Tag Archives: podróż

Kino drogi

W kinie drogi bohater zawsze szuka sam siebie – powiedział mi w szkole ktoś, nie pamiętam kto. Ale pamiętam że.
W prawdziwej podróży bohater też szuka sam siebie. (Chyba, że jest z dziećmi i akurat szuka toj toja, picia lub pizzy.)

Jest rok ąty ąty. Koniec sierpnia. Mam dwadzieścia jeden lat. W moim życiu właśnie jest  Sylwester. Fajerwerki i więcej fajerwerków. Wybuchają jeden po drugim, jeden nad drugim. Pociąg jedzie przez Pensylwanię i Illinois. Przez Missouri, Kansas do Colorado i dalej. Pociąg jedzie w dzień i w nocy. I w nocy nie mogę spać. On śpi. Ja nie śpię. Mam dwadzieścia jeden lat. W kieszeni mam papierosy. Newporty w miękkiej paczce. Mam zapaliczkę zippo, co się otwiera i zamyka z miękkim dźwiękiem. I pachnie benzyną.

Idę przez pociąg amerykańskich linii Amtrak. Jest noc w Colorado. Wagon dla palących ma tylko dwie długie ławki. Nocą światła są przygaszone. Tyle tylko, żeby się nie potknąć o wysokie popielniczki na chudych nóżkach. Tyle, że widać żarzące się końce. I zawsze ktoś tu jest. I nigdy nie panuje tu cisza. W tym kraju nie ma ciszy między ludźmi. Jest noc w Colorado, palę newporta z filtrem. On śpi. Ja nie śpię.

W prawdziwej podróży bohater szuka siebie. Zawsze coś znajduje. Nie zawsze to, co by chciał.

Myślę o tym wszystkim wychodząc z kina w centrum handlowym. Myślę o tym, jadąc schodami ruchomymi. Jest noc w Warszawie. Od dawna nie palę. Nie ma zippo. Jego też już nie ma. Jakim cudem wciąż słyszę ten pociąg.

Jestem zmęczona. Ile żyć da się żyć jednym życiem.

Zainspirowane tym filmem.

I schodami ruchomymi w Arkadii.

Reklamy

Ostatni miesiąc w rankingu

Co roku listopad zaczyna się od zgubienia jednej rękawiczki. Następuje kryzys w związku – jedna rękawiczka marzy o domu, a druga o dalekich podróżach.  Rozstają się bez mojej wiedzy. Podnoszę sobie ciśnienie jak cyberpunkowa pielęgniarka. Kawą, biegiem za autobusem, kieliszkiem, spotkaniem, uczynkiem i zaniedbaniem.  Dłonią bez czucia piszę sms. To ja. Powiedz mi coś ciepłego. Nie wiem co. Byle w odpowiedniej temperaturze. Giw mi fiwer. Wiadomość dostarczono.
O czwartej po południu zapada noc. Udaję zadłużonego Greka.  Że co? Że jak? To dopiero połowa dnia. Jeszcze tyle się może wydarzyć do dwudziestej pierwszej, drugiej, a może nawet i trzeciej.  Masz jedną nową wiadomość. Wprawdzie od operatora sieci komórkowej, ale to zawsze coś. Świat nie śpi. Operator sieci nadal cię chce
Trawnik jest martwy. Drzewa są łyse. Zapanował bezkolor. Święty Mikołaj przeciera ze zdumienia oczy, że już jakiś oszołom wystawił go w witrynie sklepu. Kazik i Kasia Nosowska ładnie śpiewają, że jest słabo, ale humoru to raczej nikomu nie poprawi. Pod apteką darmowy koncert kaszlu daje cała kolejka. Młody obraził się na swoje buty, bo są ocieplane. Zapisałam się do biblioteki i mam grubą, niebieską książkę. Ma w tytule lód. Jak co roku, nikt mnie nie rozumie. Złamany nikt.
Sylwester w Polsacie z Marylą Rodowicz brzmi obiecująco. Nie mam kominka, ale mam fejsbuk. Porządkuję kontakty w dwie grupy: ci, co chcą mieć dzieci, a nie mają, i ci co mają, a już nie chcą. Porządkuję myśli w głowie w dwie grupy: cyniczne i banalne.
Jak wiadomo, listopad składa się w nieskończenie krótkich momentów. Są tak krótkie, że prawie ich nie ma. Należy trzymać fason, zatamować krwawienie, nie rzęzić, zapobiegać miejscowo i tymczasowo.

Masz nową wiadomość. Jest ważna, dlatego wrzuca ją od razu do spamu.
Piszesz zza siódmej góry email, że tęsknisz za polskim listopadem! Nie wiem czemu, ale doskonale cię rozumiem.


Odjazd

Wiecie, jak to jest pojechać skrótem? Zawsze wychodzi dłużej. Ale mnie się chciało skrócić  i wjechałam w jakieś małe miasteczko. A miasteczko było w remoncie i miało żółte strzałki „objazd”. Pojechałam za strzałkami. Poprzez miedze. Poprzez łąki. Poprzez leśne ścieżki wąskie. No i w końcu zobaczyłam! Na własne, zakurzone miejskim syfem, oczy – jesień. Gdyby nie to, że opisy przyrody wyeksploatował już niejeden Żeromski, można by pisać i pisać, jak to jest, kiedy jeszcze zielono, a już żółto, kiedy krowy prawdziwe i psy srające na polu. Jeziorko zarośnięte jakimś zielonym szlamem. Wspaniałe. Ależ mnie trzasnęło z zaskoczenia tą przyrodą, prosto w czachę,

Na sznurkach małe sweterki, zardzewiałe małe rowerki. Dziobane przez oryginalne eko kury. Czy młody mógłby się nudzić siedząc cały czas na dworze?  W swojej naiwności myślę, co mogłoby być tak ważne, żeby chcieć stąd się wynieść i mieszkać w mieście. Pewnie coś w stylu karate, hiszpański i logopeda. Praca, chleb, kino, komputery, smog i obcy ludzie wszędzie.

Pociąg do chłopstwa polskiego i stodoły. Miastowstęty, czyli being trendy. Kredyt na chatę w lesie i obowiązkowo samochód terenowy spalający średnią krajową w tydzień. Niezbyt oryginalne efekty starzenia się.

Ale wizja młodego popylającego po żywej ziemi, jest jak obraz raju z gazetki zielonoświątkowców.

Nawet ja jestem w tym obrazku. W kaloszach. Podnoszę z ziemi jabłko, wycieram o jakąś kwiecistą sukienkę. W ogóle wyglądam jak Kate Winslet. Jestem okrąglutka jak dojrzała śliwka. Na sznurku wiszą sweterki. Nie myślę o nierównych chodnikach, bo nie mam chodnika. Myślę o deszczu. Że albo powinien być albo nie. Myślę o tobie. Że zaraz będziesz…

Żółta tabliczka – koniec objazdu. Odjazdu. Warszawa 23 km.


%d blogerów lubi to: