Tag Archives: Nie jest tak źle

Tu i teraz

Wiadomo z publikacji specjalistycznych, z zen publikacji z mnichem na okładce, że, aby osiągnąć szczęście, należy utkwić w tu i teraz. Pielęgnować uważność. Nad filiżanką zielonej herbaty, zagryzając tofu serem, pielęgnować, obserwować, smakować, wąchać. Szczęśliwość według tego przepisu dopada jak grom. Wali po garach w nagłym olśnieniu.

Nic trudnego. Tu i teraz to ja trenuję od dłuższego czasu. Teraźniejszość odrabiam wyjątkowo intensywnie. Z dzisiejszości osiągnęłam poziom professional advanced. Obserwuję, jak pięć kropli leku spada jedna po drugiej na drżącą łyżeczkę. Łyżeczkę dostarczam do adresata w napięciu. Gapię się na gęstniejący kożuch na mleku, żeby w odpowiednim momencie wykorzystać jego tu i teraz gęstą konsystencję i wyrzucić do kosza. Który tu i teraz przepełnił się i trzeba go tu i teraz wywalić. Jakie zimne powietrze tu i teraz, jaka zimna noc i klamka do śmietnika.
Tu i teraz bombarduje mi łeb wiadomościami tefauen zawsze za głośno, ale tym bardziej niewątpliwie tu i teraz, bo na żywo. Tu i teraz wchodzę do łazienki i mam od razu mokry tu i teraz sweter bo młody mnie zastrzelił z prysznica. Czuję jak tu i teraz kapię na tu i teraz podłogę. Kapię mokrą twarzą. Tu i teraz, nie tam, tam nie ma, kochana, jest tututututu. Tu i teraz się przebieram, z mokrymi portkami odbijając się od kaloryferów, bo tu i teraz wszędzie się suszy pranie. Cudowność jakaś niezmierzona.
Z kontaktu z naturą to na przykład refleksja mnie nadchodzi, jak widzę pleśń. Coś, co było czymś, ale tu i teraz jest tylko zieloną kupą na ścianach lodówki. Musiałam o tym czymś zapomnieć w nieustającej nirwanie. Tu i teraz tylko spokojnie. Niespodziewanie tu i teraz czuję zapach spalonego mleka.
Mnich wzrusza ramionami, albowiem nie ma dla niego znaczenia, czy ktoś będzie tu coś jadł albo pił. Ja jednak oblewam test. Oblewam wodą kuchenkę. Wyjmuję butelkę mleka, nalewam do rondelka pół litra, srebrnego z zieloną emalią, trochę odpryśniętą na brzegach. Odmierzam tu i teraz szklankę bez obciachu z ręki, jak barman pięćdziesiątkę. Grzeję, gapię się, czekam na kożuch. Jestem tu i teraz lekko wkurwiona, trochę nieszczęśliwa i czekająca na Bógwico (ang: na Godota). Tu i teraz pachnie wiecznością, spalenizną i mokrym praniem.

 

 

Reklamy

Rozumiem po norwesku

Za sprawą Wysokich Obcasów głośno huknęło na temat filmu Gunnar goes God.  Tylko spokojnie – nie jest aż tak super. Mocno stylizowany, żeby nie powiedzieć propagandowy, film o tym, że szczęście to nie grill. Prosty pomysł, który nie może się nie udać: czworo neurotycznych mieszkańców najbogatszego państwa Europy ląduje w najstarszym egipskim monasterze. Takie zderzenie pracuje samo.
Pokaz specjalny jest przeznaczony dla wariatów. Drewniane krzesełko nie jest wygodne.  Para przede mną nieustannie się obwąchuje, zasłaniając i Norwegię i Saharę. Kobieta, której nie mogę nazwać inaczej, niż – starą pretensjonalną babą, syczy pod nosem „że proszę mi nie zasłaniać”. Jak mam jej nie zasłaniać, jak ci się miziają przede mną?! Jak już wspomniałam, film jest o poszukiwaniu szczęścia. Jest taka teoria, że każdy przynosi do kina ze sobą pół filmu. No, to wyobraźcie sobie taki pokaz specjalny – banda frustratów – dokładnie adresatów tej przypowieści.
Historia Gunara kończy się tym, że on sobie obiecuje – mniej facebooka, a więcej łowienia ryb z dzieckiem i obserwowanie lodu pękającego na jeziorze.

Nie jest zwykłe to, że w tym filmie kryzys przeżywali mężczyźni! (Na czwórkę bohaterów jest trzech facetów i jedna kobieta. Wszyscy są rodzicami dwojga lub trojga dzieci.) Są puści. Są wkurwieni na odgrywanie ciągle tych samych ról. „Nie dokonałem wyboru, po prostu robię to, czego oczekują ode mnie inni:  że się zakocham, ożenię, że będę miał i wychowywał dzieci.” No i bingo. Oni naprawdę wychowują te swoje dzieci. W tym filmie ojcowie nie siedzą do późna w biurach, nie patrzą smutno na drapacze chmur, nie wznoszą oczu na narzekania swoich żon. Nie kopią smętnie kamyka, wracając do domu po dwudziestej pierwszej.
W ich życiu są dzieci. Naprawdę SĄ.
Noc. Mała blondaska siedzi na stole w piżamie, ojciec ziewa, smaruje kanapkę masłem, prawie usypia. Cięcie. Facet usiłuje pracować w domu przy komputerze, kiedy dzieciaki biegają po domu. Wyłącz ten telewizor! Cięcie. Facet usiłuje prowadzić samochód z trzema dziewczynkami na pokładzie. Co chcecie na obiad? Co ja mam zrobić na obiad?! Cięcie. Pięcioletnie bliźniaki biegają po sklepie z zabawkami, są nie do ogarnięcia. Facet siedzi na podłodze sklepu, oklapnięty, zmęczony. Cięcie. Gunnar biega po domu w fartuszku, w nosidełku dziecko, w ustach smoczek, bo nie ma wolnej ręki… Cięcie.
Gunnar gada z mnichem o śmierci. Mnich się śmierci nie boi. Gunnar zza kadru „kiedyś nie bałem się śmierci, nawet jej pragnąłem (później w dyskusji ktoś mu zdiagnozuje depresję), ale kiedy urodziło się moje dziecko… (kamera „z ręki”: słodki dwulatek łazi po ogrodzie) to pokochałem go tak, że…” Gunnar siedzi na betonowym łóżku gapi się w kamerę „nie mogę nigdzie odejść. Ale też nie mogę być wolny. Nie mogę nie bać się śmierci, nie teraz”.
No, kurwa.
Jest im to dane. Dane jest tym biednym bogatym dostąpić tego, co w innych krajach Eu zarezerwowane jest tylko dla kobiet.


Znowu

Raz staruszek, spacerując w lesie, ujrzał listek przywiędły i blady,

I pomyślał:

o fuck!!

 

Jesień nie kojarzy mi się z:

długimi wieczorami przy kominku,

ani nocnymi rozmowami, ani niczym innym nocnym

ani ciepłą herbatą malinową,

ani hasaniem w kolorowych liściach,

ani Bieszczadami,

ani Krakowem,

ani żadnym innym wierszem.

 

Jesień kojarzy mi się z:

chorobami przeskakującymi z jednego  żywego organizmu na drugi,

lekarzami o obojętnym spojrzeniu,

klaustrofobią mieszkania z oknami na północny-wschód (!),

miotaniem się pomiędzy ścisz ten telewizor a o której będziesz,

zamrożoną porcją obiadową, nie zapomnieć należy wyjąć z lodówki wieczorem,

mamo, nudzi mi się,

mamo, czemu jesteś zła,

o co ci chodzi,

źle wyglądasz,

już o tym rozmawialiśmy

znowu?

 

Jadę samochodem, a chmury muszę zmazać z maski wycieraczkami.  Zęby mi szczękają ze strachu. Zaraz się zacznie. Zaraz się kurna znowu zacznie!! Tsunami mnie do września, a ja młócę ramionami wstecz . Do lipca do czerwca i do kwietnia.

Z tego, co pamiętam, ledwo dałam radę last christmas. Teraz już chyba nie dam. Może zatrudnię się w kasynie w Tanzanii? Młodego zawinę w koc Masaja. Mają tam przecież jakieś przedszkola, jakieś mamba nianie. O boszsz. Spokojnie tylko.

Zarygluję się w sieci. Podłączę sobie kroplówkę. Będę miała cztery awatary. Tu wkleję palmę. Tam kanapę postawię dla ciebie i dla ciebie. Tu, proszę – drinki z parasolkami. Tu sałatka z ananasem, a tu orzeszki z placebo. Tam można jarać. Dzieci mogą pobawić się w kąciku zabaw, jest basen z kulkami i mały tygrysek. Muzykoterapia. Aromatoterapia. Dramatoterapia.

Naskocz mi jesień pierwszy wrzesień. Jesu, denerwuję się naprawdę.

 


Osiem liter, pierwsza „d”

Mimo, że zaklinałam się, że nie chcę, nie zamierzam, nie będę o tym pisać, plany biorą w łeb. Pisze się samo. To problem zbyt nachalnie pchający się do mnie. Co ja poradzę, że to widzę? Że dziewczyna z wózkiem przysnęła na chodniku, przy przejściu dla pieszych, na czerwonym świetle. Że ta kobieta pod furtką przedszkolną nerwowo wypala dwa papierosy, jeden po drugim. Że ma czerwone oczy. Że pach, pach, jeszcze dwa machy, przygniata niedopałek sandałkiem na koturnie, odgarnia włosy, naciska klamkę furtki. Że nagle używa uśmiech numer pięć. Że niczym perfumami pokrywa się tym uśmiechem dla ludzi, dla dziecka. Że stoję w łazience już pięć minut i gapię się na pająka. Że czasem w ogóle nie obchodzi mnie ta gęba z lustra, jest mi całkiem obojętna. Ale za to pająk…

Czy to już?

Depresja poporodowa zaczyna się przed porodem i trwa i trwa i trwa

Wyniki badań pokazują, że około 80% kobiet zapada na tzw. baby blues.  Po około miesiącu pierwszy szok zostaje przyćmiony nawałem oksytocyny sączącej się z bezustannie ssanych piersi. Blues się kończy.

U około 10% do 20% kobiet się nie kończy. Wcale.

Rozmawiałam z panią naukowiec (nie piszę nazwiska, ale jak ktoś chce wiedzieć, niech pyta), która jako jedyna w Polsce zrobiła solidne badania na ten temat i napisała książkę. Powiedziała mi między innymi: Depresja poporodowa zaczyna się w wielu przypadkach przed porodem. Wtedy wszyscy mówią, że to hormony. Albo że matka boi się o zdrowie dziecka. Tylko, że ona potem rodzi zdrowe dziecko i wszyscy są zdumieni: czemu nie tryska radością? W jej badaniach „kluczowa okazała się relacja z bliskimi, najbardziej z partnerem”. Ba! A potem dzwoni do mnie mężczyzna, że już nie wie, co ma robić, bo jego żona przestała z domu wychodzić i zajmować się dzieckiem.

Granica wytrzymałości

O objawach nie piszę. Do złudzenia przypominają zwykłe życie. Choć te myśli takie złe, wiadomo jakie.

Wychodziłam na balkon na piątym piętrze wywiesić śpiochy i gapiłam się w dół – powiedziała mi kiedyś moja przyjaciółka – myślałam, że fajnie byłoby już przestać być. Mocno zaciskałam spinacze na śpiochach, bardzo mocno i wracałam do mieszkania.

Co więc, jeśli dajesz radę funkcjonować? Tu cicho popłaczesz, tam zrobisz sobie placebo z melisy. Wypierdolisz do kibla obiad, który robiłaś dwie godziny i którego nikt nie chce jeść. O trzeciej w nocy wstaniesz pogapić się na śpiące dzieci. W ciągu dnia zasypiasz, bo nie spałaś w nocy. Wszyscy dookoła mają pasję. Wszyscy dookoła mają seks. Ty masz czachę ze szkła. Nie rozumiesz czemu. Bywa, że jest gorzej niż lepiej. Jeśli ta baba, która stoi za tobą w kolejce do kasy, za chwilę się nie zamknie, udusisz ją nowymi szelkami dla Młodego. W słoniki.

Wkurza cię, że nikt do ciebie nie dzwoni. Jak ktoś dzwoni, to nie odbierasz. Nie masz ochoty nic opowiadać, udawać. To zbyt męczące. Przestajesz chodzić na imprezy. To zbyt prymitywne. Nie obchodzi cię to. Nie pijesz. Nie palisz. Wolisz nie ryzykować zapaści w otchłań. Jesteś dumna ze swojej buddyjskiej postawy. Po roku chodzenia na jogę potrafisz już stanąć na głowie. Nikt ci nie wmówi dziecka w brzuchu, ani choroby w zdrowym ciele. Z którego uleciał duch. Buch.


%d blogerów lubi to: