Tag Archives: pisanie

łał i ach i ała

Tak ogólnie to I’m fine i wszytsko gra. W stadzie nam się jakoś wiedzie. Mamy wspólny brak czasu, żeby o nim rozmawiać. Śpimy, dotykając się nogami. W tym samym pokoju dotykają się rękawami nasze uprane koszulki. Spodnie zaplatają mokre nogawki. Nocą, jeśli nie da się spać, można patrzeć na rząd małych rajtuzek na tle okna.

Poszliśmy w schemat i się go trzymamy. Z rosołu na drugi dzień zawsze robię pomidorową.

W ogóle to I’m good.  Odczuwam cały wachlarz emocji, o których piszą pisma dla kobiet ze średnim i wyższym wykształceniem. Przez co mam poczucie, że przynależę do jakiejś społeczności i że chciałabym mieć apla albo przynajmniej coś, co z daleka wygląda. Zdaję sobie sprawę, że jest na świecie dużo osób, które mają gorsze warunki psychiczno każde. Zazwyczaj ich nie spotykam. Bardzo kocham zwierzęta i schabowe teściowej. Jestem klasa średnia aspirująca. Jestem albo mnie nie ma.

Ale czasem mi się zdarza. Taki moment. I’m not fine.  I nie jest fajn taki lajf. Do dna do cna do szpiku zła. Drży i w końcu pęka. Patrz, jest szczelina w mieliźnie codzienności. Patrz! Jak stamtąd kusi inne coś. Znam to. Ale skąd to już nie pamiętam. Wali się dekoracja. Otwierają się płuca z jakąś gwałtowną zachłannością. Tego się nie da opisać. Bo to jest jednocześnie i łał i ach i ała! Otwiera korytarz jeden i tylko jeden, a wszystkie inne są nieważne. I wszystko co znałam, jest mi całkiem obce. Tylko JA nie jestem sobie nareszcie obca. I trwa to ułamek. Jeden krzyk albo dźwięk albo słowo. Trzask. Koniec. I wracam do rzeczywistości, przez chwilę będąc ituitam. I ten dysonans jak odruch wymiotny. Chcę biec biec z powrotem, ale nie mogę. Chcę biec po swoją utopię, po swoje coś utracone. Jedno jedno jedno życie jest! Ale już mnie obejmują mokre koszulki, nogawki, rajtki. Już ciiicho, cicho śpij, śpij, zapomnij. Wszystko gra.

Jestem znów tu. Jestem albo mnie nie ma.


Jak tu teraz siedzę i patrzę, i patrzę i siedzę, to widzę to jasno. Że rok temu a teraz to jest jednak różnica. Że wtedy byłam na bezludnej kanapie, pływającej w oceanie gnoju. W gnojówce kotłowały się głodne krokodyle. I wtedy wszystko chciało się napisać. Wszystko się przepychało do wyjścia i jęczało. Wiertło pracowało 24/7. Każdy krok, ćtap, ćtap, po rozmazanym syfie zostawiał ślad. Masz swój gordyjski węzeł i weź to se sama rozplącz. Albo se rozpłacz. Rozpłacz se na części pierwsze.
I to i to. I tamto. I jeszcze.

A teraz cisza. Najpierw zgrzytnęło i chrupnęło, ziemia się zatrzęsła, wiertło się wygło i stanęło w miejscu. W świętym temacie rodziny napisałam już wszytsko.

Rozważam, czy nie założyć nowej wersji bloga, na której będzie można poczytać z maluszkiem bajkę, zrobić must have eko bombkę i dowiedzieć się jak zrobiłam pure z zielonego groszku. Bo po co to pisać po raz kolejny?! Że lepiący się do moim palców talerz? Że ten gest zmywakowo-potulny? Że chcę umieć dobrze, a źle się robi. Przecież napisałam to już tyle razy, że nawet pobudziłam do działań prewencyjnych. Przyszło siedem maili od życzliwych znajomych i nieznajomych, żebym się wybrała do lekarza, tudzież pierdolnęła się z mostu i nie męczyła już buły. Bardzo dziękując, wracam do zmywania. Polewam ludwikiem swoje dejavu. Nic się nie zmienia. Może wysokość dziecka, które nabija mi teraz siniaki na biodrze, a nie na udzie. I to już. Wycieram, zamykam, chowam, trzaskam. Chłodzę się mineralną.  Nie chce mi się. Już nie mam siły o tym mówić.

Może trzeba się zmobilizować.

Idę, wychodzę, włos ma obcięty. Spotykam się, rozmawiam, piję i palę. Stoję pod sceną. Ja obserwator, potrafię czasem, jakże trafnie, opisać obcisłe pepe jeansy wokalisty, co śpiewa redemption song, ale nie żeby od razu coś. Zresztą to cover. Ja też jestem cover. Co za lapsus, co za paralela, metafora i w ogóle gomorra.
Stoję pod sceną. Myślę o tym, że emocje nie używane zanikają. Są eliminowane w procesie ewolucji.
Stoję pod sceną i marzę o tym, że nie jestem coverem.


Zwariować można

Ma sprzeczne poglądy w sprawach fundamentalnych i w kwestii koloru, który pasuje.

Raz mówi tak, raz tak. Zwariować można.

Przy śniadaniu wierzy w intuicję, ale w porze lunchu kieruje się tylko i wyłącznie rozumem.

Chce mieć zawsze o jedno dziecko więcej.

Mówi że jest szczęśliwa.

Zazwyczaj przy tym płacze.

Nie wierzy w boga.

Często się  modli.

Chce uciec.

Nigdzie nie chce wyjeżdżać.

Chętnie by się spotkała.

Ale nie dziś.

Nie potrafi odpowiedzieć na proste pytanie.

Mówi, że jest „dziwnie sformułowane”.

Tak jakby język był wymyślony, żeby ją skompromitować.

Pisze siedem zdać, z których nic nie wynika.

„Wiadomo coś tylko z tych, których nie piszę” – mówi.

To nie jest normalne.

Jeszcze nie skończy mówić „tak”.

A już zdąży pomyśleć że „raczej nie”.

Nie rozróżnia „na zawsze” od „na chwilę”.

Potrafi się obrazić na autobus i do niego nie wsiąść.

Umie zamienić się w mleko.


Wesołe mnie nie rusza

Chciałabym pisać wesoło i ku pokrzepieniu serc. Także czekałam cierpliwie, aż mi się taki wpis skomponuje. Ale się nie skomponował. Wesołe mnie nie rusza. Niewesołe natomiast rusza mnie bardzo. Rezonuje we mnie. Leci jak dobrze ułożone domino. Niewiele mi trzeba, żebym nakapała do gara zasmażkę łez. Potem podała, posprzątała i schowała się w wannie. Nic mi nie jest.

Nic jest mi cały czas.

Takie zachowanie się w pop języku nazywa weź nie przesadzaj, w staropolskim nie rób z igły widły, a w psychiatrii to jeszcze nie wiem jak się nazywa, ale pewnie się dowiem. Także jak tylko woda wystygnie, wracam ładnie do życia, żeby jeszcze włożyć naczynia do zmywarki i poczytać na dobranoc, nie emanując, w miarę możliwości, toksyczną matką. Elmer wprawdzie czasem rozmazuje mi się niebezpiecznie w jedną kolorową plamę, ale to pewnie astygmatyzm.

A kiedy mi przyjdzie się pogodzić z tym stanem rzeczy, nie wiem.


%d blogerów lubi to: