Tag Archives: miłość

wstyd

Popchnął mnie, a ja  poleciałam w dół.
Po gładkim, czarnym lodzie, którym obrosła tego dnia osiedlowa górka. Nad nami Alpy – bloki dziesięciopiętrowe. Pod nami wąwozy parkingów. A wszystko zamarznięte na kamień, taki mróz. Zgraja dzieci z kluczami na szyi, z kluczami ogrzanymi pod kurtką, pod bluzką, rzuciła się na mróz jak na wroga.

Podszedł do mnie i mnie popchnął.
Jeszcze próbowałam utrzymać się na nogach. Ale to była jedna z tych górek, z których zjeżdża się tylko, ale tylko i wyłącznie, w kucki. To znaczy ja, wy może nie.

Upadłam na głowę. Przejechałam czołem po wyślizganym torze. Sturlałam się na dół. Hahaha. Wstałam. Pozbierałam rękawiczki i czapkę, przygładziłam śnieżny kołtun na głowie i, nie oglądając się za siebie, zaczęłam iść do domu. Krok krok. Krok krok.

Jedną stronę twarzy opanował ból, drugą wstyd. Widziałam na jedno oko. Coś pulsującego rosło na drugim. Szłam. Łzy szczypały. Sąsiadki cmokały. Aniemówiłam, itaktosiękończy, nadrugirazsięzastanowi.

Całe szczęście, że to nie łuk brwiowy, powiedziała mama. A nie mówiłam, powiedziała. I tak to się kończy – ojciec. Na drugi raz się zastanowisz – babcia.
Przez miesiąc twarz była w ruinie. Miałam dwanaście lat. Twarz była dosyć istotnym elementem życia szkolnego. Jego unikałam, jak tylko się dało, zwłaszcza w szatni, zwłaszcza na korytarzu, zwłaszcza na podwórku.  Nie to, że się go bałam. Było mi wstyd.

Tę historię opowiadam, rozcierając śniegiem czerwonego guza na czole młodego. Spotkanie ze ślizgawką zakończono małym dachowaniem. Płaczą i rozpaczą. Więc odwracam uwagę, bo mi się przypomniało. Młody zapomina o guzie, płonie. Musisz się zemścić, mamo. Musisz do niego iść i walnąć go w jaja (!). On już jest dorosły, mówię. Nieważne, nie powinien tak zrobić, musisz się zemścić. To już było dawno, mówię. Guz jest czerwony, skóra lekko rozcięta. Ja już mu wybaczyłam, macham kłamliwie rękawiczką. Takich rzeczy nie wolno wybaczać, tupie. Chodźmy do domu. Musisz się zemścić, mamo.

I tak sobie wyobrażam, jak teraz jadę do niego do domu. Bardzo możliwe, że wciąż mieszka tam, gdzie mieszkał. W tym samym mieście, w tym samym bloku. Na drzwiach jest jego imię i nazwisko. Czcionką z zawijaskami. On mi otwiera. Utył i trochę łysieje. Albo jest silniejszy niż był, bo dużo ćwiczy. Albo został świadkiem Jehowy i ma sweterek w jelonki. Stoimy, nie wiem, czy mnie poznaje. Pewnie nie, bo żarówka na klatce ledwo ledwo. Z mieszkania dobiega zapach smażonych kotletów, gra telewizor. A ja mówię. Panie Pawel P. ja pierdolę, tak się nie robi!

I nie walę go w jaja, tylko mu mówię. Jak jest, jak było. On tylko wytrzeszcza oczy, nic nie rozumie. Ziemniaki mu stygną. Mecz się kończy. Piwo mu się rozgazuje. Ale ja czuję się bardzo fajnie. Pod klatką czeka młody, więc szybko zbiegam schodami w dół. Załatwione, mówię, biorę za sznurek i ciągnę sanki z powrotem, na pociąg do Warszawy.


Miłość

Może za bardzo się nad nim rozczulasz, mówi mój mąż. Łagodnie mówi, nie powiem, nie można się przyczepić. Naprawdę tak myśli. Że za dobrze ma. Za dobrze. Myślę, obracam te słowa w głowie. Próbuję je jakoś przyłożyć do własnego dzieciństwa. Czy było mi za dobrze ,czy niewystarczająco dobrze, a może w sam raz dobrze, nie wiem.

Jeśli będziemy twardzi, konsekwentni, mówi mój mąż. Mówi z troską, nie powiem, szuka rozwiązania albo jakiejś procedury na stres dziecka. A może trzeba go zapisać na judo, mówię niepewnie mieszając cukier w herbacie. Wakacje trwały za długo. Były za dobre. Za słodkie.

Wyjeżdżam na dwa dni. Zostają. Ojciec i syn. I nowa forma życia – dyscyplina, chłodny chów. Kiedy dzwonię wieczorem, słyszę że poszedł spać jak w zegarku. To dobrze, mówię. Dobranoc, wyśpijcie się, mówię.

Potem przez cały dzień nie myślę o nich tak mocno, bo przecież co z oczu. Długo jadę pociągiem. Zamawiam żurek w Warsie. Za oknami jest szare popołudnie, w żurku pływa jajko. Jadę i jadę i czuję, jakby mnie długo nie było.

Klucz wkładam do zamka bez światła, na pamięć. Boli mnie ramię od uwieszonej na mnie torby. W pokoju dziecka nie ma dziecka. Leżą we dwóch na kanapie wśród walających się zabawek. O mamo, mamo, czekamy na ciebie. Tata mi opowiada bajki. Ciekawe, jak opowiada, jak śpi. Nie ma ślady dyscypliny. Jest patyczek po lizaku. W jednym chłopcu musi się zmieścić tyle miłości.

Rano prawie, że moglibyśmy się nie spóźnić. Wyjedźmy gdzieś jeszcze, jeszcze na trochę, przedłużmy wakacje, mówi mój mąż zaciskając sobie uprząż z krawata. Tak, jedźmy, jedźmy, krzyczy młody.


Słońce moje

Słońce moje.

Postanowiłam nad sobą popracować. Tak jak mówiłeś.  Przede wszystkim skoncentrować się. Jak wychodzę z mieszkania i zamykam drzwi na klucz, to muszę myśleć o zamykaniu i o kluczu. O kluczu zimnym lub, jeśli wcześniej był w mojej kieszeni, to o ciepłym. Zresztą nieważne, w jakiej temperaturze jest klucz… Ważne, żebym zamykając myślała o nim i pamiętała, gdzie chowam. Bo jeśli myślę o wczorajszym śniadaniu albo rozmawiam w myślach z kimś, nieważne z kim  (bo to tylko w myślach ktoś), to mi umyka wszystko. Wszystko mi się zapomina. Nie wiem w końcu, czy zamknęłam. Gdzie szłam. Nie mogę znaleźć tego cholernego klucza!
Słońce moje, ja się poprawię. Będę jeść śniadanie, tak, żeby pamiętać, co jadłam. Ja ci wymienię wszystkie produkty, nawet kilka godzin później opowiem ci smak każdej kanapki. Poprawię się, skoncentruję się, tak jak mówiłeś. Z tamtym już koniec. Ja wiem już teraz, co jest w życiu ważne, że klucz jest ważny i szynka z serem. Chcę uważać. Uważanie jest ważne. Masz rację, że mówisz, że to jest nie do zniesienia, żeby tak funkcjonować. Masz rację, że ile można, że to woła o pomstę.
Zobacz, idę teraz. Staram się myśleć tylko o tym, że idę. Zadaniowo idę, do sklepu. Myślę tylko o sklepie i o tobie, żebyś tylko mi uwierzył, jak ja, słońce moje, dla ciebie się poprawię.


Apteka

Na górze. Chmury ciężkie od śniegu, który się prosi o użycie brzydkich wyrazów. Problemy globalne od Watykanu do tefałenu i talent szoł o dwudziestej. Na dole my. Jakoś się trzymamy. Na pasach na przejściach. Na wszelki wypadek. Chodzimy tu i tam za rękę. Poszliśmy do apteki na rogu. Przed wejściem, w zaparkowanym samochodzie płakała dziewczyna. I płakał z nią chłopak.  W samochodzie przed apteką. Kolejka była taka sobie. Kredki dla dzieci były, ale tylko połamane i nie rysowały. Rękawiczki miałeś małe i mokre. Pan klient w kolejce pachniał jak przedział pekape dla palących. Pani klientka mówiła do telefonu, że gdzie jesteś, bo ja w aptece. Zbierałeś ulotki w temacie  osteoporozy i dotykałeś szyb, żeby pani magister miała więcej roboty.  Z tamtego samochodu nikt nie wychodził. Ja nie patrzyłam. Leków była mało, rachunek był średni. Polopiryna dojelitowa. A krople dla dzieci. Takiego pięknego syna urodziłam. Tak wzięłam po prostu, wzięłam i urodziłam. Za pierwszym razem, za pierwszy podejściem do czegokolwiek. Się nie prosiłam. Wziął mi brzuch urósł, potem mi zmalał. Potem poszliśmy do apteki. Za rękę. Po śniegu w marcu. Potem wytarliśmy nosy i otrzepaliśmy rękawiczki. I poszliśmy z powrotem. I nikt nie podejrzewał że to był cud, że dzieci się rodzą, bo nie wszystkie. Tylko ja i tamci z samochodu.

Może się mylę. Nawet jeśli się mylę, to i tak mam rację.


Dziewcyno, dziewcyno

Stwierdził, że narty nie są fajne. W ogóle. Choć rano, kiedy dostał w wypożyczalni srebrny kask, to chciał. A teraz nie. Na nic sugestie, prośby, zachęty i subtelne szantaże. Nie i nie. Było koło południa, śnieg prószył, herbata z sokiem malinowym parowała na mrozie niczym wulkan przed. Dzieci śmigały z góry. Szybciej niż ja jeżdżę na rowerze.
Dziewcyno, dziewcyno, cemu ześ taka smutna? Nie jestem ci ja smutna, ino te góry takie piękne. Aż ciężko.

Była pierwsza. Zjedliśmy frytki smażone na starym oleju. Dużo ketchupu zabiło smak. Śnieg prószył, zasypując brzydotę i robiąc klimaty. Dzieci stukały butami narciarskimi o drewnianą podłogę karczmy. Było wpół do drugiej i poszliśmy oddać narty.

Po drodze stwierdził, że raz to on może jednak spróbuje. Puściłam go i kawałek pojechał.  Wygrzebałam go ze śniegu i rozplątałam nogi. Dziesięć razy a może sto. Pot spływał mi po plecach. Koło drugiej. Zjechał sam. Między trzecią a wpół do czwartej nauczył się skręcać, wstawać i korzystać z wyciągu. O czwartej odepchnął moją pomocną dłoń, a o wpół do piątej jeździł lepiej niż ja.

Śnieg zamieniał się w wodę. Na czerwonych policzkach.
Dziewcyno, dziewcyno, cemu ześ taka smutna? Nie jestem ci ja smutna, tylko jestem taka  śniegiem zasypana matka dumna. Aż głupio.


Blue Monday

To jest blue Monday. Mówisz, że tak słyszałeś. Blue Monday. Więc może to dlatego, mówisz.
Śnieg napierdala, jakby się jakaś pierzyna rozpadła z rozpaczy. Co ja ci poradzę. Nie do końca coś w ogóle mogę. Więc, jeśli to jest to. To niech już będzie. To ja bym chciała w związku z tym kilka spraw dziś załatwić.
Pojechać do domu tam i usiąść na dywanie. A oni, że co się stało? Czy coś się stało?? A ja, mamo tato, chcę wam to powiedzieć zawsze, jak tylko stopami dotykam tego dywanu. Ale nigdy nie mówię. Że nie chcę, żebyście umarli. Oni popatrzą po sobie. Ale nam nic nie jest, powiedzą. Nikt nie umiera. Wiem, ale ja nie chcę w ogóle. Wiem. Udaję tylko, że nie widzę różnic na zdjęciach. Mamusiu. Muszę iść. Do mojego brata. Zanim zasypie wszystkie drogi. Cześć. Czy ty wiesz, że nikt, poza tobą, nie rozumie moich żartów?
A on na to, że czy to jest właśnie jeden z tych żartów? A ja, że nie. A on, że po to taki szmat drogi, żeby tylko? A ja że tak. Żeby tylko. A on, żebym już przestała. No, na boga. Może herbaty albo coś z wódki. Ale ja bym nie przestała. To jest blue Monday. Właśnie mi się przydarzył.
Potem wróciłabym tu. Do was. Czy aby mi wystarczy tej miłości czy też ona mnie jakby przerasta trochę. Ja cię, westchnąłbyś tylko, rozpakowując kolejną paczkę chusteczek.
A na końcu nad sobą. Ostatecznie i nieuchronnie. Nad sobą samą. Z powodów. I bez. To jest blue Monday. Najsmutniejszy dzień w roku.

Między filmem Amour oraz fragmentem suszącej się powieści Alfred i Emily ukochanej Doris Lessing. Trzymajcie się.


kapota

Gdzie oni są?
Byli przecież. Kiedy chodziłam do szkoły, a po szkole na miasto. Tam ich było zawsze. Więcej niż dziewczyn.
Moje miasto było podzielone. Na rewiry, na rejony, na za kim jesteś i na co się tak gapisz. Obowiązywała ścisła rejonizacja, a kontrole odbywały się regularnie. Biegać szybko umieliśmy wszyscy. I nie był to poranny jogging. To był Husajn Bold jak się patrzy. A kto nie biegł szybko, ten mógł doznać rany. Rana była na ogół powierzchowna, bo chodziło o tę, wiecie, krew. Krew nocą wygląda na czarną i szybko wsiąka w dżinsy. Rana zszyta na izbie przyjęć. Na nocnym dyżurze. W szpitalu na peryferiach, gdzie wszyscy się znali. Szył ojciec kolegi. Może akurat tego, co atakował. Takie to miasto było. Nie było w nim kawiarni, tylko piwiarnie. Nie było w nim trzeźwych. Byli jacyś tam trzeźwi, ale jakby ich nie było. I chłopaki. Ach. Jacy oni. Nieważne z liceum czy z samochodówki. Bóg, honor, ojczyzna i ulica. Nie dla panienek.
Wszystkie te groźne i ciekawe rzeczy, które im się przydarzały! Naprawdę szalone. Szesnastoletni posiadacze broni białej. Dzieci bez dzieciństwa z rodzin takich i różnych. Mali dorośli. Bez taryfy ulgowej żadnej.

A teraz.
Czterdziestoletni chłopcy w kawiarniach na fejsbukach. Przeciwzmarszczkowi, zdrowo odżywieni i po terapii. Przystojni, parujący wodą toaletową.  Po prostu koniec kapota. Blokowa tęsknota.

A wtedy.
Się z nimi włóczyłam. I tylko wyrzucałam zakrwawione chusteczki do kosza. Wydłubywałam z kieszeni pieniądze na zrzutkę. A listy pisało się na kartce w kratkę, a romansowało się przez lekkie dotknięcia palców przy podaj mi zapalniczkę.

I ten koncert nagłośniony tak, jakby się siedziało w garnku, w który ktoś wali młotkiem. Wino jak kompot. Wyszedłeś z dymu, prawie się o mnie potknąłeś. Hej, znam cię ze szkoły. Powiedziałeś. Miałeś czarny sweter z masą poprzyklejanych paprochów, długie włosy z teledysku. A byłam ubrana, mówiłeś potem, zajebiście. Jak postać z Milosa Formana. No jasne, to wszystko było z ciuchów. Tak się to stało. Hej znam cię ze szkoły. A wszystko było z ciuchów… Wracałam piechotą sama. Nocą koło boiska. Nieostrożnie. Szłam po roztopionym śniegu, bez czapki, a wiedziałam już, że to nie będzie taka szczęśliwa historia. No, ale która tam była szczęśliwa.

 

 


Kino

W centrum handlowym jest bardzo kolorowo. Błyszczą się podłogi. Złuszcza się niebo za wielkim oknem. Za przezroczystą ścianą, tam gdzie noc, jest coś, przed czym uciekam.
Z poziomu na wyższy poziom. Ze schodów widzę, jak ci ludzie dzielnie chodzą. Z poważnymi minami przemieszczają się od Bershki do Coffe Heaven. Od HM do Zary, od street faszyn i dalej do interior design. I do slow fast food.
Uwierz w siebie. Life’s good. Psychologiczne dramaty pozostawiamy na parkingu niestrzeżonym płatnym. Zaparkowałam więc na minus dwa. Na cztery de. Mam papierowy kubek, nikt nie rozpozna, że coś nie tak. Kamery mnie zarejestrują, ale mnie nie zidentyfikują. Że na zewnątrz jest coś, czego nie chcę.
Pojadę na górę. Na samą. Do kina. Na azyl. Tam sobie zapomnę. Jeśli wcześniej sobie nie przypomnę.
Przy butiku z rajtuzami robi mi się tak smutno, że zastanawiam się chwilę, czy nie wrócić i nie pobiec z powrotem tam?
Ale nie. Tam jest świat, w którym nikt już w nikim nie jest zakochany.

 


Martini z lodem

Chłodne wieczory, no popatrz, jak szybko się zimno zrobiło. Zmarzły mi palce w siedem sekund. Myślę, że jest to jeden z tych głupich momentów, że, jeśli mnie nie zapytasz o coś, o cokolwiek, to… No co? No nic. No weź. Stoję przed tobą z pustym kieliszkiem. Nie wzięłam swetra, a mogłam pomyśleć, że się ochłodzi. Boli mnie brzuch. Proszę mnie natychmiast uratować. Raz na jakiś czas życzę sobie być. Dzieciom uciekł zielony balonik. Piszczą. Dzwoni twój telefon ajfon. Piję kolejny, autodestrukcyjny już raczej, łyk Martini. Można to chyba nazwać chwilą słabości.
Klub niewidzialnych dam. Taa dam. Masz to? Ja to mam.

Wspaniały koczek loczek i breloczek. Nikt tu nikogo pod pistoletem nie trzyma.  Siedzimy sobie w kółeczku. Uśmiechamy się, ha, ha, ha.  Obcasy i po cichu trzy ibupromy na tajemnicze migreny. Jedno, dwoje, troje dzieci i milion sześćset tysięcy ugotowanych obiadów. Noji on. Bo jesteś tego warta, phi. Padnę ze śmiechu zaraz.

Czy coś mówiłam, ktoś pyta. Chyba nie powinnam już pić. Martini z lodem mnie nie ogrzewa. Powtarzamy te rytuały, kij wie po co. Kiedy całuję, pachnące perfumami, policzki dam, wydaje mi się, że przez chwilę się rozumiemy. Po co ten żal. Wina jest niczyja. Każdy jest panem swego losu. Miłość to jest słodki kwiat. Sensem życia jest samo życie. Taksówka.


Chodźmy razem

Pokój nie zawsze wygląda jak na stronie wuwuwu. Właściwie to jest przerobiony garaż, słusznie zauważyłeś. Z widokiem na miejsko-wiejską drogę, a poza sezonem pewnie bardziej wiejsko-miejską.

No, ale skoro się tu już zgromadziliśmy, to się rozpakujmy, to się cieszmy z tych urlopów, z tych chwil wspólnie spędzonych. Idźmy na plażę, nie tysiąc, ale dwa tysiące metrów, niech szlag trafi to ich wuwuwu. Zabierzmy pontony, zabierzmy picie, jedzenie, koce i parasole w pasy. Idźmy wszyscy, chodzenie we dwójkę jeszcze nam zaszkodzi. Popędzajmy dzieci, zachwycone biedronkami i żukami. Zatrzymujmy się na wysypanie kamieni z butów, na zagubione klapki, na picie i kanapki, na siku i kupę. Weźmy się w garść, idźmy i żyjmy na ciepłym jeszcze piasku, nad wodą. Może odżyjemy.

Jest nas pięć dziewczyn, w tym droga E., trzech chłopaków, a dzieci nie da się policzyć, bo biegają. Zróbmy podkowę, zróbmy obóz cygański. Weźmy się razem.

Tam, gdzie woda się wpycha na piasek, jest dół i jest górka. Wszystko, czego potrzebują dzieci. I można im wszystko na maxa. Jest super. Ja tylko kamień noszę. Przyniosłam go i tu. Cały czas, kurcze, go noszę. Jak siadam, jest trochę lżej. Jak biegnę, to mi się telepie w środku.

Gdzieś idziesz. Ja cię nie zatrzymuję. Jest nas tutaj tyle. Można pogadać. Można zajrzeć do zapiaszczonej książki. W tym roku pod honorowym patronatem W głębi kontinuum Jean Liedloff. To się czyta. Się za głowę łapie, jak to czyta. Nie do końca uzasadnione badania dowodzą. Według niej coś dowodzą, a pisze o tym czymś z pasją zielonoświątkowca. Phi i phe, wręcz parskam na takie rzeczy ramionami. A tak naprawdę uwodzi mnie ta książka, bo chcę być noszona na rękach przez Indiankę z plemienia Yequana. Wszędzie. Chcę być zawsze z nią, chcę uczestniczyć w jej życiu pełnym głosów.  Chcę nie mieć kamienia zimnego, tylko chcę żeby normalnie się wszystko działo, naturalnie i bez bólu, w gwarze, bez ciszy, bez strasznej ciszy. Gdzieś poszedłeś. Nieważne.

Moje dziecko takie szybkie, takie Jezusmaria, piękne. Zaśmiewa się. Inne dzieci uruchamiają w nim szósty bieg. Turla się jak zwierz albo coś jeszcze szczęśliwszego w objęciach z córką E, z synem K. Jedynak samotniak.

E. podchodzi do mnie ze swoją czupryną i oczami zmrużonymi od empatii. Trąca mnie ciepłym zapiaszczonym łokciem.

– Gdybyś miała ich teraz dwoje, to byś chyba zniknęła.

E. podaje maluchom czerwone wiaderko. Milczymy. Może E. mnie weźmie na ręce? Może ja ją? Chce nam się płakać. Dzieci polewają nas zimną wodą z wiaderka, więc nie płaczemy.

Każdego dnia rano, zanim się obudzą, idę na plażę. Nie ma fal w ogóle. Jestem sama. Tak już zostanie. Już nikt nie weźmie mnie na ręce i trudno, przecież nie jest źle. Trochę tylko, jak się tak siedzi, to się człowiek rozczula w obliczu pięknych okoliczności. Nie zbieram muszelek ani bursztynów, bo po co. Mam już kamień.  Dźwignijmy się. Trzeba iść. Ja zrobię dziś dzieciakom racuchy na śniadanie, a E. ugotuje im gar zupy. Normalny, partnerski podział obowiązków. Indianki warszawianki. Tyle dobrego. Biegnę. Po drodze kupię litr mleka. Kamień mi się telepie.


%d blogerów lubi to: