i patrzę nią. Stoi na balkonie naprzeciwko. Na garb ma narzuconą kurtkę, może swoją. Też mieszka w schronie, do którego fale nie docierają. Gdybym miała beret, mogłabym ostatecznie zweryfikować miarę rzutu beretem, ale na oko to tak właśnie. Odkładamy ciepłe panele dotykowe od zimnych policzków. Za chwilę tu przyjdzie.

Przyjdzie weźmie list. Będzie inna niż tamta. Będzie mniejsza, bardziej miękka i rumiana. Będzie miała czarne włosy. Będzie miała synów dwóch w wieku szkolnym. Będzie Joasią, co umie dobrze gotować, choć nie ma na to czasu, bo pracuje w korporacji. Będzie miała manicure i ślad po opryszczce. Przyjdzie w kapciach. Będziemy się uśmiechać. Nigdy więcej się nie spotkamy, mogę się założyć.


Jak tu teraz siedzę i patrzę, i patrzę i siedzę, to widzę to jasno. Że rok temu a teraz to jest jednak różnica. Że wtedy byłam na bezludnej kanapie, pływającej w oceanie gnoju. W gnojówce kotłowały się głodne krokodyle. I wtedy wszystko chciało się napisać. Wszystko się przepychało do wyjścia i jęczało. Wiertło pracowało 24/7. Każdy krok, ćtap, ćtap, po rozmazanym syfie zostawiał ślad. Masz swój gordyjski węzeł i weź to se sama rozplącz. Albo se rozpłacz. Rozpłacz se na części pierwsze.
I to i to. I tamto. I jeszcze.

A teraz cisza. Najpierw zgrzytnęło i chrupnęło, ziemia się zatrzęsła, wiertło się wygło i stanęło w miejscu. W świętym temacie rodziny napisałam już wszytsko.

Rozważam, czy nie założyć nowej wersji bloga, na której będzie można poczytać z maluszkiem bajkę, zrobić must have eko bombkę i dowiedzieć się jak zrobiłam pure z zielonego groszku. Bo po co to pisać po raz kolejny?! Że lepiący się do moim palców talerz? Że ten gest zmywakowo-potulny? Że chcę umieć dobrze, a źle się robi. Przecież napisałam to już tyle razy, że nawet pobudziłam do działań prewencyjnych. Przyszło siedem maili od życzliwych znajomych i nieznajomych, żebym się wybrała do lekarza, tudzież pierdolnęła się z mostu i nie męczyła już buły. Bardzo dziękując, wracam do zmywania. Polewam ludwikiem swoje dejavu. Nic się nie zmienia. Może wysokość dziecka, które nabija mi teraz siniaki na biodrze, a nie na udzie. I to już. Wycieram, zamykam, chowam, trzaskam. Chłodzę się mineralną.  Nie chce mi się. Już nie mam siły o tym mówić.

Może trzeba się zmobilizować.

Idę, wychodzę, włos ma obcięty. Spotykam się, rozmawiam, piję i palę. Stoję pod sceną. Ja obserwator, potrafię czasem, jakże trafnie, opisać obcisłe pepe jeansy wokalisty, co śpiewa redemption song, ale nie żeby od razu coś. Zresztą to cover. Ja też jestem cover. Co za lapsus, co za paralela, metafora i w ogóle gomorra.
Stoję pod sceną. Myślę o tym, że emocje nie używane zanikają. Są eliminowane w procesie ewolucji.
Stoję pod sceną i marzę o tym, że nie jestem coverem.


Odjazd

Wiecie, jak to jest pojechać skrótem? Zawsze wychodzi dłużej. Ale mnie się chciało skrócić  i wjechałam w jakieś małe miasteczko. A miasteczko było w remoncie i miało żółte strzałki „objazd”. Pojechałam za strzałkami. Poprzez miedze. Poprzez łąki. Poprzez leśne ścieżki wąskie. No i w końcu zobaczyłam! Na własne, zakurzone miejskim syfem, oczy – jesień. Gdyby nie to, że opisy przyrody wyeksploatował już niejeden Żeromski, można by pisać i pisać, jak to jest, kiedy jeszcze zielono, a już żółto, kiedy krowy prawdziwe i psy srające na polu. Jeziorko zarośnięte jakimś zielonym szlamem. Wspaniałe. Ależ mnie trzasnęło z zaskoczenia tą przyrodą, prosto w czachę,

Na sznurkach małe sweterki, zardzewiałe małe rowerki. Dziobane przez oryginalne eko kury. Czy młody mógłby się nudzić siedząc cały czas na dworze?  W swojej naiwności myślę, co mogłoby być tak ważne, żeby chcieć stąd się wynieść i mieszkać w mieście. Pewnie coś w stylu karate, hiszpański i logopeda. Praca, chleb, kino, komputery, smog i obcy ludzie wszędzie.

Pociąg do chłopstwa polskiego i stodoły. Miastowstęty, czyli being trendy. Kredyt na chatę w lesie i obowiązkowo samochód terenowy spalający średnią krajową w tydzień. Niezbyt oryginalne efekty starzenia się.

Ale wizja młodego popylającego po żywej ziemi, jest jak obraz raju z gazetki zielonoświątkowców.

Nawet ja jestem w tym obrazku. W kaloszach. Podnoszę z ziemi jabłko, wycieram o jakąś kwiecistą sukienkę. W ogóle wyglądam jak Kate Winslet. Jestem okrąglutka jak dojrzała śliwka. Na sznurku wiszą sweterki. Nie myślę o nierównych chodnikach, bo nie mam chodnika. Myślę o deszczu. Że albo powinien być albo nie. Myślę o tobie. Że zaraz będziesz…

Żółta tabliczka – koniec objazdu. Odjazdu. Warszawa 23 km.


%d bloggers like this: